Jeszcze troszeczkę, jeszcze ciut, ciut … .

I jak zawsze, gdy już wydawało się, że koniec problemów blisko, że już wreszcie będzie dobrze, gdy zacząłem snuć nieśmiałe plany … wszystko stanęło w pół kroku i nic.

Chcesz rozśmieszyć Pana Boga? – miej plany!

Obyś żył w ciekawych czasach!

Ile jeszcze podobnych sentencji przytoczyć by spróbować opisać co czuję?

Jestem już potwornie zmęczony. Jestem już na granicy wytrzymałości.

Dobrze, że chociaż mogę napisać: jestem.

Jeśli co dnia nie przewalę kilku ton na siłowni, nie przejadę dziesiątek kilometrów na rowerze lub ich nie wychodzę to się skończę. Już tylko endorfiny trzymają mnie w pionie. Bez nich padnę.

Oczywiście, że się nie poddaję. Ja nie poddam się nigdy. Prędzej padnę z braku sił.

A tych jakby już mało.

Jeszcze troszeczkę, jeszcze ciut, ciut … .

 

Reklamy

Siła przyzwyczajenia .

*

Tak się złożyło pewnej młodej damie, że do pewnego czasu w swoim życiu jeździła samochodem siedząc zawsze na jednym z tylnych siedzeń. Nic to specjalnego. Większości młodych dam tak się układało, układa i pewnie układać będzie. Ta natomiast, pewnego dnia otrzymała do swojej dyspozycji samochód służbowy. No i odebrawszy kluczyki, dowód rejestracyjny, kartę flotową zjechała windą na podziemny parking, odszukała właściwy samochód, odblokowała go pilotem po czym otworzyła drzwi i usiadła w środku. Dopiero po kilku minutach czekania i wpatrywania się w fotel kierowcy dotarło do niej, że ów nigdy nie przyjdzie i że to ona powinna usiąść za kierownicą.

*

Na imię miała Dobromiła, więc wszyscy mówili na nią Miłka. Częściej – Pani Miłka, gdyż była sekretarką bardzo groźnego dyrektora. Tak bardzo groźny ów dyrektor prawdę mówiąc nie był posiadał natomiast jedną cechę, która wzbudzała w pracownikach prawdziwą zgrozę. Bywało bowiem tak, że pan dyrektor mówił niewyraźnie i przez nos co sprawiało, że trudno było zrozumieć co powiedział. Zdarzały się sytuacje gdy jakiś pracownik szedł korytarzem, z naprzeciwka szedł sobie dyrektor i w chwili gdy się mijali ten nagle mówił : fgxfgbgmgf. Pracownik jak to pracownik. Tak – panie dyrektorze i natychmiast przyspieszał by zejść z pola rażenia i nie oberwać kontynuacją. Pierwsze co robił tak ustrzelony podwładny to się pocił z nerwów, a następnie biegł do sekretariatu, hamował bieg przed drzwiami, wchodził i patrząc błagalnie na sekretarkę mówił: Pani Miłko!!!Spotkałem przed chwilą na korytarzu „starego” i coś do mnie mówił, ale nie zrozumiałem co!!! Leżę !!! Pomocy!!! Pewnie coś ważnego, a ja nie wiem co! Odpowiedziałem: tak, ale kurde nie wiem co – tak jest!!!

Miłka obiecała pomóc. Pracownik wracał do siebie, siadał za biurkiem i blady ze strachu wpatrywał się w telefon.

Bał się wszystkiego. Tego, że nie zrozumiał, tego co do niego mówiono, tego który do niego mówił, tego co będzie gdy Miłka nie pomoże, tego co będzie gdy telefon zadzwoni i tego co będzie gdy jednak telefon nie zadzwoni.

Gdy wreszcie telefon zadzwonił, drżącą ręką unosił słuchawkę i głosem jaki może wydać z siebie osobnik z gardłem wyschniętym na wiór mówił: tak?

Dyrektor chciał panu powiedzieć: panie kolego, jak tam u pana, wszystko dobrze?

Nic dziwnego, że wszyscy pracownicy, którym zdarzało się usłyszeć coś niewyraźnie z ust dyrektora traktowali Miłkę z niezwykłą estymą.

Nadszedł w karierze Miłki jednak taki moment, gdy poczuła się zmęczona pracą na stanowisku sekretarki i poprosiła swojego szefa o przeniesienie na inne stanowisko. Ten, doceniając jej pracę na dotychczasowym stanowisku z bólem serca zgodził się z nią rozstać przenosząc ją do działu kadr.

I oto w tym czasie wraca z urlopu wypoczynkowego niejaki B. facet bardzo sympatyczny, aczkolwiek nieco zawsze wczorajszy i przymulony.

Wraca, pierwsze co robi to wchodzi do działu kadr, spogląda na siedzącą za biurkiem Miłkę i mocno zdziwiony- jak t on- pyta: Dzień dobry pani Miłko! To teraz tu jest sekretariat???

*

Inna młoda dama dojeżdżała do pracy wraz z koleżanką jej samochodem. Czerwonym. Koszty dojazdu dzieliły proporcjonalnie i tak oto dwie mode damy zjawiały się w pracy zawsze punktualnie.

Do czasu.

Oto bowiem, któregoś dnia, powiedzmy sobie, że był to listopadowy poranek pełen ciemności i szarości kropel późnojesiennego deszczu owa młoda dama wsiada do zatrzymującego się w tym samym co zawsze miejscu samochodu, energicznie otwiera drzwi, wsiada i szukając czegoś w torebce mówi do koleżanki: jedź, nie stój bo się spóźnimy. Ponieważ samochód nadal stał, uniosła wzrok spojrzała w stronę koleżanki i krzyknęła: A pan co tutaj robi?!!!

A Pani?!!! – nie mniej emocjonalnym tonem odezwał się kierujący samochodem.

A samochód był biały.

Rejestracja.

Męczarnie z elektroniczną formą rejestracji w UP mam już za sobą. Dwie godziny walki z całkowicie nieintuicyjnym i nieprzyjaznym człowiekowi arkuszem zgłoszeniowym zamieszczonym na stronie internetowej UP, nauczyły mnie pokory. Pomoc uprzejmego pana z infolinii sprawiła , że dobrnąłem szczęśliwie do końca i poczułem ulgę.

Jak niewiele trzeba by się cieszyć.

Jakiś czas potem kwota na fakturze za telefon powiększyła się o kilkanaście złotych. Jak się okazało infolinia była płatna.

Całkiem sprytny sposób by ściągać pieniądze z bezrobotnych i móc je przekazywać bardziej potrzebującym. Na przykład … .

Ciepło. Właściwie to gorąco. Moja ulubiona ostatnio aplikacja „jak dojadę” robi co trzeba i jadę teraz klimatyzowanym autobusem ulicami mego miasta.

Podoba mi się to.

Dawno nie wiedziałem moich fyrtli od tej strony. I ludzie. Różni. W większości młodzi. A wśród nich ja – bezrobotny w drodze do rejestracji.

Słońce na ulicach, murach, trawnikach, wszędzie złote jego światło. To dobrze. Gdyby padało, było zimno, chmurno i szaro byłbym pewne w głębokiej depresji.

A tak, z pewną dozą takiej ciekawości jadę sobie do UP, piszę SMS, uśmiecham się do siebie i mojego miasta, które jest takie śliczne.

Ja jestem z niego dumny!

A teraz przesiadka. Z autobusu na autobus. Problemu nie powinno być bo przystanek na którym mam wsiąść do kolejnego autobusu znajduje się po drugiej stronie ulicy. Jednak problem jest gdyż przejścia dla pieszych są w odległości ponad stu metrów, a „mój” autobus już jedzie, już go widzę i już wiem, że nie mam szans na niego zdążyć, a godzina wyznaczona na moją rejestrację tuż, tuż i nie mam ochoty najmniejszej nawet raz jeszcze wypełniać arkusz zgłoszeniowy i zasilać kasę tych tam … .

Co to, to nie!

No więc unoszę rękę w górę i śmiałym zdecydowanym krokiem wkraczam na czteropasmową ulicę pełną samochodów. Łamię przepisy, zarabiam na mandat, ale co mi tam! Do zdziwionych kierowców hamujących na widok debila biegnącego z podniesioną ręką wołam: przepraszam, ja na autobus muszę zdążyć!!! Do UP się śpieszę.

Fajni kierowcy są w moim mieście. Nikt mnie nie potracił, nie zabił, nie krzyczał na mnie, nie pukał się w czoło. Pełne zrozumienie i chyba nawet akceptacja. Chyba umieli czytać z ruchu moich warg lub z spojrzenia moich oczu.

Ludzie stojący na przystanku do którego dotarłem bez przeszkód też byli fajni, a jeden chłopak wyglądający na studenta uniósł lekko dłoń i podniesionym kciukiem pokazał, że mnie podziwia.

Bylem z siebie dumny! I z tą dumą w mym bogatym wnętrzu wysiadłem z autobusu i udałem się teraz już na piechotę w stronę UP. Daleko nie miałem, raptem z dwieście metrów. Bez raptu też.

Bylem o czasie!!!

W urzędzie. Bo pod drzwiami pokoju w którym miano dokonać mojej rejestracji dowiedziałem się czytając komunikat na elektronicznym ekranie, że mój numer już przepadł. Trzy minuty. Trzy minuty mi zabrakło, gdyż jak się okazało numerek na spotkanie to ja mam, ale nie mam numerku na to by się zarejestrować. Jedna sprawa, dwa numerki. Nieźle.

No to idź do recepcji i załatw to do cholery, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Dałeś radę przeżyć na czteropasmowej ulicy dasz i tutaj – zmotywowałem się do działania taką oto przemową do siebie samego.

Pani w recepcji skasowała mój nieaktualny już numerek i powiedziała bym podszedł do maszyny z numerkami i sobie wydrukował nowy.

No widzisz jakie to proste! – sam sobie stwierdziłem. Jak się okazało trochę pochopnie gdyż by wydrukować sobie numerek trzeba najpierw wpisać swój numer PESEL. A ja tego numeru nie pamiętam bo ja najwyżej zapamiętam cztery cyfry, a i to nie na długo. Piny i tym podobne to moja zmora, trauma i przekleństwo.

Dowodu osobistego nie noszę podobnie jak portfela. Po co?

Na szczęście przypomniałem sobie, że mam w telefonie zdjęcie dowodu i już po chwili stukałem palcem w ekran maszyny z numerkami wpisując numer PESEL.

Bylem uratowany i pełen podziwu dla siebie. Miałem w sobie nieprzebrane pokłady dumy. Czułem, że jeszcze chwila i będę bardzo zadowolonym z życia jeszcze nie zarejestrowanym bezrobotnym.

Ktoś z pokoju wyszedł, ktoś wszedł. Czekałem. RB już wcześniej mnie ostrzegł, że się naczekam. No to czekałem. Pomyślałem sobie nawet, że to dobrze, że czekam. Nie wypadało mi być lepszym od RB, który procedurę rejestracji i czas czekania przechodził kilka tygodni wcześniej.

Ktoś wyszedł nie domykając drzwi, na ławce przed pokojem siedziałem sam.

Sam jak ten palec – swoją drogą co to za bzdura z tym palcem!!! Sam w wielkim UP. Nieco dalej na innej ławce stojącej przed innym pokojem siedział też samotnie jakiś facet. Sandały i skarpety, podkoszulek, krótkie spodnie, wydatny brzuch ramiona lśniące potem. Nieźle – pomyślałem sobie i zastanawiałem się jak długo będzie obsługiwany przez panią urzędniczkę. Może to jest jakiś sposób – rzuciłem myśl.

Przez szparę w niedomkniętych drzwiach dobiegł mnie kobiecy głos: weźmiesz gościa, ja mam straszne plecy! Super! Jesteś kochana! Nie zdążyłem się nawet zastanowić jak mogą wyglądać straszne plecy, gdy drzwi sąsiedniego pokoju uchyliły się , wyjrzała z nich urzędniczka, spojrzała na mnie i powiedziała: proszę.

A ja wiedziałem, że jestem gościem! W moim fajnym mieście skąpanym w słońcu, z fajnymi kierowcami i ludźmi na przystankach, są jeszcze fajne urzędy!!!

Ale fajnie! – pomyślałem sobie idąc w kierunku pani urzędniczki.

I już po chwili wiedziałem, że :

1/. zasiłku nie dostanę wcześniej niż za trzy miesiące.

2/. dostanę opiekuna, który będzie mi szukał pracy.

3/. mam przyjść za tydzień na rozmowę z opiekunem

4/. mam się meldować co jakiś czas – jaki to się dowiem jak przyjdzie na to czas,

5/. mam zebrać świadectwa pracy za okres dwudziestu lat,

6/. mam od dzisiaj opiekę zdrowotną

7/ mam się zapoznać z dokumentami, które zaraz dostanę i być świadomy odpowiedzialności administracyjno-karnej czy jakoś tak.

I tyle.

I do domu.

I na autobus. Jak ja lubię fajne autobusy!!!

No i najważniejsze!

Byłem zarejestrowany!!!

Na bieżąco … .

Nie odzywam się, nie oddzwaniam … . Wiem. A skoro wiem to znaczy, że zdaję sobie sprawę z tego, że robię źle.

Jednak czynię tak bo nie mam chwilami już siły.

Ja mówię, a każdy rozumie moje słowa jak chce. Wychodzi na to, że każdy ma rację tylko nie ja.

Nieźle!

*

Czuję się raczej kiepsko. Jadę na oparach. Jestem zmęczony, zestresowany, ale się nie poddaję. Walka o przetrwanie niesie jednak za sobą koszty, a tłumaczenie sobie, że Inni mają gorzej …. Cóż. Jedna z metod.

*

17 czerwca waga, gdy na nią wszedłem wskazała : 68,70 kg. Gdy zaczynałem się za siebie brać moja waga wynosiła : 88,80. Tak więc przez rok schudłem 20,10 kg.

Nieźle.

Do pełni szczęścia brakuje mi tylko tego by ustały dokuczające od czasu do czasu bóle w mostku i serca.

Spokojnie!!!

Wiem co to oznacza i panuję nad sytuacją.

*

Na wsi zamieniłem słów kilka z Kolegą. Zapytałem: Jak leci ?! A On dziwnie wzruszył ramionami, minę miał raczej nietęgą i odrzekł: widzę koniec.

A ja pojechałem dalej na rowerze.

*

Ja końca nie widzę, ale wiem, że czeka i doczekać się nie może.

*

Praca? Światełko w tunelu zwanym ” Ciemna Dupa” jest. Tyle na dziś.

*

Odbyło się spotkanie robocze w KAHAW-ie. (www.kahawa.pl  lub

fecebook.com/kahawapoznan). Będziemy działać. Na październik mamy zaplanowane dwie nasze imprezy: koncert poezji Herberta i monodramy: Darwin się mylił, Śmierć, Anioł.

idziemy jak burze. Oby tak dalej.

Dopingujemy Aktora do większej pracy 🙂

*

To tyle. Wiem, że mało, ale jak na mój stan to i tak dużo.

*

Przekażmy sobie uśmiech 🙂

 

 

 

Piramidy…

PIRAMIDY

*

Piramidy. Starczy, że wypowiem to słowo, a już wszyscy rozdziawiają gęby, w Waszych oczach pojawia się ten dziwny błysk, który pojawiłby się gdybyście zobaczyli kosmitę, albo tę … no …tę …nago i myślicie: Erich von Däniken!!!

Jasne! To oczywiste! Przecież piramidy zbudowali kosmici!

Oczywiście, że tak!

Któż by inny?

Przecież oni pojawiali się na Ziemi nieustannie! Dla ludzkości przerwy między ich wizytami wynosiły kilka tysięcy, no, czasami nawet kilkaset lat, a dla nich były to tylko regularne loty turystyczne w celu zmiany turnusów co ich dwa tygodnie.

Jak dla naszych na Hurghadzie. Leżą rodacy pijani, wkurzają ich pijani Rosjanie i bezczelni, chamscy i trzeźwi do wieczora Niemcy, nie wspominając o pijanych non stop pieprzonych Rudych Anglikach. S

Szwedki za to są ok. Bardzo nawet, ale nie o to teraz chodzi.

No to leżą rodacy leżą, a nad nimi, na niebieskim nieboskłonie, leci samolot za samolotem podchodząc do lądowania na pobliskim lotnisku, skręciwszy jakieś dwadzieścia minut wcześniej, w okolicach piramid, by obrać właściwy kurs. Bez tych piramid nie trafili by do Hurghady!!!

O tym jesteście przekonani! Piramidy to kosmiczne znaki drogowe!

Tymczasem … .

Parę tysięcy lat wcześniej, no może tak z dyszkę tysięcy, pewien kosmita imieniem Ziggur – dowódca statku kosmicznego, wylądował nim w dorzeczu Tygrysu I Eufratu, wysiadł, rozejrzał się i powiedział: ale zajebiste miejsce na budowę kompleksu wypoczynkowego! Sztos! I wydał załodze rozkaz: zbudować mi tu zaraz piramidę, najlepiej kilka, albo kilka po kilka, no tak, żeby ich było kilka! Jego zastępca uśmiechnął się dziwnie słysząc ten rozkaz, ale gdy dotarły do niego słowa dowódcy: jak Cię zaraz strzelę w ten rudy łeb to zaraz się tobie odechce śmiać!- to faktycznie mu przeszło i karnie odpowiedział: Tak jest! Kilka po kilka by ich było kilka!

No! – odpowiedział dowódca Ziggur i poszedł gdzieś w stronę Eufratu lub Tygrysu, kto go tam wie gdzie by się wysikać. W końcu lecieli prawie pół swego kosmicznego dnia nim tu wylądowali, więc miał do tego prawo. Rudy zastępca zwołał resztę załogi i wydal rozkaz: zbudować mi tu kilka po kilka tak by było kilka piramid! Lasery w ruch, pola siłowe w ruch, w ruch wszystko to co idzie w ruch i ruchy!!! Ja was nauczę roboty wy, wy, wy, łyse gnoje!!! – zakończył groźnie.

Jak widać szefowie dzisiejszych korporacji to potomkowie dawnych kosmitów – rudych.

Nie minęło kilkadziesiąt kosmicznych minut i piramidy były gotowe. Dym laserów opadł, zrobiła się cisza. Pola siłowe zostały wyłączone, co było w ruchu zostało zatrzymane.

Ziggur wrócił z sikania – co zajęło u trochę czasu – spojrzał na te kilka piramid i powiedział: no!

A jego Rudy zastępca zapytał: jak je nazwiemy szefie? Ziggur spojrzał na Rudego tak, że mu się odechciało wszystkiego. Jak się n a z y w a m ?– zapytał przeciągle, a Rudy natychmiast odpowiedział: Ziggur!!! No to jak nazwiesz m o j e p i r a m i d y w c z a s o w o -w y p o c z y n k o w e ? – pytał dalej przeciągle Szef.

Ziggur….Ziggur…Ziggur ….Wiem !!! Krzyknął Rudy i wyrzucił to z siebie: Zigguraty!!!

No! – odpowiedział szef i podrapał się po tyłku przez kosmiczny skafander. Kosmitom tak się spodobało dorzecze Tygrysu i Eufratu, że latali tam na te swoje kosmiczne urlopy nieustannie.

Miejscowa ludność mentalnie, intelektualnie prezentowała sobą poziom od Kosmitów przybywających w ich strony w celach wypoczynkowych całkowicie odmienny. No ….parę cech wspólnych mieli. Też chodzili na stronę siku i drapali się po tyłku gdy coś udało im się coś zrobić porządnie i zgodnie z oczekiwaniami. Nie mieli co prawda kosmicznych skafandrów, ale to przecież nie miało w tym przypadku większego znaczenia. Chodzi o sposób wyrażania emocji. Miejscowym spodobały się bardzo Zigguraty. Najpierw obchodzili je kilkadziesiąt lat bojąc się do nich zbliżyć. Samych Kosmitów nie widzieli, gdyż ci chodź byli na miejscu to jednak mieli włączoną opcję „no look” by hordy dzieciaków nie biegały za nimi i nie wolały: panie kosmita pan da na chwilę hełm, no da, puszkę po napoju da pan; abo będą nieustannie pytać – dlaczego ma pan takie wielkie oczy? A pani kosmitka dlaczego ma pani takie wielkie … . Prościej było włączyć guzik „no look” na skafandrze i mieć te pierdoły związane z koegzystencją z głowy. Zdarzyły się dwa przypadki, że ktoś przez zapomnienie nie włączył opcji „no look” i pojawił się problem. Najpierw pewna Kosmitka o imieniu bodajże- Szmina czy Pudryna – mało w tej chwili istotne, pokazała się miejscowym w chwili gdy postanowiła się poopalać. Zdjęła skafander i zapomniała włączyć opcję „no look” na wirtualnym parawanie. No i się zaczęło! Gdy miejscowi ją zobaczyli to oszaleli. Na szczęście trwało to tylko kilka sekund. Strach pomyśleć co byłoby , gdyby trwało to w nieskończoność, albo przez godzinkę i na przykład w tym czasie wpadłby do niej z wizytą by się rzem poopalać Rudy. Te kilka sekund sprawiło, że miejscowi nie mogli już patrzeć na swoje miejscowe, tylko łazili po gliniankach, wydobywali glinę i lepili lalki na podobieństwo Pudryny czy też Szminy – kto by to pamiętał jak ona miała na imię. Lepili, wypalali na słońcu, którego było w okolicy od cholery, cmokali z zadowolenia, przewracali gałami, oblizywali się, całowali te lale i co jakiś czas chowali się z nimi w krzakach nad brzegami Eufratu czy też Tygrysu.

W drugim przypadku winnym zamieszania był Rudy. Obudził się i jak to on przez pół dnia łaził nieprzytomny nie bardo wiedząc co się z nim i wokół niego dzieje. Oczywiście nie włączył opcji „no look” i gdy natknęła się na niego grupa miejscowych kobiet, które szły nad rzekę prać miejscowe ciuchy, a on stał nagi szykując się do skoku w wody rzeki, stało się! Najpierw, kosze z brudnymi miejscowymi ciuchami wypadły im z rąk, a potem nie wiadomo dlaczego wszystkie odzienia same z nich spadły. Gdyby je spytać dlaczego odpowiedziałyby , że nie wiedzą, ale to bez znaczenia, gdyż nic by nie odpowiedziały. Nie miały na to czasu. Zajęły się Rudym. Oglądały go, ochały i achały, dotykały, cmokały z zachwytem, oczy wychodziły im z orbit choć nie były kosmitkami. Wyrywały go sobie nieustannie, szarpały nim i tak dalej. Nie wiadomo jak długo to trwało, ale wiadomo, że za długo. Kosmiczny wartownik dostrzegł co się dzieje i włączył zdalnie Rudemu opcję „no look”. Miejscowe kobiety przez jakiś czas nawet nie dostrzegły, że między nimi nie ma już Rudego. Przez jakiś czas nadal tarzały się na plaży nad Eufratem czy też Tygrysem same. To zresztą bez znaczenia. Tak czy siak jakiś czas potem sporo małych rudych ganiało wesoło po Mezopotamii dając początek rozsiewania genów Rudego, które do dzisiaj tkwią i w znacznym stopniu wypełniając osobowości szefów rożnych korporacji. Strażnik o wszystkim zameldował szefowi. Ten zawołał Rudego do siebie … . Pomińmy szczegóły spotkania. Co było to było. Faktem jest, że Rudy od tego czasu dostał zakaz wychodzenia ze statku. Czasami widziano jak tęsknie patrzy w stronę plaży nad rzeką, ma wzrok dziki i ręce mu się dziwnie trzęsą.

Zresztą i bez tego zdarzenia Rudy czuł się dziwnie na tej planecie. Czasami odnosił wrażenie, że jest z nią jakoś dziwnie emocjonalnie związany, że nie jest mu ona obca. Mało tego! Zdarzało mu się także, że nachodziła go zupełnie bez powodu myśl czy też raczej dziwny niepokój, który kazał mu wątpić czy, aby na pewno jest stuprocentowym Kosmitą.

Zostawmy jednak Rudego!

Tymczasem bowiem, miejscowe kobiety ulepiły sobie pomnik na jego podobieństwo z mokrego rzecznego piasku okraszając go tu i ówdzie sporymi kamieniami i co jakiś czas chodziły doń by sobie powzdychać i potęsknić – jak to kobiety. Jednak pewnego razu zobaczyli to ich faceci i żywot pomnika szybko się skończył. By sytuacja się nie powtórzyła wytłumaczyli swoim kobietom, że więcej mają tego nie robić i zrobili to nie wypuszczając swoich lalek Puderek-Szminerek z jedynej wolnej ręki.

Niestety te dwa przypadki niezamierzonego kontaktu Kosmitów z miejscową ludnością źle na nią wpłynęły. Od tego bowiem czasu miejscowe niezbyt mogły patrzeć na miejscowych, a miejscowi w ogóle nie mogli patrzeć na miejscowe.

Miły setki lat za setkami lat i w końcu miejscowi odważyli się wejść do Zigguratów. Pewnie każde z nich miało swój powód by przełamać strach i wewnętrzny opór. Możemy się tylko domyśleć, że miejscowe szukały tam niejakiego Rudego, a którym opowiadały z pokolenia na pokolenie wszystkie prapraprababki. Miejscowi natomiast szukali tam swego ideału kobiety, który spadł i onegdaj z nieba, a o którym opowiadali z dziwnym drżeniem rąk wszyscy prapraprapradziadkowie.

Po jakimś czasie Kosmici postanowili wnieść się z Mezopotamii. Przyczyna takiej, a nie innej ich decyzji była prozaiczna.

Komary.

Małe upierdliwe bzyczące wypierdki, które na miejscowych nie robiły najmniejszego wrażenia. Z Kosmitami było jednak inaczej. Jedno użądlenie małego upierdliwego komara sprawiało im bowiem ból straszny, gdyż to co mieli takie duże robiło się jeszcze większe, a to już było nie do wytrzymania.

Pewnego razu Ziggur chcąc się uwolnić od komara uderzył się bardzo boleśnie i to przebrało wszelką miarę.

Mam tego dosyć! – zakomunikował wszystkim i polecił uruchomić kosmiczne silniki kosmicznego statku. Lecimy szukać nowego miejsca oświadczył i dodał, że w nowym miejscu będzie: sucho, ciepło a nawet gorąco, zero rzek, żadnych komarów i od cholery piasku. Jedna wielka plaża – dodał na zakończenie.

I wystartowali. I polecieli.

Miejscowi nawet tego nie zauważyli, a ich kolejne odchodzące pokolenia, zabrały ze sobą w niebyt pytanie o dziwne – bo tak nagłe pojawienie się Zigguratów. Następne natomiast przyjmowały je za coś normalnego. Podobnie zresztą jak fascynację miejscowych pań opowiadaniami, których głównym bohaterem był dziwny człowiek, o włosach koloru płomieni i ponoć takim samym temperamencie. Rudy Olbrzym – tak go nazywały. Panowie też mieli też swoje fascynacje. Każdy z nich miał swoją lalę. I choć trudno im było wymówić jej imię Pudera-Szminera czy jakoś tak, to jednak uwielbiali je bezgranicznie.

I jedno jest w tym wszystkim pewne. Piramidy Mezopotamii mają tyle wspólnego z oznaczeniem miejsca lądowania dla kosmicznych statków co depresja z górami.

Już sobie to wyobrażam! Leci statek Ziggura, za sterami on sam, z tyłu jego pierwszy oficer – Rudy i obaj mówią: kurde jak nie zobaczymy piramid to nie będziemy wiedzieli gdzie wylądować! Trafić na tę planetę z innych galaktyk to pryszcz, ale gdzie tutaj ostatnio parkowaliśmy???

Jane! A nad nimi statek Avengersów w którym Peter Quill ze słuchawkami na uszach słucha muzy i zwija się ze śmiechy mówiąc do Drzewa: nie mogą trafić w to miejsce co ostatnio! No ale jaja!!!

Ziggur lecąc swoim statkiem kosmicznym z Mezopotamii na zachód, a właściwie taki lekko północny zachód, spojrzał w dół i w pewnym momencie powiedział do Rudego: spójrz w dół Rudy, te dwa morza powinny być połączone ładniej by to pod nami wyglądało … ile tu piasku, jak tu płasko, jak słonecznie, fajnie! Lądujemy!!!

I wylądowali.

Przekażmy sobie uśmiech

17:00-18.38

No i pierwsze spotkanie mamy za sobą. I choć trudno uznać je za w pełni „robocze” to jednak co nieco ustaliliśmy.

Oto ustalenia:

1/ Premiera odbędzie się w październiku.

2/ Po 15 czerwca ruszamy z pracą nad tekstem. Najpierw propozycje zmian drogą internetowej wymiany recenzowanych formatów tekstowych, a następnie podczas spotkań roboczych.

3/ Uruchomimy kanał na You Tube.

3/ Zorganizujemy profesjonalny przekaz obrazu i dźwięku jednocześnie na FB lokalu gdzie będzie odbywać się występ i na naszym kanale You Tube.

4/. Prawdopodobnie premierowy występ nie sprowadzi się do jednego Aktora i tekstu. Są szanse, że wystąpią także dwie Dziewczyny z tekstami: „Śmierć” i „Jestem nawet szczęśliwym Aniołem”.

Zanosi się na niezły „wykon”. To by była sensacja.

Aktor stwierdził, że teksty literacko są świetne i nie ma im nic do zarzucenia. Trzeba im tylko zapewnić „równe tempo akcji” co nie wydaje mi się być problemem.

Najbardziej Aktorowi spodobały się Postaci Rudego I Pierwszego Banksiego. Rudego uznał nawet za genialny, który trzyma akcję, jest niedopowiedziany do końca i ma dramaturgię.

Ogólnie jest zachwycony.

Siłą rzeczy zapowiedziałem kontynuację cyklu. Robocze tytuły następnych tekstów to: Piramidy, Jesień średniowiecza i Wielkie Odkrycia Geograficzne.

Zachwycony jestem i ja. Oto bowiem Aktor, a więc „siła fachowa” uznał moje teksty za wyśmienite, o wielkim scenicznym potencjale i godne realizacji.

Czego więcej chcieć?

I pomyśleć, że miałem chwile zwątpienia. Jak się okazało niepotrzebnie.

No i trzech wykonawców w debiucie!!! Już sama deklaracja, że chcą i myślą o tym jest czymś niesamowitym. Warto było pisać. I pisać dalej też będzie warto!

*

No to teraz przekażmy sobie uśmiech.

*

Ps. Oczywiście o wszystkim będę informował na bieżąco.

17:00

Od RB. otrzymałem wiadomość SMS : Jutro u mnie o 17:00 . Moja odpowiedź? Mogła być tylko jedna! Oto ona w pełnym brzmieniu: Super!

Tak oto dowiedziałem się, że jutro o godzinie 17:00 mamy spotkanie z Aktorem, kolegą RB., który zdecydował się na występ z moim stand-up(owym) tekstem opisującym to, jak bardzo Darwin mylił się z swoją teorią ewolucji.

Nie wiem czy wspominałem o tym, ale mamy już miejsce gdzie będzie premiera. Mamy też w planie transmisję na żywo przez FB, a także przekaz zarejestrowanego występu przez specjalny kanał na You Tube.

Mamy też inne plany, śmiałe, wybiegające w przyszłość, takie trochę szalone, młodzieńcze, zuchwałe i jesteśmy mocno przekonani o tym, że jeszcze będzie o nas głośno bo nam się uda gdyż jesteśmy wielcy i już w szkole tego chcieliśmy by razem coś zrobić. A, że mały poślizg kilku dziesiątek lat? Jakie to ma znaczenie?! Przecież ciągle jesteśmy młodzi! Najmłodsza Córka RB. ma 14 lat, moja …. niewiele więcej.

Ciągle młodzi !!!

Kiedy jak nie teraz? RB. na bezrobociu i ja też. Czego więcej chcieć?!

Nie ukrywam, że jestem podekscytowany. Mam nadzieję, że jutrzejsze spotkanie mające bez cienia wątpliwości charakter roboczy, będzie okraszone pierwszym czytaniem tekstu i propozycją ze strony Aktora naniesienia pewnych zmian. Wiem, że ma pewne uwagi co do tekstu. Są one bardzo cenne, gdyż dotyczą na przykład konieczności utrzymania widowni w napięciu co możemy osiągnąć tylko poprzez  utrzymanie tempa akcji.

No ale przede wszystkim to, że usłyszę tekst wypowiadany przez Aktora, który będzie dzięki temu miał wszystko co potrzebne, a więc intonację, akcenty, tempo, przymrużenie oka do widowni, zagranie pauzą itp.

Cieszę się jak dziecko.

I to wszystko dzięki Wam!!!

Bo dla Was piszę, dla Waszego uśmiechu …

Przekażmy go sobie koniecznie !!!

ps.

Jutro opowiem jak było 🙂