Za oknem samolotu .

 

Pozostała mi nadzieja . Nadzieja , że z czasem – podczas lotu – chmury się rozstąpią i

zobaczę naszą ojczyznę z lotu ptaka z szczególnym uwzględnieniem tego jej maleńkiego kawałeczka na którym zagubiona w lasach spoczywa moja wieś .

Samolot wyrównał lot i wszystko wracało do normy jeśli za normę uważać można pobyt około stu osób w metalowym pojemniku zwanym samolotem na wysokości ponad dziesięciu kilometrów gdzie temperatura na zewnątrz sięga około sześćdziesięciu stopni w minusie a prędkość osiąga ponad osiemset kilometrów na godzinę . Wewnątrz było znacznie lepiej .

Ciepło , luźno – na pokładzie połowa miejsc pusta , każdy siedział jak chciał – a z ekranów małych monitorów mogłem dzięki nawigacji satelitarnej dowiedzieć się , że właśnie przelatujemy na okolicami mojej wsi . Nie pozostało mi nic innego jak westchnąć , podziwiać blask słońca odbijający się od metalicznie lśniących skrzydeł samolotu , mieć aparat pod ręką i zrobić jakieś zdjęcie , które uwieczni tę chwilę . Miałem też nadzieję , że w powrotnej drodze będzie lepiej i zrobię to tak upragnione zdjęcie .

 

  

 

Przelot na Polską nie trwał zbyt długo .. Jednak w tym czasie mogłem się przekonać jak wielki może być front atmosferyczny . Za oknami niezmiennie chmury pod skrzydłami a

nad nimi błękit nieba ukazujący wielkość nieskończoności . Wpadłem w zamyślenie z którego wyrwał mnie dziwny widok . Biel chmur została jakby rozerwana czernią . Szybka decyzja -zdjęcie . Gdy już je zrobiłem a samolot oddalił się z tego miejsca przyszło zastanowienie szybko doszedłem do wniosku , że uwieczniłem właśnie jedyny kawałek naszego kraju widoczny dziś z pokładu mojego samolotu – Tatry .

 

 

 

Jakie małe ! Zawsze wielkie , dumne i do tego stopnia „ nasze „ , że niemal zdziwieniem napawa nas informacja i fakt , że Słowacja posiada ich pięć razy więcej niż my .

Sięgnąłem po książkę i z jej stron spłynęło na mnie ciepło Prowansji , widok winnic w zachodzącym słońcu , poczułem smak bagietki maczanej w specjalnie przyrządzonej mieszance oliwy , soli , pieprzu , octu winnego i małej łyżeczki musztardy . Widziałem małego Maxa , który siedział z wujkiem  przy stole i prowadzących wieczorną rozmowę .

Ktoś trącił mnie w ramię . Otworzyłem oczy . Stewardesa z przepraszającym uśmiechem pytała mnie co zjem . Zjadłem pokładowy obiad – smaczny – popiłem dobrym tureckim winem i mogłem powrócić do oglądania świata za oknami samolotu .

To dziwne jak w czasami bardzo dziwnych okolicznościach przychodzi nam przekonać się

o słuszności tak zwanych tak zwanych ludowych porzekadeł – na przykład – podróże kształcą. Oczywiście , że tak ! Jednak to co zobaczyłem za oknem przekonało mnie jak bardzo . Jakie Tatry ? – zadałem sobie pytanie . Jakie tam nasze zimowe stolice kraju jak Zakopane , Szklarska Poręba czy inne tego typu miejscowości ?! Samolot najpierw się zbliżył a po jakimś czasie przelatywał , przelatywał i przelatywał na dziwną krainą . Wielką , ciemną , tajemniczą pooraną grzbietami gór , dolin z szczeciną lasów pokrywającą biel stoków . Wielkie połacie niczym nie skalanej bieli . Wańkowiczowskie słowo – pustać – doskonale nadawało się do określenie tego co dane mi było podziwiać . Pięknie !

Karpaty . Rumuńskie Karpaty z bezludnymi dolinami w całej okazałości . Czy mi się zdawało czy naprawdę widziałem pędzące jak szalone czarne sanie ciągnione przez dwanaście czarnych jak smoła koni , którymi powoził zakapturzony woźnica a na nich spoczywała czarna trumna z lekka omiatana wzbijanymi spod płóz tumanami śniegu ?

 

  

 

Fascynujący widok ! Odwróciłem się do mego niemieckiego przyjaciela i powiedziałem czy może raczej nawet z lekka wykrzyczałem – Siedmiogród ! Siedmiogród !

Spojrzał na mnie jak zawsze z miną wyrażającą zadziwienie i zaskoczenie – gdy zwracam się do niego po polsku – bardziej w stylu angielskim niż niemieckim ( ćwiczy to czy jak ? ) po czym usłyszałem jak zawsze zresztą w takich okolicznościach – He ??? . Szybko przełączyłem myślenie na język niemiecki i powiedziałem – Sieben Städte ! Was ??? Zapytał nieustającym zdziwieniem .  Rumänien  , Bergs , ein  Graf Dracula  !!! – szybko w języku niemieckim powiedziałem licząc na zrozumienie . Mój przyjaciel popatrzył na mnie i po chwili z uśmiechem wyrażającym zrozumienie powiedział – Sieben Burgen ! Po czym powrócił do czytania pokładowego pisma .

 

  

 

Czas mijał i pomału kończył się lot . Przyznam się , że dostarczył mi sporą dawkę adrenaliny i nawet przez chwilę pomyślałem , że lot odbywany na siedzeniu przy oknie nie był najlepszym rozwiązaniem . Samolot bowiem kończąc lot i podchodząc do lądowania robił to lecąc co raz niżej na morzem . Gdy zobaczyłem pojedyncze fale a jakaś mewa leciała spokojnie w połowie dystansu między skrzydłem samolotu a powierzchnią morza zwątpiłem w czekające mnie kolejne lata życia jak długie miały by nie być . Całości dopełniło dodanie

mocy obu silnikom co było bardzo , bardzo słyszalne a mnie utwierdziło w przekonaniu , że piloci nie bardzo sobie radzą z podejściem do lądowania . Zanim zdążyłem zastanowić się nad czekającym mnie rychłym końcem za oknem pojawiła się ziemia , pas startowy , koła samolotu wydały swój charakterystyczny dźwięk towarzyszący hamowaniu i po kilku minutach mogłem popatrzeć jeszcze ciągle przez okno samolotu na docelowe lotnisko . Byłem w Stambule !

 

  

 

cdn.

 

Odlot .

Nie wiem jaki jest Stambuł . Nie wiem jak go opisać . Przychodzi mi to z trudem gdyż coś mi się wydaje , że wszyscy Ci , którzy opowiadają o tym mieście jako miejscu pełnym egzotyki robią to ponieważ niejako automatycznie stają się podróżnikami w egzotyczne miejsca . Tymczasem …..

Może jednak od początku .

Wyjechałem wcześnie gdyż wziąłem pod uwagę : mgły , korki , wypadki , awarie oraz tak zwane nieprzewidziane okoliczności . Prawdopodobnie właśnie dlatego nic z tych rzeczy mnie nie spotkało i dojechałem na lotnisko z dwugodzinnym wyprzedzeniem czasowym . Niby tak powinno być ale dla mnie to był problem . Czekanie nie stanowi mojej ulubionej rozrywki . Kawa ? Ok. Jedna , druga , spojrzenie na zegarek i do startu jedna godzina i dwadzieścia minut ! Można poczytać ? Oczywiście , że tak – zabrałem nawet książkę – ale jak czytać skoro co chwila komunikaty , tłumy ludzi i natarczywe myśli na temat lotu a do czytania mam „ Dobry rok „ ! i nie chce tego czytać jak gazety !

Poprawiam sobie nastrój myślą o tym , że mam miejsce przy oknie , że mam ze sobą aparat o zrobię wreszcie zdjęcia moje wsi z loty ptaka ! Ostatnio nie mogłem tego zrobić gdyż nie miałem aparatu ( był w bagażu ) i nie miałem miejsca przy oknie . Raz jeszcze otworzyłem torbę z aparatem , wyjąłem go i sprawdziłem stan baterii – wszystko dobrze !

Wreszcie się ruszyło ! Zaczęto odprawę lotu . Podchodzę do okienka , podaję paszport a zwalisty – tak około sto dwadzieścia kilo wagi – niemiecki policjant przegląda go uważnie , otwiera usta a ja już wiem o co zapyta ! – bije pan może stewardesy ? – nim odpowiedziałem usłyszałem – witamy i przyjemnego lotu . Potem bramka i tradycyjnie moje buty wzbudzają wszelkie dźwięki i światełka w ręcznym czytniku ochrony ale kończy się uśmiechach . Co ten producent butów nawyrabiał ?

Wreszcie samolot , siadam i ulga gdyż faktycznie siedzę przy oknie i nikt nic nie pomylił . Ostatni telefon do domu z informacją , że już za chwilę , poczym wyłączam go gdyż na ekranach telewizorków pojawia się informacja o konieczności wyłączenia wszelkich urządzeń elektronicznych . Zgroza !!! Aparat cyfrowy jest urządzeniem elektronicznym ! Pytam o aparat stewardesy , która nie wiedząc , że jestem Polakiem stoi całkiem blisko i w odpowiedzi słyszę , że mogę robić zdjęcia ale dopiero po starcie . Radość !

Samolot kołuje , silniki pełna moc , startuje , unosi się w górę a razem z nim ja i blisko dziewięćdziesiąt innych osób . Unosi się też mój żołądek skurczywszy się do wielkości orzecha laskowego . Lecę !

Pięknie ! Czyste niebo , błękitne , słońce , chmury …jakie chmury !!!!???? Do diabła !!!!!!

Chmury zasłaniają wszystko co pod samolotem , pod nimi !!!!!!

Ratunku !!!!!!

Lecę !!!

Wyjeżdżam i niby nic w tym nowego . Jednak czuje pewne podniecenie . Jutro pakowanie , potem jazda do Berlina , tam samolot a potem Stambuł ! Magia na magiami ! Mam nadzieję , że wrócę a aparat będzie pękał od zdjęć .

Jeśli prawdą będzie , że w hotelu jest internet bezprzewodowy to może już w środę ,nocą jakieś zdjęcia ?

Jeśli nie to po powrocie …w niedzielę …jeśli wrócę J .

Pozdrawiam wszystkich na V i na A z S .

Pa

Wyprawa

  

 

Kilka razy słyszałem o tym miejscu . Kilka razy byłem tuż , tuż obok aż wreszcie ostatnio  przejazdem bo przejazdem ale pojawiłem się tam kolejny raz . Poganiany kryzysem , koniecznością oraz – co najważniejsze – przekonaniem , że nadszedł czas w czasie którego warto pokazać , że jest się równie dobrym jeśli nie lepszym od tego z czasów gdy wszystkim szło jak po maśle udałem się w te strony . W miejscu gdzie Warta wpada do Odry tworząc wielkie rozlewiska od niepamiętnych czasów ptactwo wszelakie od lat – nikt nie pamięta jak wielu – wyznaczyło sobie miejsce spotkania i całoroczne już niemal bytowanie z szczególnym czasem godów i wylęgu włącznie . Choć niebo było cudownie , letnio niemal błękitne to drogi były jakby na przekór zasłane śniegiem , nocnymi pozostałościami wiatru w postaci zasp a kilka stopni mrozu dopełniało całości wrażeń . W tym wszystkim ja . Bez ciepłej odzieży w półbutach , bez czapki ale z aparatem fotograficznym i postanowieniem , że kiedy jak kiedy ale dziś właśnie pojawię się tam i zrobię zdjęcia  i popatrzę  i pochodzę i pozwiedzam i pobędę i cześć  ! Jak Niemcy , Japończycy i wszyscy inni ptasi fascynacji , którzy zjeżdżają tu wiosną i latem i jesienią by robić miliony zdjęć . Właśnie . Wiosną , latem , jesienią ale nie zimą ! Ja natomiast byłem tu właśnie teraz !

Brnąłem po łydki w śniegu , na mrozie , wietrze i słońcu z aparatem , robiąc zdjęcia i zapominając o tym , że powinienem już być na spotkaniu , że jestem spóźniony , że mogę się przeziębić – grypa! – co na to Książę !!!!???? Nic to ! Śnieżno lodowa kraina zamieszkana przez liczne już ptactwo wciągała mnie jak miraż oazy pustynnych wędrowców .

Spotkanie się odbyło a gdy wytłumaczyłem gospodarzom przyczynę mego spóźnienia zgodnie orzekli – normalne ! pokaże nam pan zdjęcia ?

Nie przeziębiłem się . Nie mam grypy , nawet nie kicham !

Jestem bardzo z siebie zadowolony , że w tej cholernej gonitwie zatrzymałem samochód , włożyłem na siebie sweter , na szyję zawiesiłem aparat i ruszyłem w tę magiczną krainę .

No !

 

 

 

  

 

 

 

 

Zmiany .

No to mamy nawrót zimy . Wróciła nie pytając nikogo o zgodę . Za stary już jestem na te białości , mrozy , grypy , ziemię twardą pod grubymi podeszwami butów , szyb skrobanie i omiatanie samochodu . Mam już dosyć tym bardziej , że zima tego roku nieco mi nie w smak nie tylko z powodów opisanych powyżej ale najbardziej ze względu na Księcia . Śpieszno mi pokazać mu jego włości w innej niż białej szacie .

Postanowiłem też nieco przyspieszyć odejście zimy i wstawiłem nowy obrazek , letni obrazek, przedstawiający widok drogi , którą już niebawem – bo wiosną – podążę wraz z Księciem no i Leonem oczywiście !

Nocne strachy .

Leon zrobił dziś wieczorem kolejną pompę ( co to jest opiszę na blogu Leona ) .

Wyszliśmy na spacer w ciemnościach , troszkę nam oczy zaprószył śnieg zacinający z wiatrem , troszkę nam gwiazdy poświeciły ukradkiem a gdy doszliśmy na skraj lasu niepokój Leona wzbudził świerk obielony świeżym śniegiem . Czy to pora już późna , czy też może Leonowi coś tam się pomieszało faktem jest , że stanął , warknął , z lekka szczeknął spojrzał na mnie mówiąc – no zrób coś z TYM !!! Zrobiłem . Podszedłem a Leon odrobinę się cofnął gdyż gałęzie świerku targnięte nagłym powiewem wiatru zafalowały nagle . Leon nie spuszczał ze mnie wzroku dodając – no zrób coś z TYM ! Chwyciłem za gałąź , targałem ją , śnieg z niej spadł . Widzisz – powiedziałem do mojego przyjaciela – to tylko gałęzie i śnieg .

Leon warknął , skoczył na pierwszą z brzegu gałąź i szarpiąc ją zębami , warcząc pokonał leżący na niej śnieg , własną słabość i strach .

Wracaliśmy do domu , ciemno , śnieg ale dostrzegłem jego wzrok – no dobrze – powiedziałem …nic nie powiem ! Leon zamerdał ogonem i przyspieszył psiego kroku z nosem w śniegu …wiesz – mówił – nie  mam czasu ….jakiś trop …coś czuje …. .

O …

Nie wysiadam z samochodu . Kryzys a tu Leon stęskniony i Książę wyczekujący .

Nie wysiadam z samochodu a aparat obok mnie na siedzeniu pasażera leży -zamknięty od zawsze .

Nie wysiadam z samochodu ,  chyba , że tylko po to by nocą już i rankiem  umyć w hotelowej łazience zaspane uzębienie .

Nie wysiadam z samochodu a powinienem . Czuje to . W sobotę wysiądę i z Leonem pójdę na pola i w lasy bo dziś usłyszałem w telefonie – tęsknimy i Leon też .

Jadę by wysiąść .