Włoska rozpusta !

Ciepło . Ciepło wszędzie ! Temperatura mimo popołudniowej, czy też raczej wczesno-wieczornej pory dnia, sięgała około trzydziestu stopni. Szedłem powoli deptakiem, a rozgrzane mury kamienic, pałacu, hoteli, oddając swe ciepło gromadzone przez cały dzień, działały jak ściany pieca.

Duszno.

Turyści i miejscowi zajęli skrzętnie wszystkie miejsca pod kawiarnianymi parasolami, dającymi cień i nieco ochłody. Słońce ciągle dawało się jeszcze we znaki .

Panie dumnie eksponowały swe krągłości, wdzięki, kształt,y a panowie podziwiali je wzrokiem, patrząc tak by nikt nie zauważył, a panie widziały to i udawały, że nie widzą iż widzą.

Wiosna !!!

Nieco późna, ale za to teraz niemal upalna . Nadchodził czas rozedrgania. Czas rozedrganego powietrza, przyspieszonego bicia serca, namiętności, zatracenia.

Słyszałem strzępy leniwie prowadzonych rozmów, dźwięk łyżeczek stukających o spodki, na których spoczywały filiżanki z kawą. Niemal czułem zapach kawy i wszystkiego co mnie otaczało.

Ekscytujące. 

Ławki na środku deptaka, ustawione pomiędzy latarniami stały puste, za wyjątkiem jednej, na której siedziały dwie osoby: mężczyzna w dość oryginalnej czapce na głowie oraz kobieta ubrana w czarną sukienkę. Właściwie to ich obecność oraz wygląd zarejestrowałem wzrokiem przez przypadek. Coś innego bowiem przykuło moją uwagę w momencie, gdy przechodziłem obok nich – „ Quirino „ – taki napis widniał na szyldzie, wiszącym na drążku przymocowanym do ściany domu i teraz zwisającym w bezruchu i zapraszającym by odwiedzić restaurację .

Przypomniałem sobie, że to tutaj, jakiś czas temu, a było to zimową porą, chciałem coś zjeść, ale gdy spostrzegłem , że w środku jest pusto i nie ma gości – zrezygnowałem . Teraz było podobnie, ale wiedziony ciekawością wszedłem do środka .

Niemal w samym wejściu, około metra od drzwi stał, niczym pulpit dyrygenta stojak, na którym leżało menu, a gdy je otwierałem obok mnie przesunęła się postać . Kątem oka dojrzałem mężczyznę z ławki, w czapce na głowie, a po chwili, tuż za nim przemknęła kobieta w czerni .

Jest dobrze – pomyślałem, gdy dostrzegłem danie do którego mam słabość od wielu lat – carpaccio. Mając się za smakosza tego dania, zadałem mężczyźnie w czapce stojącemu za barem i spoglądającemu na mnie z wyczekiwaniem i chyba pewnym zaciekawieniem, pytanie:  jakie jest pana carpaccio ? Prawdziwe – usłyszałem w odpowiedzi . Chciałem coś powiedzieć, ale na szczęście ugryzłem się w język . Nie dyskutuje się z szefem kuchni na temat jedzenia – przypomniałem  sobie dobrą radę . Cóż – pomyślałem – niewiele mam do stracenia – nie będzie smakowało to zapłacę i wyjdę pamiętając „ prawdziwe „ . Byłem zmęczony . Miałem za sobą długą drogę, a hotelowy prysznic przyniósł ulgę tylko na chwilkę . Chciałem gdzieś usiąść, coś zjeść i zapomnieć o zmęczeniu, a tutaj panował miły chłód, wnętrze zachęcało swym wyglądem oraz małą ilością stolików co gwarantowało, że nie będę jadł w tłoku i hałasie . Czasami ma to swoje uroki, ale nie dziś – pomyślałem .

 

Popełniłem gafę w wyborze wina – co zresztą jest u mnie normalne – gdyż nie byłem, nie jestem i zapewne nie będę znawcą i wyrafinowanym smakoszem win. Wino jest dla mnie dobre albo i nie. Popełniłem gafę i od tej pory zawarłem z szefem w czapce porozumienie . Zdaję się całkowicie na niego jeśli chodzi o dobór menu i napojów, traktuję wizytę w jego restauracji jako lekcję dobrego smaku i pokory .

Podano carpaccio i już po pierwszym kęsie na usta nasunęły mi się pytania w rodzaju „ a co to jest, a z czym to jest, a dlaczego tak „ .

 

Spaghetti „Aglio Oilo”  jako właściwe danie ? – zadałem pytanie, a w odpowiedzi zobaczyłem aprobujące spojrzenie szefa oraz widok jak oddala się w stronę kuchni by zrealizować moje zamówienie . Miałem teraz  czas by rozejrzeć się po restauracji. Jej wnętrze było urządzone skromnie i ze smakiem . Ściany częściowo pokryte różnego rodzaju pamiątkami, obrazami, zdjęciami. Na jednym z nich zobaczyłem postać w czapce w jasnym płaszczu stojącą na tle weneckiej scenerii . Podobny !!!

Na stole pojawił się talerz czy też rodzaj miski z której wydobywał się cudowny zapach !

Jakie wino zaproponuje pan tym razem ? – zapytałem i w odpowiedzi usłyszałem – to samo ? – z lekką nutą  pytającego tonu . Chętnie – odparłem i już cieszyłem się na myśl smaku, który zaraz poczuję w ustach. Wino było mi potrzebne coraz bardziej. Spaghetti dawało o sobie znać !

Robiłem sobie małe przerwy w jedzeniu by zwolnić tempo – jem zbyt szybko – wiem o tym, a poza tym chciałem być tutaj jak najdłużej . To miejsce mnie uwiodło. Smakiem jedzenia, atmosferą, wszystkim ! Nawet czapka na głowie szefa miała chyba w tym udział, podobnie zresztą jak gustowna czarna sukienka … . Byłem załatwiony ! Wiedziałem już, że dziś ulegnę włoskiej rozpuście i będę jadł i jadł i jadł . Co mi tam ?! Raz się żyje i nieczęsto bywa się w takich miejscach ! Przez tydzień nie będę wchodził na wagę, a potem poproszę Leona o pomoc .

Kieliszek grappy ? – zapytałem i w odpowiedzi ujrzałem przyzwalający uśmiech i coś jakby zrozumienie ? Kurcze ! – pomyślałem – wreszcie trafiłem z zamówieniem napoju !!!

Było mi mało ! Mało wszystkiego ! Jedzenia , picia i przebywania w tym miejscu . Szef podszedł by zabrać zastawę, a ja zapytałem co jeszcze może mi polecić do zjedzenia . Spojrzał na mnie ciekawie i powiedział – niech pan chwilkę odpocznie . W tym odpoczynku oraz przerwie w jedzeniu pomógł mi kolejny kieliszek grapy. Zadziałała jak zawsze z lekka piekąc w przełyku. Zaraz potem poczułem jak grapa szuka sobie drogi do żołądka . Jak miło !

Czy może mi pan polecić coś co pozwoli mi zakończyć ucztę w pańskiej restauracji ? Szef uśmiechnął się i chyba czytając uprzednio w moich myślach zaproponował – „capreze” ?

Uniosłem ręce w górę jak ten , który się poddaje i powiedziałem skromnie – poproszę .

Kilka minut i na stole przede mną pojawił się mały półmisek a obok niego charakterystycznie i właściwie dla tej restauracji ułożone sztućce . Koniec wieńczy dzieło ! Tak było i tym razem. Jak widać miałem do czynienia z mistrzem . Mozarella rozpływała się sama w ustach, balsamico miało cudowny smak ( toskańskie gruszki ???),  a olej z oliwek dopełniał całości . Co tu dużo mówić! Byłem zachwycony, byłem zniewolony, byłem zaskoczony i kulinarnie rozedrgany.

Byłem w pełni włoskiej kulinarnej rozpusty !

Nie interesowało mnie nic i nikt, za wyjątkiem chęci poznawania kolejnych smaków. I poznałem je ! Tym ostatnim  jaki dane mi było spróbować tego wieczoru był smak specjalnej nalewki. Nie potrafię go opisać. Może … coś jak pewien rodzaj lekarstwa …kropli …zapamiętanych z dzieciństwa ?

 

 

Spędziłem w tym miejscu jeszcze jakiś czas, podczas którego upływu, dane mi było porozmawiać z Szefem prywatnie . Poznać tajemnice jego kuchni . Zaręczam , że jest to przemiły człowiek . Zaręczam , że warto . Powiedziałem mu , że nasze spotkanie będę chciał tutaj opisać . Zaakceptowało to i dał mi wolną rękę . To miłe z jego strony . Powiedział mi wiele ale … cóż … sami z nim porozmawiajcie, a na zakończenie Waszej z nim rozmowy pozdrówcie go ode mnie .

Koniecznie !

 

 ZAPOMNIAŁEM DODAĆ ! SZEF JEST PRAWDZIWYM WŁOCHEM !!!

PS.

Chcecie wiedzieć jak smakuje prawdziwa mozarella ?

Chcecie wiedzieć jak smakuje prawdziwe balsamico ?

Chcecie oddać się włoskiej rozpuście ?

 

Jeśli tak już się pakujcie i bez paszportów ruszajcie w drogę . Dokąd ? Jak się okazuje nie trzeba jechać do Włoch by poczuć orgię smaków włoskiej kuchni „ prawdziwej „ !

 

Jelenia Góra – Cieplice

Plac Piastowski 23 .

 

Poczujcie to co ja !

Reklamy

Na zamku II .

 

                                          

 

 

Zamek jest niesamowity . Nie tylko ze względu na architekturę , położenie .

Jest niesamowity gdyż zawieruchę wojenną przetrwał niemal bez uszczerbku .

Jego właściciel jeszcze w końcu 1944 roku spakował co cenniejsze rzeczy do skarbca i wyjechał w głąb Niemiec ze słowami na pożegnanie – wrócę tu niebawem .

Tak więc zamek stał pod koniec tego roku pełen mebli , wszystkiego co potrzebne do funkcjonowania tego typu „ domu „ o prawie czterdziestu pokojach i czekał .

No i się doczekał. Najpierw czerwonoarmistów , którzy zabawili się po swojemu przy okazji wywożąc co się da i jak się da , potem wojska naszego , ludowego a w miedzy czasie jeszcze czas jakiś stał „ bezpański „ co skwapliwie wykorzystali szabrownicy .

Z blisko 40 pokoi ledwie kilka nadaje się do zwiedzania resztę zaś przerobiono na hotel .

Ocalała łazienka , pokój książęcy , sala rycerska i biblioteka .

 

Jeszcze czuje się zapach , jeszcze czuć bicie serca starego zamczyska , jeszcze słychać kroki na korytarzach , jeszcze mury oddają to co przez setki lat brały . Starczy uważnie posłuchać , popatrzeć , oprzeć się plecami o ścianę i przymknąć oczy .

Jest piękny i okaleczony przez ludzkie barbarzyństwo podobnie jak niedaleki Książ . Jest piękny i wciąż na szczęście żyjący w przeciwieństwie do wielu ginących , popadających w ruinę wołających niemo z pustymi oczodołami pozbawionych ram i szyb okien jakich pełno po tej fascynującej  okolicy .

To tyle …

Na zamku .

   

Ledwie wpadłem na chwilkę do domu , ledwie umęczyłem się na rowerze ( 10 km jechałem na hamulcu !!!! ) ledwie z moim kochanym Leonem pohasałem na polach i w lasach , ledwie dane było mi spojrzeć w oczy Księcia , który – i tu proszę go o wybaczenie – zaczyna tracić cierpliwość dla mej osoby , której częściej nie widzi niż widzi , ledwie spróbowałem coś powiedzieć …. a już gnam dalej ! Dziś jednak powiedziałem sobie STOP ! Uczyniłem to w tej samej chwili której zauważyłem znak drogowy „ zamek Czocha – 14 „ . Zrobiłem to !!!

Hura ! Kurcze ! Zboczyłem z trasy i pojechałem !!! Zawsze chciałem tam być i teraz będę – powiedziałem sam do siebie .

Sezamie wyobraźni otwórz się – wydałem czarodziejskie zaklęcie i – już po chwili drzwi wiodące do zamku zamknęły się za mną .

 

 

 

 

Przez całe moje życie miałem głębokie poszanowanie dla takich wartości jak cudza własność

i wolność . Teraz zaś przemierzałem pokoje , komnaty słuchając jak to Oni okradli , potem My dokradliśmy do końca a teraz mamy jak mamy bo musimy zarobić na utrzymanie . Po salach i pokojach ganiają więc na przemian to tłumy weselników , to  członkowie komunijnych biesiad i firmowych imprez „ integracyjnych „. Potomek właściciela przyjeżdża raz na rok i wówczas udostępnia mu się zamek . Jakże to straszne , upokarzające i złe . Oczywiście i to podkreślam : pomijam wątek sprawiedliwości historycznej ! Mam na myśli jedynie kwestię …zresztą … .

            Wszedłem do łazienki książęcej , spojrzałem na słońce próbujące się przebić przez kryształowe szkło okien , spojrzałem na cienie i nagle zrozumiałem , że jestem w najważniejszym miejscu zamku ! W miejscu gdzie zapach starego parkietu , książek w bibliotece oraz całego zamku przestał mieć znaczenie . Zobaczyłem postaci stojące przy umywalkach i spoglądające przez okna na świat . Zamek zdradził mi swoje tajemnice .

 

  

 

Nie ma zbyt wiele do zwiedzania . Jest za to bardzo dużo do patrzenia , do myślenia .

Odchodząc spojrzałem ostatni raz w stronę zamku . Jaki on tajemniczy ale i ciepły za razem !

 

  

 

 

 

Ogólnie

Gdańsk , Grudziądz , Bydgoszcz , Poznań , Wrocław , Strzelce Opolskie , Opole , Rybnik , Katowice , Kraków i Sanok . Ech pogoniło mnie !!! Wszystko to szybko , od spotkania do spotkania , z torbą podróżną – jak zawsze ledwie się dopinającą choć posiadającą opcję „ rozszerzenia „ – w której musiało sobie znaleźć miejsce kilkanaście koszul , koszulek , jeansy , sweter , bielizna , dwie pary butów , japonki , szlafrok , kosmetyczka , aparat z obiektywem , laptop , kable , kalendarz z terminarzem , słowem to wszystko co było mi niezbędne by normalnie funkcjonować .

Spotkania wszystkie na ten sam temat ale jak zawsze staram się by nie popaść w rutynę . Nie potrafię i nie chcę powtarzać się . To takie niegrzeczne wobec siebie samego .

            Noc niemal . Jedziemy we dwóch . Kolega z Niemiec , Polak co za dziecka wyemigrował z rodzicami  a teraz wraca opromieniony sukcesem zawodowym jak najbardziej uczciwie wypracowanym w pocie czoła i niezliczonej ilości nielimitowanych godzin pracy .

Śmiejemy się , żartujemy gubiąc w nieraz naprawdę dziecinnych żartach stres i zmęczenie .

Kolega zachwycony CB – radiem , którego w Niemczech nie używa – wyżywa się teraz na całego i woła do mikrofonu jak dziecko – mobilki , mobilki jedziemy , jedziemy , jak mnie słyszycie ? . Cieszy się jak dziecko gdy słyszy w odpowiedzi – słyszymy Cię dobrze ! Misiaki, krokodyle , suszarka …powtarza w nieskończoność i śmieje się radośnie klaszcząc w dłonie . CD wali na całego gdy CCR gra „ Sweet home Alabama „ a my razem z nimi zdzieramy gardła .

Huk , odruchowe szarpnięcie kierownicą , kontra by nie wpaść w poślizg , hamowanie . Wysiadamy . Przednie lewe koło ma na sobie sflaczałą oponę , która nie wiedzieć czemu ma w sobie dziurę tak wielką , że mogę w nią włożyć dłoń . Lewe zewnętrzne lusterko odleciało gdzieś w ciemnościach na pola pozostawiając na samochodzie kikut mocowania . Słupek oddzielający pas ruchu od rejonu robót drogowych odciął je jak laser pozostawiając przy okazji na czarnym lakierze samochodu wstęgę białych kresek .

            Hotelowy bar jak zawsze jest dobrym miejscem by odetchnąć , zapomnieć a przynajmniej się o to postarać . Staramy się bardzo .

            Za oknem , z balkonu w porannym słońcu mogę podziwiać piękno pierwszego pasma górskiego , które jak zapewnia właścicielka hotelu jest już czy też raczej przynależy do Bieszczad . Zawsze tu chciałem być i jestem . Nie tak to jednak sobie wyobrażałem . Jak dobrze by mieć choć kilka godzin dla siebie ! Mógłbym skorzystać z towarzystwa Kubusia – wielkiego owczarka niemieckiego – , który podobno – tak przynajmniej zapewnia jego pani – wychował się hotelu , kocha gości i kocha spacerować z nimi po górach . Starczy zawołać – Kubuś , mieć na sobie plecak i psiak jest gotowy do drogi . Podobno potrafi także przyprowadzić turystów z powrotem do hotelu . Nie będzie mi jednak dane tego sprawdzić .

Jedyne co mogę to czochrać psiego kolosa po głowie szepcząc …Kubuś , Kubuś a on tuli się do mnie zostawiając na garniturze swoją sierść . Co tam ! Jak on pięknie patrzy w moje oczy !!!  

  

Leon nie patrzy . Leon śpi . Czekamy razem aż się troszkę ochłodzi . Pójdziemy na pola .

Miałem jechać na rowerze do ślicznej młynareczki by jeśli zechce mi się pokazać spojrzeć w jej cudne oczy ale rower a właściwie jego opony ( co ja mam z tymi oponami ? ) odmówiły jego posłuszeństwa . Byłem tej wiosny u młynareczki już ze trzy razy przedzierając się przez knieje , jadąc zapomnianą dębową aleją  , pokonując bobrowe rozlewiska i zapadnięty mostek ale ona sama była dla mnie nieosiągalna . Tyle lat już czekam , tyle lat już tęsknie za jej cudnymi oczami i ustami i ……ech . Czekać . Czekam . Czekania mi trzeba jak widać i  cierpliwości . Mam ją . Wiem , że nadejdzie dzień , chwila , moment , że spojrzę i zobaczę a może nawet rękę wyciągnie do mnie  a może nawet poczuję jej zapach …może . Za tydzień pojadę . Koniecznie !

 

  

Leon właśnie zwalił się na moje stopy . Jest strasznie zestresowany ! Przed chwilą dosłownie dwa wróble zapamiętale się goniąc przeleciały tuż , tuż przed jego nosem podczas gdy on smacznie drzemał . Zerwał się oszołomiony i chyba lekko wystraszony furkotem ptasich skrzydełek , popatrzył na mnie zdziwionym wzrokiem zadając nieme pytanie – co to było ???!!! Wróbelki drogi Leonie , wróbelki odpowiedziałem mu a on kolejnym swoim głębokim spojrzeniem wyjaśnił mi – jakie wróbelki ! wróbelków bym się nie wystraszył ! to musiał być jakiś wielki potwór ! lepiej jak się położę na Twoich stopach i przypilnuję by nie wrócił ! No i leży .

            E tam ……Leon ! Chodź ! Idziemy na spacer ! Na pola ! W lasy ! Leon gdzie twoja smycz ? Leon ……… .

 

Dla Vi …bo ciepło miało być … .

 

Usta milczą dusza śpiewa

Usta milczą świat rozbrzmiewa …

 

I jak pisać o czymś co nas oczarowało jeśli słowa są już zajęte , jeśli ktoś przed nami złożył owe sześć słów w wersy co na zawsze pozostaną doskonałością ?

 

            Uwielbiam te gruszki i chowam o nich wspomnienie głęboko w schowku dla wspomnień pierwszych , niezwykłych … ich  smak to coś co  będzie we mnie zawsze . Nazwałem je dla siebie , na swój własny użytek „ nocnymi „ bo nocą je jadłem zrywając z gruszy by dać ulgę pragnieniu i ustom spękanym milionem ofiarowanych wcześniej pocałunków poczuć sok zimny i cudnie słodki . Wczesną październikową nocą zrywałem je z drzewa gdy ukradkiem wychodziłem z ogrodu w którym stał dom mojej dziewczyny . Twarde były , o skórce szorstkiej ale starczyło wbić w nie zęby by poczuć sok co jak nektar goił rozstanie i pozwalał myśleć , że jutro , tak konicznie jutro raz jeszcze zasmakuje soku … .

Teraz stoję pod gruszą co kwieciem się okrywa , zapachem jego wspomnienia moje przywołuje … . Wspomnienia .

            Świat oszalał ! Oszalał zielenią , słońcem , cieniami cudnie o wiosennym – bo przecież nie letnim jeszcze – zmierzchu kładącymi się długo i wyraziście , pobudzając wyobraźnie i każąc błąkać się po polach by dostrzec uwiecznić aparatem to jedno , jedyne ujęcie .

 

 

 

 

Wieś moja , mała , ukochana co życie mi daje i zdrowie i radość z tego wszystkiego raz jeszcze kwiatami drzew w moim ogrodzie , zapachem ich i tych z pół niesionych i z lasów kusi mnie , oczarowuje i taki szczęśliwy jestem , że tu w tym zagubionym puszczańskim miejscu  żyję , że mogę brać , dawać , nie licząc czy aby zbyt wiele nie biorę a brać pragnę i biorę na potęgę ! Zachłanny jestem życia i myśli , których jeszcze nie odkryłem i świata całego i słów których jeszcze przyjdzie mi usłyszeć i liter których jeszcze nie czytałem i uśmiechów , których ust wiele dla mnie jeszcze w ów piękny grymas się nie złożyło .

 

… „ Prawdę mówiąc, zawsze dążyłem do zdobycia mądrości , lecz ani naturalne przymioty , ani wysiłek , ani szczęście nie doprowadziły mnie do niczego . „ …

            Eduardo Mendoza

 

            Po trzech drabinach a wcześniej jeszcze po wielu schodach wspiąłem się by popatrzeć na mój świat z wysoka , z wieży kościelnej , która czterema okrągłymi otworami na cztery świata strony zerka . Chciałem zobaczyć jak to jest . Jak świat z góry wygląda ale nie z góry jako wzniesienia ale z góry jako z miejsca gdzie wszystko widać a być może i wiele zrozumieć można . Pięknie ! Oj jak pięknie było gdy spoglądałem na wieś i pola z góry świadomość mając , że mnie nikt nie widzi . Palec starczyło podnieść , odsunąć rękę od oka i zakryć nim widok człowieka , domu , pola , lasu , pasa … . Zakryć a gdy go nie było widać odkryć i powiedzieć – no dobrze …możesz być .

Dlaczego otwory w kościelnej wieży mają kształt koła ?

 

 

 

 

Dwie jabłonie w moim ogrodzie za mąż się wydają . Ubrały się panny na biało w koronki białych listeczków , zielenią niewinności biel poprzetykały i szykują się a dzień w dzień pięknieją i bliższe są spełnienia . Ech … .

            Cisza . Tylko tutaj , na wsi tak ciszę słychać . Ciszę , która gdy siedzę na ławce i patrzę w niebo odgadnąć muszę . Jest bowiem tak naturalną towarzyszką gwiazd i nocy , że pomyśleć o niej trzeba by stwierdzić , że jest i trwa . Trwaj ciszo , trwaj …wypowiadam w myślach by jej nie zakłócić . Ja zaś sobie przy tobie i gwiazdach tez potrwam choć chłód pierwszej majowej a ostatniej kwietniowej nocy za kołnierz mi się wciska .   

 

 

 

 

 

Idę spać …późno już …