Baranów Sandomierski bo … obiecałem sobie .

Stał z papierosem w dłoni i kobietą za plecami . Papieros z lekka dymił pnąc się smużką dymu ku górze a kobieta tak chyba tylko dla zachowania pozorów poprawiła włosy z „ tym „ uśmiechem na ustach . Za nimi biel światła odcinająca wyraźnie wnętrze zamkowej komnaty od ciemności dziedzińca. Oni w komnacie i świetle ja zaś na dziedzińcu i w ciemnościach . Było zimno , styczniowo i czarno bo bezśnieżnie . Byłem zmęczony i tak naprawdę obojętny na wdzięki odkrywającego się przede mną a nocą zamku w Baranowie Sandomierskim .

On przestał się najwidoczniej krępować bo podniósł papierosa do ust zaciągnął się nim i wypuścił dym z ust zacierając nim ostrość światła . Kobieta zakończyła wypowiedź jednoznacznie komunikując , że nie mają wolnych pokoi „ bo remont jeszcze nieskończony „.

Hotel obok . Miło . Ciepło . Cieplutko . Dwa apartamenty w cenie jedynek z litości i ze zrozumieniem dla zbłąkanych .

Zamkowa restauracja- wypełniona po brzegi . Jakiś pan tracił dystans do pewnej pani a ona , ta pani … cóż traciła dystans do niego . Kelner , zamówienie i dobre jedzenie !!! Wino . Potem kilka „ firmowych „ . Spać . Nim dotarliśmy do hotelu przyszło nam przejść przez park .

Warto było .

            Rano zobaczyłem . Rano mnie oczarowało . Nim zamknąłem za sobą drzwi  samochodu postanowiłem , ze wrócę .

Wróciłem wczoraj . Piękna pani jesień rozgościła się w parku i uwodziła na całego . Jeśli chodzi o mnie to ze skutkiem .

Krewetki wielkie nie były wielkimi ale w smaku doskonałe . Panie kelnerki zagubione straszliwie ale szef w kuchni ratował sytuację smakami,

smaczkami , subtelnościami smaczków .

            Noc już prawie . Zaszalałem . Wdarłem się do zamkowych wnętrz . Moje kroki dudniły po zamkowym dziedzińcu , niebo zabieliło się gwiazdami . Chodziłem po krużgankach . Cicho było . Magicznie .

            Rano po śniadaniu o właściwej porze z aparatem w dłoni udałem się na krótki spacer .

Obiecałem to sobie kiedyś .

  

Jesienna magia .

Między jednym a drugim trzaśnięciem samochodowych drzwi zabyłem się na amen bo na całe trzy dni w mej ukochanej wsi . Rano . No właśnie– rano !!! – o 7.00 Pepe jak zawsze zaczął niby ziewać a przy tym wydawać niezwykle przenikliwy świst czy może nawet gwizd , po czym niby niechcący przeciągając się wtykał mi swój wilgotny chłodny nosek w moje ucho a gdy nadal nie reagowałem jego zbyt duża jak na wiek łapa opierała się o mój policzek .

To wszystko , te pepowe zabiegi miały i mają jeden cel –wyciągnięcie mnie z łóżka i zmuszenie bym razem z nim wyszedł na dwór . Jakby mało mu było tego , że za chwilkę gdy tylko szczęknie zamek w drzwiach pojawi się przy nas Leon , który jak do tej pory niby nie był zainteresowany wyjściem z domu bo gdy patrzyłem na jego psi pysk bardzo nieudolnie udawał, że śpi . Leon .

Powrót do łóżka . Psia walka o lepsze miejsce w zagłębieniu moich kolan . Kilkanaście minut psiego sapania , kląskania , szarpania ,przepychania . Sen .

8.45 ! Ale pospałem ! Pepe ! Leon ! Obroże , smycze , ponadpółgodzinne spacerowanie po polach . Śniadanie . Kawa . Pepe ! Leon ! Na spacer!!! Około dwóch godzin włóczęgi . Pola , lasy .

  *

Mgła . Nie wiem już – mgła to czy może deszcz . Deszcz taki nisko zawieszony , chmurami trącający o korony wysokich świerków , sosen … .Wszechobecna cisza . Po tylu dniach wilgoci , mżawek,  ziemia wyciszyła się zamieniając się w błoto, ptaki odleciały a mgła tłumi krucze i wronie nawoływania . Sarny na polach skryte w siwej poświacie zlewają się z tłem lasu . Jakaś kropla spadła mi na dłoń . Zmiana czasu . Letniego na zimowy czy też odwrotnie . Nigdy nie potrafiłem się w tym połapać . Co mnie to wszystko obchodzi !!! ???

Brak mi słońca . Zwyczajnie . Już pogodziłem się z góralskim pojmowaniem czasu , że zima to tylko dziewięć miesięcy a potem już INO lato .Niech i tak będzie . Jednak brak mi słońca .

Brak mi też nieba ciepłego letnim błękitem i zarastającego świeżą zielenią uroczyska .

Pola . Lasy .

 

 *

Jesienne narzekania , jesiennego w ten czas faceta , co z psami gania po polach i lasach . Jedno w tym wszystkim jest ciekawe a nawet fascynujące . Ja bardzo lubię jesień . Nie tą złotą ale właśnie taką . Szarą . Mglistą . Jest w niej taaaaaka tajemnica . Jest w niej taaaakie

wielkie czarowanie ! Jestem pewien , że najpiękniejsze bajki powstały właśnie o tej porze roku . Bajki i czarowanie . Magia .

  

Obserwator .

Rankiem , rozsądnym rankiem , tak po śniadaniu o rozsądnej godzinie bo o 9.00 i w miejscu gdzie wiedzą czym dla człowieka takiego jak ja jest ŚNIADANIE udałem się na morze . Udałem się na nadmorski brzeg. Zabrałem aparat będąc świadomym , że morze jest niezwykle wymagającym obiektem . Wobec tej ilości wody , piasku czuję się … maleńki .

Dziwne . Nim skierowałem obiektyw na Bałtyk poczułem , że ktoś na mnie patrzy . Poczułem czyjąś obecność . Spojrzałem w tę stronę i  … .

                                                       

Odkrył go tak niedawny sztorm. Tkwił około dwóch metrów pod powierzchnią ziemi . Teraz uwolniony przez siłę piekielną północno-zachodniego wiatru czekał na mnie .

Morze .

Ciemno już . Środa , po 18.00 . Wiatr od morza a raczej zatoki , morze , plaża , wydmy , dźwięk łamiących się fal . Szum . Szum taki przypominający dzieciństwo i wypatrywanie błękitnej tafli morza gdy się szło  przez wydmy , morze było już słychać a jeszcze go nie było widać . Wyrwanie ,takie niewinne , dziecięce , ręki z matczynej dłoni i bieg. Bieg bosy po ciepłym piasku a po chwili okrzyk – Mamo ! Morze !

Ciemno już . Postawiłem kołnierz kurtki bo lekko wieje a czas październikowy , schowałem się w nim i schowałem się w myślach . Myślach niespiesznych , powolnych jak te bałtyckie fale .

Kilka dni wstecz , wiatr urywał głowę . Wiatr demolował plaże , sopockie molo i połowę Polski . Teraz jest inaczej . Od Zamkowej Góry ,brzegiem idę w kierunku mola . Pusto .

Fala – myśli . Fala – myśli . Fala – myśli . Przelewa się woda i wiele z  mojego życia wspomnień .

Szafa na plaży , wspomnienie Maklakiewicza i Himilsbacha . Grand i wejście na molo . Spacer po deskach . Dołem woda . Dwie dziewczyny na ławce w ciemnościach , roześmiane , że aż zazdroszczę .

Nachodziłem się . Plażą . Nad Bałtykiem . Siwe włosy od jutra będą miały słony , bałtycki wygląd .

Ptaszki .

Na drutach , przewodach , rozpiętych między słupami siadły ptaszki . Wiele ptaszków . Ptaszków tak dużo , że niemal zakryły swoimi kruchymi ciałkami druty . Dalej za nimi niebo szalało szarością , las szarzał zmierzchem , pola też jakieś szare , świat cały szary wlewał się za kołnierz kurtki wilgocią poganianą wiatrem . Przeszył mnie dreszcz . Cichutki byłem by nie spłoszyć ptaszków wyraźnie szukających ciepła w swym towarzystwie . Zdziwiony nagłą myślą zadałem sobie pytanie –

co robiły ptaszki gdy nie było elektryczności ? Gdzie i na czym siadały by się ogrzać ?