Malediwy w Jaworznie.

Byłem w Jaworznie, na Malediwach w Jaworznie. Niby nic specjalnego, gdyż każdy może tam być, zwłaszcza mieszkańcy Jaworzna. Mają u siebie Malediwy i tyle.

Gdy zastanawiałem się nad tym, jakimi słowami rozpocząć to pisanie, wpadła mi do głowy fraza: Na szarym Śląsku są miejsca zielone …. .

Nie pozwoliłem frazie dojrzeć i wyartykułować się do końca, krzycząc na siebie: co Ty wymyślasz! To Twój blog, czy element medialny koncernu Orlen! Pisz normalnie!

No to piszę normalnie.

Śląsk od dawna nie jest szary, a jeśli nawet takim jest, to w listopadzie, albo w tym przedziwnym maju – jak teraz. Tak samo szary i spłukiwany deszczem jak reszta kraju. Śląsk jest zielony. Raz w życiu widziałem górnika umorusanego na twarzy węglem, wracającego w rynsztunku górniczym do domu z pracy, a i to szedł chodnikiem obok którego płynęła wesoło rzeczka. Świeciło słońce, było zielono, ptaszki śpiewały, a w moim samochodowym radio Sojka śpiewał o wiośnie (nieprawda, nie śpiewał, ale mógł).

Oczywiście, że jest na Śląsku sporo hałd, kominów i ludzi, ale jest zielono!

Miejsce do którego trafiłem w Jaworznie, udowadniało to bez dwóch zdań.  Szukałem niedawno w Internecie kilku firm z Jaworzna i przez przypadek zobaczyłem w wyszukiwarce google: Malediwy w Jaworznie. O! – pomyślałem i postanowiłem niemal natychmiast – będę tam!

Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Zadbałem o wyśmienite towarzystwo i zaopatrzony miedzy innymi w łososia zapiekanego w cieście francuskim o takim smaku, że chciałem robić przerwę  na posiłek, niemal natychmiast po tym, jak wysiedliśmy z samochodu.

Zanim to nastąpiło odbyłem kilka spotkań, które przebiegły wyjątkowo sprawnie. Szybko nadeszła chwila, gdy miałem czas wyłącznie już dla siebie.

Pogoda dopisywała. Świeciło słońce, niebo błękitne z ganianymi po nim przez wiatr chmurami różnych kolorów, chłód, który nieustannie zadziwiał swoją obecnością. Po niedawnym deszczu nie było praktycznie śladu. Lekko zdezorientowany oznaczeniami przy drodze wskazującymi dojazd do Parku Gródek czy też Kamieniołomu Koparki nieco błądziłem, ale zaufawszy mapom Google dojechałem na miejsce bez problemów.

Na początku zwiedzania pojawi się mały zgrzyt gdyż wjechałem samochodem tam gdzie wjeżdżać się nie powinno. Uprzejma wymiana zdań z młodym człowiekiem, który akurat wychodził z Parku, zaowocowała informacją o miejscu położenia pobliskiego parkingu. Jazda na wstecznym biegu na odcinku dwustu metrów załatwiła sprawę i po kilku chwilach parkowałem w miejscu do tego przeznaczonym.

Zmiana butów, aparat fotograficzny na szyję i w drogę!

Zazwyczaj unikam zagłębiania się w opisy miejsc, które mam zamiar odwiedzić. Boję się, że przeczytam coś co mnie zniechęci, albo będę czytał bzdury. Uważam obie obawy za wystarczający powód by dać sobie spokój z „rozpoznaniem terenu”.

Z ciekawością przemierzaliśmy dobrze oznakowane ścieżki z ciekawymi tablicami informacyjnymi. Z każdym korkiem, z coraz większą przyjemnością, oddychałem pełną piersią przewianym mocnym wiatrem, śląskim powietrzem. Tego było mi trzeba! Oddychać! Po niedługim czasie znaleźliśmy się na szczycie wzniesienia. Widok piękny. U naszych stóp rozpościerała się panorama zielonego Śląska. Tylko gdzie nie gdzie dymiła sobie jakaś elektrownia czy z zielonego morza lasów wyłaniały się wyspy zabudowań okolicznych miast.

Z szczytu zaczęliśmy schodzić w stronę kamieniołomu. Co za widoki!

SONY DSC

                                                                      

SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC
SONY DSC

Dla faceta, który w życiu nie widział kamieniołomu z bliska, a do tego kamieniołomu zalanego wodą, pobyt w tym miejscu okazał się wielką atrakcją i sprawił wiele przyjemności. Świetnie wytyczona ścieżka, którą należało się poruszać, gwarantowała maksimum wrażeń wzrokowych.

To było coś. Ja nie wiem kto, ja nie wiem kiedy i jak sprawił, że to miejsce zostało w taki właśnie a nie inny sposób zagospodarowane, ale szacunek. Brawo Jaworzno!!!

Tuż przy brzegu większego zbiornika wodnego zainstalowało się Centrum Nurkowania. Nie mogłem zobaczyć go z bliska, gdyż teren ogrodzony i zamknięty, ale sprawia wrażenie jak najlepsze. Żadnej tandetnej zabudowy, żadnego chaosu. Gdybym nurkował na pewno chciałbym to zajrzeć i spróbować swoich sił.

Nasz spacer trwał jakiś czas. Nie wiem jaki. Ani razu nie spojrzałem na zegarek. Ponoć szczęśliwi czasu nie liczą. Tak, byłem w tym miejscu szczęśliwy.

Gorąco polecam to miejsce wszystkim z wyłączeniem głupców nie potrafiących uszanować przyrody, ciszy i innych ludzi, którzy akurat też będą w tym miejscu. Wyłączenie obejmuje także tego polityka, który obiecał sto tysięcy elektrycznych samochodów i ze dwa miliony dronów. Raz ujrzawszy to miejsce natychmiast rozpocząłby starania by zalany kamieniołom zamienić w magazyn zużytych baterii samochodowych w wyniku czego nurkowie będą pływać w elektrolicie. Oczywiście polityk ów natychmiast zacząłby się chwalić tym, że Polska odchodzi od węgla i jako pierwsza na świecie wybudowała elektrownię elektrolitową bio i eko.

Mieszkańcy Jaworzna! Nie dajcie tego miejsca zepsuć i zalewajcie wszystkie inne kamienne dziury w ziemi. Nikt nie zalewa tak jak Wy!

Jesteście wielcy!

*

https://www.facebook.com/parkgrodek/

Kevin Kline co piątek smaży dla mnie pączki (no, nie zawsze). Część III – czyli … ” pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic, aż do końca.”

Pandemia, która pojawiła się zaskakując wszystkich, na nasze pączkowe piątki nie miała specjalnego wpływu. Gdy tylko byłem w piątki w mieście, natychmiast umawiałem się z RB. i mniej więcej ok godz. 11.00 zasiadaliśmy przy naszym stoliku zajadając się pączkami, oblizując palce i smakując naprawdę dobrą kawę.

Powoli staliśmy się rozpoznawalni, a Właściciel Cukierni łudząco podobny do Kevina Kline z czasów jego gry w filmie: Francuski pocałunek, co jakiś czas wychodził do nas, rzucał jakieś uprzejme słowo i znikał w czeluściach swojego cukierniczego królestwa. Czasami odprowadzałem go wzrokiem łudząc się podświadomie, że z Cukierni wyjdzie Meg Ryan.

Było miło. Oczywiście doszedł do tych wszystkich okoliczności cały ten pandemiczny entourage w postaci masek, płynów do dezynfekcji i licznych zakazów.

Czas mijał, pandemia swoje, a ludzie swoje, przyszło lato, a my pijąc kawę i jedząc pączki wystawialiśmy twarze do słońca, obserwowaliśmy Kobiety i Dziewczyny zwiewnie i subtelnie ubrane, wymieniając się uwagami na ich temat. Nie muszę chyba dodawać, że za każdym razem spotykając się prowadziliśmy niezwykle interesujące rozmowy na niezliczone tematy w śród których prym wiodły książki, muzyka, filmy, własne przemyślenia i oceny przemyśleń i działań innych osób – przeważnie idiotów wiadomego pochodzenia. Na szczęście obaj mamy dystans do siebie samych i polityki więc nigdy nie popadaliśmy w zacietrzewienie zostawiając to cietrzewiom.

Zaczęliśmy nawet snuć plany co do naszej pączkowo-kawowej egzystencji, mając zamiar uczynić z naszych spotkań swojego rodzaju salon towarzyski, zapraszając wybranych gości na kawę i pączka. Podjęliśmy nawet decyzję, że elementem stroju obowiązkowego będzie marynarka co miało podkreślić rangę spotkań. Niestety w pewnym momencie stwierdziliśmy, że mamy więcej marynarek niż znajomych nadających się to tego by chętnie się z nimi spotkać i porozmawiać o czymś interesującym. Przeprowadziliśmy szybką weryfikację listy znajomych, która wygladała mniej więcej tak”

Henryk? – Przestań! Proszę Cię (salwa śmiechu)

Jacek? – O Boże! (salwa śmiechu)

Jachu? – Chyba nie żyje (aha)

Marek? – Tylko nie on! (salwa śmiechu)

Dopiero przy Januszu i Łukaszu nasze opinie okazały się zgodne – tak! W końcu razem zorganizowaliśmy koncert Łuksza na Starym Mieście, a Janusz był autorem zapisu wideo tego koncertu. To miało sens!

Zima przerwała cykl naszych spotkań przy kawiarnianym stoliku.

Przyszła wiosna i nasze palny odżyły wspomagane wspomnieniem pączkowego smaku.

Nistety.

Pewnego razu okazało się, że pączków nie ma gdyż ważniejsze były Mazurki. Za drugim razem okazało się, że pączków nie ma gdyż nie ma.

Cóż było robić. Sentyment do miejsca był. Chęć posiedzenia przy stoliku i wystawienia się na wiosenne promienie słońca też była. Zamówiliśmy więc kawę i bezy przekładane masą czekoladową. Bezy nie odmawiam nigdy więc dlaczego by nie?

Jakież było nasze zdumienie, gdy okazało się, że owa masa czekoladowa okazała się zwykłą nutellą !!!

Coś w nas pękło i poczuliśmy się, że coś się skończyło. Nutella! No coś takiego!

Wypiliśmy kawę, dojedliśmy bezy, wstaliśmy strzepując bezowy pył z naszych marynarek.

Wsiedliśmy do samochodu i wracając do domy postanowiliśmy znaleźć inne miejsce.

Na tej samej uliczce są jeszcze dwie inne kafejki. Kto wie? Może tam znajdziemy swoje miejsce?

***

” pamiętaj, naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic, aż do końca.”

Kevin Kline co piątek smaży dla mnie pączki (no, nie zawsze). Część II – czyli Je suis a Paris!

Zamówiliśmy pączki, kawę i wyszliśmy na zewnątrz. Nie musiałem zbytnio wysilać wyobraźni by poczuć się jak w Paryżu. Mała, ślepa uliczka, po jej drugiej stronie zielony skwer tłumiący dźwięk przejeżdżających kilkadziesiąt metrów dalej samochodów. Stoliki z dwoma krzesłami po obu stronach drzwi wejściowych do Cukierni, Kilka na skraju chodnika. Słońce, leniwe kocie ruchy, przymrużone oczy i przechodzące mimo co jakiś czas Kobiety, które co trzeba było przyznać zadbały o swój strój. No cóż. Stare Miasto blisko. La vie es belle (życie jest piękne).

Przemiła dziewczyna przyniosła nam pączki i kawy. RB zlustrował wszystko szybkim spojrzeniem. Wiedziałem co ono oznacza. Kontrolę! Facet, który wychodząc z publicznej toalety otwiera zamek papierowym ręcznikiem, a klamkę naciska łokciem wie co to czystość. I pomyśleć, że o pandemii jeszcze nikt nie słyszał bo jej nie było! RB zaczął oddychać co oznaczać mogło tylko jedno- jest bezpiecznie. Uśmiechnięta przemiło Dziewczyna dygnęła z gracją, ale i z dumą po czym podziękowała i zniknęła za drzwiami Cukierni.

Spojrzałem łakomie na pączka. Przerwałem naszą błyskotliwą i pełną polotu wymianę zdań by móc ugryźć pączka. Miałem naprawdę gdzieś to czy po pierwszym kęsie obliżę usta, a nieco później palce. To było bez znaczenia. Liczyło się tylko doznanie smakowe.

Muszę przyznać, ze pączki były wyśmienite. Świetne. Rewelacyjne.

Ale, miejsce dopiero trzecie.

Zaraz za pączkami Cioci Jadzi, które wielkością przypominały piłeczki do tenisa stołowego, były zamszowe i posypane cukrem pudrem. Gdy je jadłem traciłem rozum, maniery i w nosie miałem to czy starczy ich dla innych. Ja jadłem!!!

Zaraz za pączkami z pewnej Cukierni, które są tak dobre, że nigdy nie jem tylko jednego. Gdy są, a to za zasługą pewnej Damy, jem kilka i wówczas jest tłusty czwartek. Obojętnie jaki dzień tygodnia aktualnie wypada, jaki jest miesiąc. To bez znaczenia gdyż jest właśnie tłusty czwartek!

Kawa, pączek, słońce, Dziewczyny i Kobiety ubrane ciekawie, zieleń skweru, białe blaty stolików, wygodne krzesło. Tak, to było to czego było nam trzeba. Po zjedzeniu pączków, oblizaniu ust, palców i wyzbieraniu resztek lukru z talerzyka i ponownym oblizaniu ust i palców wróciliśmy do rozmowy i kontemplacji doznań wzrokowych.

Stało się dla nas pewne. Byliśmy właściwymi facetami w właściwym miejscu.

*

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi .

Chyba.

Kevin Kline co piątek smaży dla mnie pączki (no, nie zawsze).

RB zrezygnował z dotychczasowej pracy. Niby nic. Sam robiłem to wiele razy. Pracodawca mnie wkurzył, szef mnie wkurzył, pakowałem się i cześć. RB miał milion powodów więcej. Szef idiota, denerwujący klienci: pasażerowie samolotów z Norwegii i Romowie ociekający złotem, brylantyną i tłuszczem w okolicach bioder, zwracający się do niego bezpośrednio: ty.

No to się zwolnił. To , że uczynił to w wieku, w którym ludzie robią wszystko by pracę zachować, to, że z dnia na dzień rzucił wszystko, to tylko pozornie błędna decyzja.

RB wiedział, że najważniejsze dla niego, to: BYĆ !!!

Za to go podziwiam! Zresztą nie tylko za to.

Zerwanie przez RB. stosunku pracy miało także inne konsekwencje. Jedną z nich było to, że nie mieliśmy gdzie pić kawy.

Kilka razy spotykaliśmy się w okolicach Starego Miasta by wypić po filiżance tego smacznego napoju, ale nigdzie nie mogliśmy zagrzać miejsca. Jak bowiem pić kawę i prowadzić wielowątkową i jakże inteligentną rozmowę gdy ktoś krzyczy w wąskiej uliczce Starego Miasta? Jak pić spokojnie kawę, gdy brak słońca? Jak móc trzymać w dłoni filiżankę i już, już dotknąć nią ust by po chwili poczuć smak kawy, jednocześnie słysząc jak osoba siedząca opodal używa słowa: kurwa – w miejsce przecinka nie znając kompletnie zasad interpunkcji? No nie da się!

Pewnego dnia RB. wspomniał coś o świetnych pączkach. Wspomnieć w moim towarzystwie o świetnych pączkach to tak, jak wspomnieć o:

  • pierogach leniwych za 5,00 zł – mała porcja i 9 ,00 zł duża porcja w tym jedynym Barze Mlecznym w latach 1968/1972!
  • pierogach ruskich podawanych przez moją Mamę!
  • żeglowaniu po Mazurach Omegami tak do roku 1980
  • samochodach marki VOVO z napędem 4×4 i mocą silnika minimum 240 KM
  • o Jej oczach, które rozpalają serce i dusze moją .

Nie minęła chwila od owego wspomnienia i już siedziałem w samochodzie i gnałem do RB. Był piątek. Pączki były sprzedawane tylko w tym dniu. Pączki były sprzedawane do wyczerpania stanu 200 sztuk!

Czasu było mało. Cholernie mało. Było go tak mało, że gnałem ulicami mego miasta jak szalony nie mając do dyspozycji samochodu mojej ukochanej marki VOLVO. Siłą rzeczy szaleństwo owe niekoniecznie musiało być tak właśnie oceniane przez pozostałych uczestników ruchu drogowego i chodnikowego.

RB miał ułamek sekund czasu by wskoczyć do mojego samochodu w momencie gdy przejeżdżałem obok staromiejskiej kamienicy w której zamieszkiwał oraz miał swoją pracownię. Wykorzystał ten ułamek fantastycznie przypłacając to nieco zbyt dużym skokiem ciśnienia i arytmią serca, ale co tam! Jechaliśmy na pączki!

Mało tego, że jechaliśmy. Dojechaliśmy! Mało tego, że dojechaliśmy!

Weszliśmy do cukierni, a tam pączki, ekspres do kawy i Kevin Kline wnoszący kolejną porcję pączków!

Gdyby RB był Kobietą rzekłbym: ugryź mnie! Ja chyba śnię!

RB. nie był i nie jest Kobietą. W związku z czym powiedziałem: Q! Pączki !!!!!

*

Ciąg dalszy będzie. Właściwe to bydzie tej!

Raz jeszcze, ale tym razem …

Raz jeszcze podchodzę do pisania, utrzymania tego fragmentu mojego „ja” na powierzchni. Nie wiem z jakim skutkiem i nic w tym dziwnego, bo niby skąd mam wiedzieć jak ten powrót się skończy?

Tego nie wiem nikt.

Ale tym razem…

Tak, tym razem nie doczekam się pisanego komentarza Ewy. Ewa wyszła i nie wróci. Ma swoje inne plany. Wiem jednak z pewnego źródła, że komentować będzie, a że nie będzie można tego przeczytać? To bez znaczenia.

Do powrotu zmotywowała mnie pewna uwaga, którą rzuciła w moją stronę któregoś dnia Ewa:

wiesz – powiedziała w trakcie rozmowy telefonicznej – tak się nie robi!

tak? – rzuciłem pytająco

Namówiliście mnie, Vi i Ty do założenia bloga, a gdy już się rozkręciłam to Wy zakończyliście blogowanie.

To nie ważne co wówczas odparłem. Ważne co napiszę teraz: no jestem Eve, LUZIK!!!

Do powrotu zmotywowała mnie także Miła Lu. Dała mi to wyraźnie do zrozumienia, a Jej się nie odmawia.

No to wracam.

Jestem.

Ewo … .