Podróż na druga strone tęczy .

 Bardzo prosze by te zapiski jeśli to możliwe czytac przy muzyce :

:www.youtube.com/watch?v=inTeQ63Pn7Q

 

 

 

Ostatni tramwaj. Ostatni dzienny. Jeszcze nie nocny, ale już skrzypiący na szynach w ciemnościach rozjaśnianych kiepskimi światłami i bladymi neonami beznadziejnych reklam. Ostatni, bo gdy zajedzie na przystanek końcowy motorniczy obwieści głosem i napisem na tablicy – do zajezdni!

W wagonach pusto, chłodno. Wiesz jak pachnie taki tramwaj? Pachnie olejem, powietrzem grzanym przez elektryczne grzejniki, milionem pasażerów, którzy dawno już wysiedli a teraz – nocą już niemal – śpią, dopijają ostatni kieliszek wódki, łyk piwa, palą papierosy na balkonie lub skradają się do lodówki by przekąsić coś przed snem.

Motorniczy trzyma w ręku kurczowo korbę nadającą tramwajowi prędkość, w głowie mu szumi ze zmęczenia i znużenia a za nim, za jego wagonem jeszcze dwa, kiwające się na szynach – każdy inaczej swoim własnym rytmem – puste, oświetlone, pełne wolnych drewnianych siedzeń. Dawno już zjadł zrobione i spakowane przez troskliwą żonę będącą w ciąży kanapki, które przy odrobinie poczucia humoru można by o tej porze nazwać drugim śniadaniem. Wypił też herbatę, jaką miał w termosie i marzył tylko o jednym – dojechać bez problemu do zajezdni i wreszcie znaleźć się w domu.

            Przystanek. Wysiadam. Pewnie nawet tego nie zauważył. Machinalnie otworzył drzwi we wszystkich wagonach, odczekał chwilkę, spojrzał w lusterka i nacisnął czerwony przycisk, pod którym na czarnej tabliczce wyryto literki układające się w biały napis – zamykanie drzwi. Tramwaj ruszył. Ruszyłem i ja. Płyty chodnikowe lekko lśniły w wilgoci powstałej po krótkim deszczu. Kuliste światła lamp sprawiały, że świat, jaki postrzegałem był nieco iluzoryczny – wydawał się tkwić czy może nawet istnieć w owych żółto białych kulach. Wokół nich zaś panowała mniejsza lub większa ciemność. Świetlana galaktyka. Nadejdzie dzień i zginie wraz z świtem. Wieczorem pojawi się ponownie. Gaszenie i zapalanie. Jak piękną musiał być kiedyś praca latarnika, który z specjalnym zapalaczem chodził od jednej latarni gazowej do następnej dając ludziom światło?

Cisza, jaka pomału mnie ogarniała zakłócana była jedynie przez oddalający się tramwaj. Chwila jeszcze i wszystko ucichło. Zatrzymałem się. Postawiłem kołnierz płaszcza.

Wiesz jak to jest, gdy idziesz początkiem nocy, wczesnojesiennej nocy, pustą ulicą, w chwili, gdy wilgoć unosząca się z nad ulic, chodników zamienia się w mgłę, otulającą cię, zniewalając i usypiając? Nie? Ja powiem jak to jest. Jest niesamowicie. Człowiek, no może nie każdy, ale ja – tak – zaczyna wkraczać w inny wymiar. Wymiar, w którym nie ma nikogo innego, nie ma niebezpieczeństwa. Wkraczam w magię,. Wkraczam w krainę czarów, zapachów. W krainę zewnętrzną. Pamiętam jak kiedyś …….Ech …nieważne.

            Kamienica. Stara przedwojenna z oficyną. Nie ma już dozorcy. Nie ma już porządku. Są za to drzwi wielkie a właściwie brama, bez zamka i klamek – skradzionych, bo były z brązu – ale teraz nocą otwarte jak brama do piekieł, czarnej otchłani. Nie! Nie mam zamiaru szukać włącznika. Dawno pewnie skradziony. Po co więc szukać światła gdzie ciemność jest królestwem?

            Pijani mężczyźni przechodząc lub wręcz pijąc w bramie zostawiali w niej swój ślad niczym bezdomne miejskie kundle . Dwa w jednym – miejsce do picia i toaleta . Barbarzyństwo , zezwierzęcenie , bylejakość . Smród , bród . Bezwiednie przestaję oddychać by nie dać się . By nie stracić mojego , własnego wyobrażenia , że nie do końca to wszystko jest bez sensu , że tacy jak oni są mniejszością . Pod stopami rozlega się chrzęst potłuczonego szkła .

Skrzypienie schodów . Wiesz jak skrzypią schody : porządne , drewniane , szerokie na ponad dwa metry , mające ponad sto lat i z uchwytami między które wkładano kiedyś miedziane pręty podtrzymujące pod stopniem czerwony chodnik ? Nie ? To ja Tobie powiem . Skrzypią tak , że każdy krok jest słyszalny . Skrzypią tak bo są częścią historii mieszkańców kamienicy. Skrzypią bo pamiętają ciężar przeprowadzek i wnoszących w ich trakcie wielkich mebli , pianin , porcelanowych zastaw stołowych . Bo pamiętają szybkie tupanie dziecięcych nóżek , powolne kroki dorosłych i stukanie laski starszych , którzy zatrzymywali się na półpiętrze a odpoczywając spoglądali w okno wychodzące na podwórze i dzielące widok na kilka kwadratów szyby poprzedzielanej drewnianymi poprzeczkami . Skrzypią tak bo z każdym krokiem po raz kolejny muszą się ugiąć i wyprostować . Kolejny raz . Bo są schodami.

 

  

Drzwi . Jak wszystko w przedwojennych kamienicach , tych od frontu , od ulicy –wielkie , masywne i pewnie dębowe . Takie z listwą metalową z napisem „ listy „ . Zapalam zapalniczkę . Dzwonek . Dwa centymetry drewna w postaci drzwi za chwilę się uchylą i zobaczę ją .

Wiesz co się czuje gdy masz pewność , że za chwilkę poczujesz jej zapach , spojrzysz w jej oczy , popatrzysz na blask jej skóry i migoczący w jej odbiciu płomień świec ? Nie ! Nie odpowiadaj . Wiem . Każdy to zna na swój jedyny , niepowtarzalny sposób .

            Drzwi się otwierają . Ona .

Wiesz co się czuje gdy nad ranem , tuż przed świtem musisz odejść ? Wiesz co się czuje gdy nagle wyganiają cię z raju ? Wiesz co się czuje gdy byłeś po drugiej stronie tęczy a teraz schodzisz po skrzypiących schodach , wstrzymujesz oddech , popychasz bramę by wydostać się na ulicę a mdłe kuliste światło potrafi walnąć swym słabym światłem po oczach tak , że masz ochotę wrócić w krainę ciemności i zawyć jak pies ?

   

 

Rozlega się krzyk . Jakaś awantura . Za moimi plecami wali na chodnik całym impetem butelka . Rozbryzgujące szkło sięga moich nóg , szarpie nogawki spodni . Staję .

Pomału spoglądam w górę . Szukam okna skąd wyrzucono butelkę . Zamiast tego okna widzę ją jak spogląda na mnie z góry . Unosi rękę do ust , przykłada ją, składa pocałunek a potem jednym dmuchnięciem przesyła do mnie .

            Pierwszy tramwaj . Pierwszy dzienny . Już nie nocny ale …

 

Kultura drogi .

 

 

 

 

Jadę , jadę i jadę . Nie jestem człowiekiem . Jestem częścią samochodu . Droga . Nie ma tutaj dylematu , pytania co było pierwsze jak w przypadku jajka . Człowiek stworzył drogę by było szybciej , wygodniej , lepiej i jak to człowiek paru rzeczy nie przewidział na przykład wypadków . Nie był by jednak sobą  zwłaszcza w wydaniu „ amerykańskim „ ,gdyby drogi jaką by ona nie była nie zamienił w coś na czym, można zarobić . Mamy więc kultowe filmy drogi , mamy muzykę drogi , mamy drogę 66 z wszystkim co ona niesie . Pewnie są i zdjęcia drogi . Jadąc wczoraj autostradą i patrząc w boczne lusterko samochodu zobaczyłem coś więcej niż to co powinno się widzieć w lusterku bocznym . Nagle uświadomiłem sobie , że widzę przemijanie . Aparat mam zawsze ( przynajmniej staram się o te – zawsze ) pod ręką . Starczyło tylko jedną ręką go odpalić i oto …przedstawiam Państwu „ przemijanie „ mój skromny wkład w szeroko rozumianą „ kulturę drogi „ .

Jadę , jadę i jadę . Sto razy już tego roku jechałem po drogach w dalekie strony . Budzę się rano , otwieram oczy i zgaduje gdzie jestem . Hotel ? Dom ? Gdzie ? Jakie to ma znaczenie ? Hotel to mój drugi dom . Nie ! Hotel to mój trzeci dom . Moim drugim domem jest samochód. Kurcze ! Chyba zostałem człowiekiem drogi ?

 

Chorwackie wspomnienia – Goran

Było lato . Upalne słońcem i pod niebem Południowej Europy . Rozedrgana falującym powietrzem Chorwacja potrafi człowieka zachwycić i tym zachwyceniem zniewolić . Wracałem z miejsca gdzie było zjawiskowo , niesamowicie . Niemal cały dzień dane mi było podziwiać piękno . Zbliżał się wieczór, nastawał zmierzch . Tak trudno na południu Europy uchwycić chwilę gdy dzień przechodzi w zmierzch a ten z kolei w noc – wszystko dzieje się tak szybko !

Do domu dystans ponad stu kilometrów, a głód pomału ale stanowczo dawał skurczem żołądka znak , że pora coś zjeść . Z prawej strony drogi mignęła przed oczami reklama z informacją , że za kilkaset metrów będzie można zatrzymać się i zjeść w przydrożnej gospodzie . Po chwili koła  samochodu zaszumiały zjeżdżając z asfaltowej nawierzchni na żwir . Wyłączyłem silnik , zamilkło radio a charakterystyczny dźwięk jaki wydają zatrzaskiwane samochodowe drzwi obwieścił wszystkim , że pojawili się nowi goście. Początkowo nikt nie wyszedł na nasze spotkanie gdy z parkingu ,a właściwie podjazdu zbliżaliśmy się, idąc do stolików ustawionych równo w szeregu przed gospodą . Gdy jednak po chwili kilka innych samochodów ,w których podróżowali moi znajomi zwielokrotniło dźwięki wysiadania z samochodu, w drzwiach gospody stanął młody człowiek . Tak właściwie to wyglądał groteskowo . Pomyślałem jednak o jego wyglądzie w ten sposób tylko przez kilka sekund . Nie wyglądał groteskowo . Wyglądał  tak , że widok jaki prezentował ścisnął mi żołądek . Był wysoki i miał na sobie zbyt obszerną marynarkę koloru białego , zbyt krótkie spodnie koloru czarnego , koszulę białą bez krawatu i dziwnie rozbiegany wzrok. Szedł , kroczył , a właściwie stąpał bardzo niepewnie . Moje zainteresowanie jego osobą osłabło dość szybko gdyż całe nasze towarzystwo zajęło się sobą. Byliśmy zajęci rozglądaniem się , wygodnym sadowieniem na krzesłach , przymierzaniem do stołów i wymianą zdań na temat co i jak zjemy . W duchu , pomału wyciszając się i zaprzestając uczestnictwa w rozmowie zacząłem oceniać gospodę . Tak naprawdę to nie miała w swym wyglądzie czegokolwiek co kojarzyło by się przeciętnemu turyście czy też bywalcowi gospód , knajpek czy restauracji z gospodą . Dziwny budynek w kształcie nieregularnego sześcianu, do którego w pośpieszny chyba sposób dobudowywano nie tylko dach ,ale wręcz cały system dwuspadowych daszków mających zapewne nieco uszlachetnić jego wygląd . Całość sprawiała raczej dość niecodzienne wrażenie . Podobne zresztą sprawiał stojący opodal murowany grill . Za gospodą , po obu jej bokach oraz po drugiej stronie drogi widać było coś co przypominało wyglądem nasze podhalańskie hale . W lekko już zapadającym zmroku dostrzegłem też jakiś drut rozciągnięty wzdłuż drogi z uwieszoną na nim tabliczką .

Wraz z podchodzącą do nas postacią powróciły do mnie myśli związane z jej wyglądem . Teraz gdy odbierał zamówienia od kolejnych osób mogłem się owemu kelnerowi przyjrzeć bardziej . Nie zwracałem już uwagi na jego ubiór . Patrzyłem natomiast dyskretnie na niego dostrzegając ze zdziwieniem nieco rozbiegane i niespokojne oczy , lekko drżące dłonie , prawie niedostrzegalne dreptanie z nogi na nogę ,oraz zwróciłem uwagę na to, iż mówił, a raczej ledwo odzywał się prawie szeptem . Obserwację przerwał i z zamyślenia wyrwał mnie dość piskliwy głos znajomego , który w dość często występujących u niego chwilach, podczas których zaczynały nim kierować emocje, uzyskiwał właśnie ów niezbyt miły dla ucha tembr głosu . Tembr …Nie wiem czy to właściwe słowo . Głos ów brzmiał – patrzcie ! Patrzcie ! On nic nie zapisuje ! Tylko udaje ! Ha ! Ha ! Ha ! Pewnie nie umie pisać ! Nie umie pisać ! Ha ! Ha ! Ha ! Patrzcie na niego czy nie wygląda na przygłupa ? Na takiego co nie umie pisać ?! Nadpobudliwy kolega coś tam jeszcze bełkotał tym swoim falsetem ,ale już go nie słuchałem gdyż widziałem jak kelnerowi ręce zaczęły trząść się bardziej , szybciej zaczął przestępować z nogi na nogę i sprawiał wrażenie jakby natychmiast chciał uciec . Zamknij się M . – wyrwało mi się z gardła i to dość głośno po czym już spokojnie i cicho zapytałem kelnera – jak masz na imię ? Goran – padło w odpowiedzi . Wstałem . Sys – przedstawiłem się i podałem dłoń na powitanie . Podał mi swoją i już po chwili czułem dziwne drżenie jego dłoni . Sięgnąłem po kartę dań i wskazałem na jedną z pozycji unosząc brwi w geście zapytania . Meso . Meso – odpowiedział a potem próbował mi wytłumaczyć w swoim języku z powodzeniem zresztą, że danie zawiera potrawy z mięsa w kilku smakach i przyrządzane jest na oczach gości na stojącym opodal grillu . Zamówiłem tę potrawę upewniwszy się , że z powodzeniem starczy jej dla trzech osób, a Goran odczuwając wyraźną ulgę z faktu, że skończył odbierać zamówienia oddalił się jak najszybciej .

Wstałem . Sięgnąłem po papierosa a zapalając go uzmysłowiłem sobie , że jest już ciemno . Płomień zapałki dał mi nieźle po oczach przyzwyczajonych do zapadających już od dłuższego czasu ciemności .

Powoli odchodziłem od stolików zmierzając w kierunku drogi . Zafrapowała mnie tabliczka zwisająca na drucie . Uwaga miny ! . Taki napis widniał na niej i przyznam , że poczułem się dość nieswojo . Uzmysłowiłem sobie , że ledwie niedawno skończyła się wojna na Bałkanach. Zakląłem po cichu . Wróciłem do stolików . Wszyscy już jedli tylko my czekaliśmy ,aż kucharz zrealizuje nasze zamówienie . Po jakimś czasie gdy inni skończyli jeść my dopiero zaczynaliśmy, a im dłużej to czyniliśmy nasze danie wzbudzało co raz większą sensację . Czego tam nie było ?! Kilka rodzajów kiełbas , kotlety , coś na pół surowo.

Uczta ! Nawet ja – choć nie przepadam z mięsem – znalazłem coś dla siebie .

Objedzony , rozparty na krześle , paląc papierosa dostrzegłem stojącego w drzwiach gospody Gorana . Kurcze ! Jaka różnica między nami – pomyślałem . Jakie to niesprawiedliwe ! – kontynuowałem mając na myśli fakt , że on jest taki dziwny , nerwowy a ja spokojny .

Jak to jest z tymi minami ? – pytałem faceta stojącego za barem i wyglądającego na szefa gospody . Serbowie zaminowali a my czekamy aż rozminują . Nawet na cmentarz nie możemy iść a tam leżą pochowani rodzie Gorana …kelnera …no tego co was obsługuje – dodał . Papieros niemal nie wypadł mi z ręki a gdy jeszcze usłyszałem , że rozmawiam z wujkiem Gorana a tam na cmentarzu leży jego brat przez chwilę myślałem , że muszę natychmiast udać się do toalety . Dawno tak nie przeklinałem . Dawno tak nie przeklinałem ale to było silniejsze ode mnie . Robiłem to w duchu . Gdy płaciłem Goranowi za posiłek

ledwo zdobyłem się by spojrzeć mu w oczy .

Staliśmy przy samochodach . Ci którzy palili kończyli palenie pozostali czekali biorąc udział w rozmowie . Nie umiał pisać ! Mówię wam ! Falset po raz drugi tego wieczora wkurzył mnie straszliwie . Jedźmy – powiedziałem i wsiedliśmy do samochodu .

Światła reflektorów omiatały zewnętrzny świat dając niesamowity spektakl ukazując białe wapienne skały układające się niczym wyspy na bujnych trawach porastających hale .

Było mi to obojętne. Obojętne było mi wszystko . Po raz pierwszy natomiast poczułem i zrozumiałem , że chyba nie przebywam we właściwym towarzystwie . Po raz pierwszy pomyślałem , że czas by przestać się oszukiwać i uświadomić sobie , że lepiej być samemu niż z kimś z kim nie powinno się być .

Kolejny raz natomiast rozmyślałem o Goranie .

Niemcy – jakie są naprawdę ?

 

Powoli , stopień po stopniu pokonywałem schody . Niby nic a jednak ! Na lewym ramieniu pasek od torby z odzieżą wżynał się boleśnie w moje plecy na prawym zaś to samo robił pasek od torby w której trzymam laptop plus pasek od torby w której mam spakowany aparat . Pewnym pocieszeniem był fakt , że schody prowadziły do mojego ulubionego pokoju w moim ulubionym hotelu . Tak więc pod stopami skrzypiały schody mające ponad dwieście lat , pachniało wiekami , bolały ramiona i kolana , chciało się jeść , pić . Jednym słowem – Niemcy !

Niemcy inne . Inne gdyż położone kilkadziesiąt kilometrów od autostrady , małomiasteczkowe , z lekka górzyste choć chyba lepszym określeniem będzie pagórkowate ,

spokojne , nieśpieszne , ciche , w lasach .

Tak się składa , że dwa razy w roku mogę tu bywać i jest mi z tym dobrze . Na uliczkach spacerują ludzie z uśmiechem na twarzy , dzwon kościelny dzwoniąc odbija się echem od okolicznych wzgórz , klika uroczych knajpek .

Pamiętam jak wczesną jesienią ubiegłego roku siedząc przy stoliku na hotelowym ogródku po zakończonym posiłku , popijałem  kawę i mogłem podziwiać piękny widok jaki rozciągał się przede mną . Przeciwległe zbocza gór zaczynały płonąć czerwienią i żółcią jesiennych liści drzew a zieleń iglastych stanowiła piękne tło . To wszystko zaś zasnute delikatną mgiełką . Pomyślałem sobie wówczas , że w takich okolicznościach tworzy się rzeczy piękne i piękne myśli się ma i w ogóle wszystko musi być piękne . Może z takich widoków powstały dzieła wielkich niemieckich romantyków ? Kto to wie ?

            Teraz zaś wyszedłem z hotelu i mogłem podziwiać świąteczne przystrojenie miejskiej fontanny stojącej niemal na środku uliczki starego miasta . Obok , kawiarniany ogródek i ciepła popołudniowa pora skusiły gości by przysiedli przy stolikach i coś zamówili . Spokojnie , niemal leniwie .

 

 

Idąc uliczką w dół do włoskiej knajpki gdzie podają cudowne carpaccio a spaghetti w sosie oliwkowo czosnkowym z papryką peperoni potrafi wzbudzić we mnie niesamowite odczucia , które zmuszają mnie do zamówienia butelczyny dobrego wina zastanawiałem się nad tym jak inne potrafią być Niemcy od powszechne o nich w naszym kraju wyobrażenia . Starczy znaleźć cię w małym miasteczku a niemal natychmiast tracimy „ rozpęd „ zyskujemy spokój a spacer po ulicy staje się przyjemnością o jaką u nas raczej trudno . Nie rozhukany Berlin z swoją wielką liczbą muzeów i atrakcji artystycznych , nie Frankfurt nad Menem ów złoty cielec miast niemieckich czy Stuttgart stolica niemieckiej motoryzacji a właśnie małe miasteczko jak Arnsberg są dla mnie czymś co mogę nazwać na mój prywatny użytek – moimi Niemcami .

Zapada zmrok , z wolna robi się ciemno a ja spaceruję po cichych już i prawie wymarłych uliczkach słysząc stukot moich butów wybijających spacerowy rytm i przez chwilę zastanawiam się czy to komuś nie przeszkadza . Nikt nie krzyczy , policji nie widzę więc chyba wszystko ok. ? Światła lamp nieśmiało oświetlają stare kamieniczki a cienie jakie rzucają wokół sprawiają , że postanawiam zrobić nocną sesję fotograficzną . Przyspieszam kroku w drodze do hotelu starając się zgubić resztę kalorii jakie przybyły mi z racji mojego łakomstwa . Po jakimś czasie stoję na ulicy z aparatem umieszczonym na statywie i zaczynam robić zdjęcia . Gdy mam już ich kilka podchodzi do mnie starsza pani i pyta czy może je obejrzeć . Pokazuję . Ładne – mówi , dziękuje i odchodzi w górę w stronę kościelnej wieży wspierając się na lasce .

  

Siedzę w pokoju , zaczynam myśleć nad tym , że właściwie to pora już spać gdy grzmot burzy przetacza się po zboczach gór , wciska się  w mury uliczek i trafia zwielokrotniony echem do mnie . Podchodzę do uchylnego okna dachowego patrzę – pada deszcz . Wygląda to wszystko dość tajemniczo . Sięgam po raz ostatni tego dnia po aparat . Dziwnie się czuję ..jakas magia ???

  

 

Następnego dnia rano , właściciel hotelu jak zawsze pojawia się gdy siadam przy stoliku by zjeść śniadanie i pyta – jajko na miękko ? – tak – odpowiadam z uśmiechem .

Niemcy .

 

Wiosna .

 

 

Wiosna !

Nadeszła tak –  „ wy czekacie a ja wracam po roku w stylu jaki sama wybiorę „ . Wybrała . Powróciła po zmianie czasu , po pierwszym dniu wiosny a ostatnim zimy , po dniu wagarowicza po kolejnych opadach śniegu po tym jak miliony ludzi postanowiło jeszcze kilka dni wstrzymać z wymianą opon na letnie . Powróciła tak , że jeszcze w ubiegłym tygodniu w weekend musiałem w niedzielę przeprosić Leona , że nie wyjdziemy na pola i w lasy bo pada , pada, pada i wieje , wieje , wieje . Potem kilka dni podczas których prezenterzy pogody nie bardzo wiedzieli co mówić na jej temat a w czwartek jak walnęło jak zaświeciło to termometry musiały sobie przypomnieć co mają w skali powyżej 10 C .

Wiosna !

            Książe postanowił mnie odwiedzić ! Ba ! Wszak to jego włości . Przybył z całym dworem wszystkimi niezbędnymi rzeczami . Własna porcelana , własne szkła , własne pościele , własne napoje , jedzenie . Kurcze wszystko własne ! Książe ucieszył się , że zastał nas oraz Leona , którego przy pierwszej nadającej się ku temu okazji chwycił za kark i przytrzymał dość długo wypowiadając jednocześnie wiele słów w języku , którego nikt z nas nie znał nie licząc wiernego Leona oczywiście .

Wiosna !

Cudnie być na polach i w lesie pełnym uczucia , że raz jeszcze wszystko się uda i raz jeszcze zawalczę i wygram . Cudnie czekać będąc pewnym , że teraz już zimy nie będzie i że czas który nadchodzi będzie nie tylko wiosenny ale nade wszystko czasem spełnienia i kolejnej szansy .

Wiosna !

Drzewa kolejny raz włożą zieloną koronę a kwiaty złotem ziemię wyścielą za dnia tylko gdyż nocą zmianę dadzą niebu , które na wody sypnie gwiazdy i blask księżyca tak , że patrząc w nią przez moment zapomnę czy na taflę jeziora patrzę  czy w niebo ,dopóki późny wiosenny wiaterek nie zmarszczy jego tafli i nie wyszepcze – niebo jest na górze marzycielu !

Wiosna !

Ech ! Pora roku pierwsza świeżą  dziewiczą zielenią , kwieciem jabłoni i czereśni i wiśni i gruszy i brzoskwini i czego tam jeszcze co w moim ogrodzie znalazło schronienie .

Majowym ciepłem i odcieniami .

Wiosna !

 

 

 

Guli , Guli – czyli pożegnanie z Stambułem .

 

  

Mój brat jest wielkim lekarzem ! Zna pięć języków i robi bardzo dużo operacji . Operował w wielu krajach i raz w roku leci do Ameryki na miesiąc na jakieś spotkania naukowe czy coś takiego . W Niemczech bywa bardzo często a raz zabrał mnie ze sobą i byłem w Monachium dwa dni ! Tak to o swym bracie i pobycie w Niemczech opowiadał taksówkarz , który wiózł nas na lotnisko w Stambule . Pod stopami miałem całkiem pokaźny stos gazet , które jak zapewniał taksówkarz – jednocześnie nas za to przepraszając – miały jeden jedyny cel – eliminacje wilgoci z jego taksówki . Pada , pada – kontynuował swój monolog taksówkarz i każdy wsiada do mojego samochodu z deszczem – dodał z uśmiechem o który bym go nie podejrzewał .

Słuchałem go jednym uchem . Paul palił papierosa . Taksówkarz palił papierosa . Ja nie paliłem . Nie palę kurde !

Nie jechaliśmy zbyt szybko . W tym mieście bez względu na porę dnia nie można jechać szybko . Jedyne co można to jechać wolniej , wolniej , wolniej .

Niebo pomalutku się przejaśniało . Słońce nie świeciło bezpośrednio w szyby samochodu , na ulice miasta , w nasze oczy ale jego zimowy blask wyraźnie zaznaczał się błękicie nieba odsłanianym od czasu do czasu przez rozsuwające się białe chmury .

Siedziałem słuchając . Siedziałem patrząc . Po prawej przesuwał się w oknie samochodu widok Stambułu jaki kiedyś pewnie widziałem ale nie zapamiętałem . Teraz był jak zdjęcia w fotoplastykonie , jak pokaz kolejnych stopklatek do zapamiętania , do opisania gdy przyjdzie na to czas .

Kamienice wąskie takie na koszt drogiego metra kwadratowego powierzchni ziemi przeznaczonej pod zabudowę . Tak było kiedyś . Teraz zbyt wąskie bo na ich parterach za mało miejsca by otworzyć cokolwiek co przynosi pieniądze a na piętrach  mało miejsca by ktoś chciał wynająć by mieszkać . Stoją , umierają stojąc a zioną oczodołami pozbawionych szyb okien i bronią dostępu do swych wnętrz drzwiami zabitymi deskami . Bywa . Zmiany . Cywilizacyjne przewartościowania .

Pali Paul . Pali taksówkarz . Je nie palę kurde !

            O której będziesz gotowy do wyjazdu na lotnisko ? – zapytał Paul na zakończenie śniadania. Nim odpowiedziałem spojrzałem przez okno hotelowej restauracji na miasto pozbawione deszczu , na miasto z niebem próbującym  zajaśnieć , na park przed hotelem i pomyślałem , że kiedy jak nie teraz mogę zrobić kilka zdjęć ? Dasz mi trzydzieści minut ? – zapytałem i nim usłyszałem odpowiedź byłem już w windzie a po chwili z aparatem w dłoni na ulicy widząc niemal pobłażliwy i przyzwalający dla mojej słabości uśmiech mojego niemieckiego przyjaciela .

            Gdyby było lato . Ba ! Gdyby był choć kwiecień , marzec chociaż a woda w stojących kałuż parowałaby i  miałbym ciekawe zdjęcie . Teraz nic nie parowało . Teraz było tak , że można było pomyśleć , że będzie kiedyś ciepło . Wędrowałem po parku czy też raczej parkowym placu szukając ujęć wartych uniesienia do oka aparatu .

            Turecki Samolot rozbił się poprzedniego dnia w Holandii , widziałem to w tureckiej TV rano , przed południem , w południe , wieczorem i w nocy . Teraz natomiast stałem przed okienkiem przyjmujących nasz lot na lotnisku w Stambule .

            Kawa , woda mineralna z plasterkiem cytryny , kieliszek białego wina .

 Paszport proszę . Krótkie spojrzenie na zdjęcie . Akceptacja . Odbieram paszport i mówię – guli , guli .

Urzędnik uśmiecha się i odpowiada tym samym.

            Mam miejsce przy oknie . Miejsce przy oknie nad skrzydłem . Miejsce przy oknie nad skrzydłem a w miejscu tym znajdują się drzwi ewakuacyjne . Wszystko w moich rekach Paul – powiedziałem – wskazując na klamkę bezpieczeństwa . Spojrzał na mnie pytająco a ja dodałem – ok. puszczę Cię przodem . Uśmiechnął się mój niemiecki przyjaciel . Zawyły silniki tureckiego samolotu . Start .

Guli , guli ! Stambuł ! Guli , guli Turcja !