Pożegnanie z Prowansją .

 Wysiadłem z samochodu. Słońce jak to w Prowansji , w sierpniu dawało z siebie wszystko . Na szczęście kolejny raz zapuściłem się w prowansalskie Alpy gdzie powietrze choć gorące to górskie takie jakieś … suche ?

Parking na kilkanaście samochodów . Żwirowy,  z starymi krawężnikami , pojedynczymi zasychającymi już źdźbłami trawy . Żwir chrzęści pod stopami gdy kręcimy się w miejscu rozglądając się niepewnie . We Francji , w Prowansji jest się nieustannie niepewnym . ONI

uznają jedynie swój język wszystkie inne uznając za próbę ingerencji w ich dobro narodowe .

Najgorzej jest na autostradach . Gdzie indziej na przykład w Niemczech widzisz znak drogowy z napisem Ulm , Berlin … obojętnie co i zjeżdżasz .. Nie we Francji ! Tutaj jedziesz i szukasz zjazdu , widzisz jakąś nazwę miasta i zanim przeczytasz Aux coś tam coś tam już przejeżdżasz zjazd !Te końcówki auix , eux !!! Nieważne .

Tuż przy parkingu stara willa z cudownymi okiennicami o kolorze jaki można zobaczyć tylko tutaj . Spopielała biel ? Cisza . Nawet cykad brak . Kilkadziesiąt metrów od parkingu znak z kierunkiem zwiedzania . Pora odwiedzić klasztor wykuty w skale .

Z każdym krokiem piękniej . Z każdym krokiem bardziej tajemniczo i nastrojowo . Dziwne . Idąc wąskimi przejściami , które są niczym innym jak półkami wykutymi w skalnym , pionowym zboczu góry nie słyszę echa ,odgłosów stąpania . Idę korytarzem ciszy ?

Nie mamy przewodnika . Sami musimy odgadywać , poznawać ,dotykać by wiedzieć . To właśnie takie zwiedzanie , poznawanie nieznanego jest dla mnie najciekawsze , najprzyjemniejsze . Tak poznaję , tak układam świat po swojemu .

W dole , co dopiero dobrze widać z góry pięknie „ ułożony „ogród – park . Inny . Nie ma nic wspólnego z francuską symetrią i niewiele z angielskim romantyzmem . Źródło wody jakim jest strumień po kilku metrach toczenia cudownie czystej wody zamienia się w mały stawek .

Stawek ? Raczej oczko wodne . Oczywiście umiejscowione centralnie . Skąd mnisi sprzed kilkuset lat znali zasady chińskiego projektowania ogrodów ?

Coś mi tu nie pasuje . Coś jest nie tak . ZBYT PIĘKNIE by się umartwiać w takim otoczeniu!

Jest RAJSKO ! Klasztor w takim miejscu ?! Klasztor ?!

Raczej miejsce gdzie poznano umartwianie związane z poznawaniem smaków , układaniem ich w właściwym porządku , mieszanie , okraszanie kropelkami wina ( w te kropelki to raczej wątpię ) . Miejsce gdzie dano początek Prowansji jako źródłu wszystkiego co dobre w smaku a jednocześnie skromne . Chyba .

            Pewnie się mylę , pewnie nie mam racji ale nie przeszkadza mi to w tym by zapamiętać Prowansję właśnie taką .

Pora wracać .

Orevoir Provans !

Prowansalskie przygody czyli zapisków cz.2

 Do niniejszych zapisków wykorzystałem zdjęcie z internetowych zasobów :
http://www.podroze.pl/dzial/artykuly/francja-prowansja-mon-amour/83/
za co jestem wdzięczny i mam nadzieję , że nikogo tym nie skrzywdzę .
Serdecznie pozdrawiam nieznanego mi autora.
Składam też gorące podziękowania za możliwość skopiowania tego zdjęcia .
Kłaniam się nisko . Bardzo .

Nie zdążymy ! Nie zdążymy ! Wszyscy nerwowo rozglądamy się za jakimś sklepem .

Wiem , że Francuzi uwielbiają skracać sobie dzień pracy,wiem , że z każdą minutą moje szanse znalezienia czynnego sklepu maleją .

Miasteczko . Kolejne . Na chodniku , po prawej na , wysokości przejścia dla pieszych stoi jakiś młodzian . Jestem zdesperowany . Zatrzymuję samochód . Wysiadam. Staję naprzeciw niego i nagle zdaję sobie sprawę , że nie wiem co powiedzieć !!! Przecież nawet nie wiem jak jest po francusku – sklep ! Z samochodu patrzy na mnie żona , córka . Patrzą z nadzieją , że DAM RADĘ ! Patrzy też na mnie ów Francuz .

Z ust wymyka mi się – Trzech Muszkieterów  !!!  Nic. Nie tak do końca nic ! Widzę jak facet zaczyna się dziwić . W amoku , w desperacji zaczynam się domyślać , że on mnie nie rozumie! Szybko więc dodaję –Atos , Portos , Aramis , d’Artagnan ! Młody Francuz zaczyna się mnie chyba bać . Bojaźliwie spogląda na mnie , na samochód – obawia się porwania ? Moje myśli są szybkie ja błyskawice – przecież powinien się domyśleć! Moja idea jest prosta . Muszkieterowie – sieć francuskich sklepów obecna jest w Polsce więc musi być obecna we Francji !!! Czego ten osioł jeszcze nie rozumie ?! Może – Aleksander Dumas

?

Nic !

Dobrze – takie krótkie wewnętrzne postanowienie. Głupek nic nie rozumie – taka wewnętrzna

konstatacja . Czas na ostateczne rozwiązanie – jak nie rozumie co do niego mówię to mu pokażę na migi ! – ostateczne wewnętrzne postanowienie .

Cofam się . Przyjmuję postawę . Niewidoczna w mej ręce szpada salutując przeciwnikowi wydaje świszczący dźwięk jaki wydaje stalowe ostrze przecinając powietrze . Składam się do pchnięcia krzycząc Allez !

Katastrofa . Facet ucieka przez ulicę nie zważając na czerwone światło na przejściu dla pieszych oglądając się od czasu do czasu czy go nie gonię z szpadą w dłoni , córka i żona płaczą ze śmiechu , ja macham rękoma jak wiatrak , który stara się uniknąć ciosu kopii

Don Kichota .

No co ?

Niech żyje Francja ! Niech żyje Prowansja !

PS.

Wybacz proszę kolego z Francji , że przez chwilę miałem Cię za głupka i takim Cię nazwałem na potrzebę tego składania literek .

PRZEPRASZAM .

                                           

                                                                       *

 

Attenzione ! Attenzione ! Attenzioooooooooooone !!! Nagle ,niespodziewanie gdzieś z góry dobiega mnie głośny krzyk czy raczej wrzask przepełniony podnieceniem i radością . Szybko zadzieram w tym kierunku głowę ,mój wzrok tylko muska skały wąwozu w kolorze kawy z mlekiem poprzeplatane białymi pasemkami , trafia na błękitne niebo cofa się i dostrzega małego ludzika stojącego na skalnej półce . Krew zastyga mi w żyłach gdy widzę jak wybija się , jego stopy odrywają się od skały , na moment cała postać zastyga w powietrzu by po chwili runąć niczym  głaz w dół . Patrzę i tracę z wrażenia poczucie czasu . Wydaje mi się , że postać spada i spada i spada i spada i spada . Nic nie słyszę . Nic nie czuję . Łoskot. Uderzenie . Strach . Prawie w tej samej chwili w której ostatnie krople wody w kolorze mleka opadły na powierzchnię rzeki wyrzucone wcześniej w górę wpadającym do wody ciałem z mlecznej toni wynurza się głowa , ręce . Twarz roześmiana . Śmiech skoczka rozchodzi się wśród skał , odbija zwielokrotnionym echem a po chwili jest zagłuszony lawiną braw . Wszyscy bijemy brawo . Ja , moi, obcy . Wszyscy jesteśmy tak samo urzeczeni odwagą skaczącego , stylem w jakim to zrobił i tym , że żyje ! Chłopak pływa od łodzi do łodzi i zbiera pieniądze.

            Po chwili i my pływamy . Wyskakujemy z łódek , skaczmy do wody . Pierwszy raz w życiu pływam w wodzie tak nasączonej skalnymi minerałami , że ma kolor mleka i sprawia wrażenie jak by była nagazowana nieskończoną ilością bąbelków . Im dłużej pływam tym bardziej wszystko co jest wokół działa na mnie tak , że zachowuję się jak dziecko . Gdybym tylko mógł śmiałbym się nawet pod wodą !

            Jestem -przynajmniej się tak czuję – w jakiejś gigantycznej wannie jacuzzi w wersji super komfort z niebem i słońcem nad głową .

Ech Prowansja.

Wąwóz Verdun , Francuski Wielki Kanion właśnie zapadł mi na zawsze w pamięci .

Warto było pokonać ponad sto kilometrów dzielące nas od Lazurowego Wybrzeża . Prowansalskie Alpy ukazały nam się w całej krasie i całym swym pięknie .

 

                                                                                   *

 

            Jest już późno . Na południu zmrok pojawia się szybko i choć o tym wiem zawsze zaskakuje mnie tak samo szybko . Samochody suną powoli . Otwieram okno w dachu wpuszczając do niego niebo i miliony gwiazd . Wyłączam radio . Wszystkie kwiaty Holandii?

Sam to kiedyś wymyśliłem . Teraz mówię – ofiarowuję Tobie wszystkie zapachy Prowansji .

Po raz kolejny jestem zaskoczony . Nigdy przedtem nie czułem zapachu odchodzącego dnia i nadchodzącej nocy . Ten kto uwieczni ten zapach w postaci perfum zostanie człowiekiem bogatym jak nikt inny dotąd .

Smakowanie Prowansji – cz. 1

Park na tyłach wielkiego kościoła . Może nawet nie park a sporej wielkości plac zacieniony jakże by inaczej – platanami ! Wielkimi i starymi jak kościół . Przy mojej czasami zbyt wybujałej wyobraźni widzę niemal jak sam Napoleon w chwilach przerwy między zmienianiem losów świata , jednoczesnym dyktowaniu kilku listów oraz równolegle prowadzoną rozmową z swoimi generałami sam projektuje alejki i sadzi platany .

            Spoglądam na to z góry . Od strony parkingu . Jestem zachwycony . W cieniu drzew kilka ławeczek . Na jednej z nich leży mężczyzna . Ręka pod głową , druga opuszczona

w dół , tuż przy niej butelka . Jej kształt wskazuje , że od wina . Obok kilku innych mężczyzn – jak na panujący wokół , wręcz wszechobecny upał – zbyt gorączko gestykulujących . Stoją w półkolu wokół kilku metalowych kół leżących bardzo blisko siebie na ziemi . Już wiem . Wszystko wiem . Grają w boules . Przez chwilę mam ochotę zbiec do nich i zaproponować swój udział w grze . Powstrzymuję się . Nie mam szans . Każdy z nich to dla mnie arcymistrz.

To , że gram w tę grę od około 20 lat nic nie zmienia . Nie ten poziom , umiejętności , ręka , geny . Do tego trzeba być Francuzem . Co najwyżej mógłbym usiąść na ławce obok i napić się wiana .

Powietrze pachnie . Cykady grają . Panowie ciągle gestykulują .

Jak mi się to wszystko podoba !

Viva la Provance !

                                                                       *

            Kute stalowe barierki . Stare , pewnie przedwojenne . Odgradzają miejsce w którym stoję od położonej kilka metrów poniżej drogi – polnej , prowansalskiej , niepokrytej asfaltem,  betonem , brukiem a utwardzonej tym dziwnym siwym kamieniem .

            Co ja tutaj robię ? Jawa to czy film ? Poniżej drogi dolina pofałdowana lekkimi wzniesieniami , po sam kraj , po horyzont usłana dywanem winorośli , czasami przetkanym

pojedynczo rosnącymi cyprysami .

Światło przymglone . Przymglone ? Może raczej takie tuż z przed zmierzchu . Tworzy jakąś dziwną poświatę . Nigdy wcześniej takiej nie widziałem . Cykady grają piękną melodię .

            Nie mas szumu wiatru , brak zgiełku który został kilkanaście ledwie kilometrów dalej ,wstecz,  na brzegiem morza . Znalazłem się w innym świecie . Kręcę głową z niedowierzaniem . Rezygnuję z zapalenia papierosa . Opieram się dłońmi o barierkę i patrzę na ten ocean szczęścia . Prowansja oceanem szczęścia ? Dlaczego nie ? Prowansja gdzie wszyscy żyją z wina ? Czego  chcieć  więcej ? No ! Wracam wspomnieniami do chwili gdy usiadłem na kamieniu na szczycie góry jaka wieńczyła pewną grecką wyspę . Kamień był resztką panteonu . Wówczas pomyślałem , że pięknie było kiedyś … tutaj , bo filozofia i cudne widoki i szmaragd morza i błękit nieba i zawsze pod ręką jakaś … amfora  .

            Prowansja ma to co trzeba by wypełnić winem każdą amforę i choć pewnie jej brakuje filozofów to jednak ma coś co wypełnia także moje serce .

W oddali dostrzegam dach pokryty czerwoną dachówką o charakterystycznym kształcie . Dom skryty w winnicach niczym mała wyspa na morzu . Jest Prowansja , są greckie wyspy , jest Toskania – kolebka prostych a dzięki temu niezwykle wysublimowanych smaków . Są bo tak je nazwaliśmy dzieląc świat według swej ludzkiej słabości nie potrafiąc być z sobą .

To wszystko jest południem . Cudnym . Jedynym w swoim  rodzaju .

Kocham ten świat !!!

Mon Dieu ! Saint Tropez !

Stoimy w korku . No może przesadzam . Poruszamy się bardzo wolno . prawie stoimy.

Odnoszę wrażenie , że francuski egalitaryzm przejawia się czy też może jest widoczny między innymi właśnie w ulicznych korkach .

            Mercedes , kabriolet , duży . W nim na sto procent Niemcy . Bogaci . On i ona . Rozparci wygodnie bez zbędnej ostentacji ale podkreślając , że to ONI jadą . Jak to u Niemców jego okulary w złotej oprawce bardzo dobrze pasują do srebrzystych włosów na głowie i błękitnej koszuli . Ona – dobre okulary słoneczne i fryzura jak z tej reklamy – ani upał Prowansji ani deszcze Bretanii nie są w stanie jej zniszczyć . Z przeciwnej strony , tej która wiedzie od Saint Tropez na której teraz jest pusto sunie w nasza stronę – czerwone jak krew byka na złotym piasku areny przeznaczonej do korridy –  Ferrari z czarnym znakiem szalejącego konia, o kolorze szyb czarnym jak nocne niebo bez gwiazd porykując z lekka silnikiem . Dyskretnie daje znać – jadę ! Wszyscy bez wyjątku dajemy się uwieść pięknu .

Pięknu doskonałemu . Niemiecka para w swoim wielkim mercedesie pokornieje , siada skromniej , zrobili się jacyś niżsi a fryzura …  .Niesamowite ! Czerwone Ferrari na nią podziałało – oklapła nieco !!!! Tego w reklamie nie było .

            W Saint Tropez tłok i gorąco . Ludzie stoją w kolejce do drzwi w których kiedyś w filmie pojawiał się pewien nieco zbyt pobudliwy i bardzo sympatyczny  żandarm . Stoję i ja .

Przez chwilę wydaje mi się , że charakterystyczny dźwięk jaki wydają aparaty fotograficzne zagłuszą wszystko dokoła . Na szczęście są i platany . Dają cień . Platan zaczyna mi się kojarzyć z drzewem ratującym życie.

            Port zapchany do granic wytrzymałości . Wielkie motorowe jachty , blichtr , bogactwo.Cumują tak by każdy je widział . Każdy więc widzi gdyż stoliki w kawiarnianych ogródkach są tak ustawione by siedząc przy nich można było patrzeć tylko na port.

Kiedyś w czasach gdy kręcono filmy o żandarmie musiało być tutaj uroczo . Teraz uroczo nie jest . Wszystko skupia się na porcie .Przynajmniej ja tak to odbieram .

Doskonałe lody !  W przejściu jak pod arkadami bufet z lodami . Orgia smaków i ich doskonałość . Kolory lodów jak na obrazach impresjonistów . Zaczynam podziwiać Francuzów jako rodziców – ich dzieci są grzeczne ! Nie krzyczą by dostać loda . Patrzą i pukają paluszkami w pół okrągłą szybę wskazując na tego którego chcą . Zbyt wiele stuknięć jednego paluszka powoduje śmiech mamy i taty .

Nad brzegiem jak w każdym turystycznym miejscu na świecie swoje sztalugi ustawili malarze. Łapię się na tym iż dostrzegam podobieństwo „kreski „ twórców z Krupówek z twórcami z Saint Tropez . Artyści turystycznych szlaków łączcie się ? Co by nie mówić miał rację ten kto kiedyś powiedział , że najtrudniej namalować morze . Patrzę na jego błękit w naturze , na jego błękitna obrazach …trudno mają .

Gorąco . Nie ma szans by dać sobie ulgę zażywając kąpieli .W Saint Tropez nie ma miejsca

na takie swawole . Wracając dopiero po kilku kilometrach dostrzegamy plażę przy której można by się zatrzymać . Nie robimy tego jednak . Suniemy w korku powrotnym . Wyjechanie z niego jest możliwe , powrót raczej nie .Francuzi są podobno szarmanccy . Na drogach na pewno nie !

Im bliżej Port Grimaud tym więcej wozów campingowych zaparkowanych na poboczu. Ciasno . Bardzo ciasno . Miedzy nimi ich właściciele zostawiają tylko tyle miejsca by ustawić mały plastikowy stoliczek i dwie małe plastikowe ławeczki .  Teraz siedzą przy nim z rodzinami . Na stolikach coś do jedzenia , butelki z winem a wszystko tak blisko jezdni , blisko mnie iż odnoszę wrażenie , że  gdyby otworzę okno mogę ręką sięgnąć na ich stół !

Jak to było ? Wolność , równość , braterstwo ? Od Ferrari do małego plastikowego stolika z aromatem spalin z przejeżdżających obok samochodów ? Francja . Wybrzeże Prowansji tonie w sznurach samochodów ,campingowych wozów , obłokach spalin .

Późnym wieczorem siedzimy przed naszym domkiem. Wracają nasi sąsiedzi . Klną pod nosem . Zdecydowali się na rowerowy wypad do Saint Tropez .Gdy zdejmują okulary wygadują jak duchy . Twarze czarne . Okolice oczu białe jak mleko . Gdy oddychają wydaje mi się , że z ich ust wydobywają się spaliny .

Mon Dieu !

Prowansja Alez !!!

Droga Napoleona. Legenda , historia , ulubiona trasa motocyklistów i jednocześnie wstęga asfaltu ułożona na przesmykach górskich ,dolinach … .

Już po kilku kilometrach daje się poczuć w samochodzie zapach ścierających się na tarczach klocków hamulcowych . Trzeba szybko zmienić sposób jazdy . Zapomnieć o hamulcach a przypomnieć sobie technikę jazdy opartą na hamowaniu silnikiem . Udaje się . Szybko łapię właściwy rytm i przez następne kilkadziesiąt minut nie dotykam stopą pedału hamulca .

Niemal do końca .

                                                                       *

Zapatrzeni , zakochani w naszych Tatrach , zaczarowani wspomnieniami z rajdów , pieszych wędrówek czy romantycznych spacerów Drogą Pod Reglami nie bardzo przyjmujemy do wiadomości , że gdzieś moze być inaczej i to tak inaczej, że aż dziw .

            W pewnej chwili dostrzegam coś co wyłamuje się swym wyglądem z tego wszystkiego co blisko od godziny obserwuję jadąc Drogą Napoleona . Wyłamuje się tak mocno ,jest tak odmienne od wszystkiego co nas otacza , że przy tej wyjątkowo stromej drodze jaką jest Route Napolen zrobiono zatokę – przystanek by wszyscy inni – zaskoczeni podobnie jak ja tym widokiem – mogli się zatrzymać i podziwiać to co widzą .

Pomiędzy szczytami gór , między nimi , widzę górę a raczej część góry wielkości naszej …

Śnieżki ale ściętej w poziomie niczym mieczem kata giganta wokoło 1/3 wysokości .

Na tak powstałej górskiej półce czy raczej platformie zasłanej dywanem zielonych łąk znalazła sobie miejsce wioska . Mała , z Kościołem białym o czerwonej czapce na stromym dachu wieżyczki, kilkunastoma domkami rozrzuconymi na dywanie zielonych traw . Daleka , widoczna tylko dzięki doskonalej pogodzie i alpejskiemu powietrzu , tak czystemu , że zdawać się może iż go nie ma .

                                                                       *

            Jest gorąco. Nie czuję go fizycznie dzięki sprawnie działającej klimatyzacji ale odczuwam i to bardzo mocno słońce , które uparło się by pozbawić moje oczy wzroku .

Nie pomagają przeciwsłoneczne okulary , mrużenie oczu , przewracanie nimi , śpiewanie na głos – bunt załogi łącznie z słynnym – NO TATO !!!  Zaczynam zasypiać za kierownicą !!!

Pora zjechać na bok , Znaleźć miejsce na dłuższy postój połączony z możliwością zobaczenia czegoś ciekawego . Pada na pobliskie – Reims. Nie te królewskie . Te prowansalskie .

Platany . Cudowne platany , wielka ich aleja wiodąca z lekka ku górze ku katedrze , miasteczku . Cień dający schronienie , ukojenie przed zabójczymi promieniami słońca .

Parkuję samochód . Wysiadamy i rozprostowujemy kości . Jest gorąco . Ciepło wali od bruku ulicy , z każdej strony . Powietrze stoi . Jedyna ulga to brak słońca . Rozglądam się .

Wszystko wokół ma jakiś inny kolor , wszystko wokół nasycone jest słońcem do granic możliwości a cienie odcinają się od nasłonecznionych miejsc kontrastem …szarością ! Zauważam brak czerni ! Może to zmęczenie moich oczu a może za tym właśnie zjeżdżali do Prowansji impresjoniści ?

Drogą pod platanami , ku nam zmierza dziewczyna …pisałem już kiedyś o niej więc teraz daruję sobie …powiem tylko … ZJAWISKO !!! Nigdy ustanie były tak piękne …

Gdybym miał 18 lat został bym w Prowansji , porwał ją i został w tym miejscu z nią na zawsze . Jej bonjour …wyszeptane a tak niezwykłe okraszone błękitem oczu i wstrząśnięciem nieskończonością rudych loczków prawie mnie znokautowało !!!

Bonjour , bonjour , bonjour …po chwili jestem na czymś co jest skrzyżowaniem dwóch ulic w małym miasteczku na którego środku stoi pomnik –fontanna a na boku kawiarenka , jakiś sklep, stojak z gazetami ,  pan fajnie ubrany z gazetą w ręku przy filiżance kawy .

 

                                                                       *

Prowansja .

Alez Sys Alez !!!

Grenoble i trzepot ramion .

Opuszczałem Szwajcarię . Nim zapadł zmierzch dostrzegłem jeszcze – tak przynajmniej mi się zdawało – masyw Mont Blanc . Jaka wielka góra !

Światła reflektorów omiatały nie znane mi do tej pory krajobrazy . Góry , ciemne jak smoła niebo znaczone srebrnymi prószkami świateł gwiazd , zbocza gór troszkę tylko jaśniejsze od nieba i czerwone światła pozycyjne samochodów jadących przede mną wiszące jak kolorowe świetliki , kilkadziesiąt centymetrów nad czarną wstęgą asfaltu drogi.

Grenoble . Ja szczeniak ale pamiętam , że chyba na zimowej olimpiadzie nasz Andrzej „ Ałuś „ Bachleda był szósty a bohaterem Francji i Francuzów ( ech ten Napoleon ) został Jean Claude Killy – trzykrotny mistrz olimpijski . Grenoble – pierwsze miejsce w którym Napoleon po wylądowaniu na wybrzeżu Francji w Prowansji po ucieczce z Elby spotkał żołnierzy regularnej armii już królewskiej a po kilku zdaniach które wypowiedział do nich, oni ze łzami w oczach prosili by powiódł ich na Paryż . Grenoble– mój pierwszy postój we Francji i pierwszy w życiu nocleg we francuskim „wymyśle „ – hotelu Formula 1 .

Francja jest jaka jest podobnie jak każdy inny kraj do którego się udaję a ja zawsze pamiętam o mojej żelaznej zasadzie , że tylko i wyłącznie z mojej woli tam jestem i tylko sobie zawdzięczam wszystko to co mnie w nim spotka .

Dlatego fakt , że jedyna osoba pracująca w hotelu i to tylko do godziny 22.00

już o 21.20 gdy do niego dotarłem miała wielkie opory by nas przyjąć . Nasz brak umiejętności posługiwania się językiem Moliera i encyklopedystów przyjęty został przez ową panią wydęciem warg oznaczającym pogardę a doskonała umiejętność języka angielskiego jaką posiadła moja córka sprawiła , że owe wydęte już do granic możliwości wargi dodatkowo prychnęły potężnie powodując chyba jako skutek uboczny dość nieskoordynowany trzepot ramion i krótki ale obwity słowotok ciekawie brzmiący ale tylko tyle .

Hotel F1 to …skrzyżowanie normalnego hotelu z pociągiem stojącym na bocznicy z tym , że z toaleta i prysznicem wspólnym ale większym od wagonowego . Przy tym wszystkim jednak nienaganna czystość , higiena a rano brak czegokolwiek co można by nazwać śniadaniem .

Pierwsze francuskie doznania, nieco zaskakujące ale ciekawe i co tu ukrywać podnoszące adrenalinę .

Pierwszy ranek w tym kraju okazał się cudowny . Niesamowite powietrze , jego czystość , rześkość ,przejrzystość . Nieważne , że sam musiałem sobie zrobić śniadanie by nie jechać głodnym i sam zrobiłem sobie kawę . Byłem we Francji i dziś miałem dotrzeć do Prowansji . Czekało mnie największe przeżycie w tej drodze do celu . Jazda Route de Napoleon !!! Wyzwanie dla każdego kierowcy .

Alez monisuer Sys ! ( po raz drugi ) .

Zegarki , zscyzoryki to nie wszystko czyli -Szwajcarski epizodzik

Mój samochód jechał jako czwarty. Gdy przekraczałem granicę niemiecko-szwajcarską z samochodowego odtwarzacza sączył się głos Adama Nowaka z zespołu „ Raz Dwa Trzy „ śpiewający „ talerzyki „ . Nim ją jednak przekroczyłem jadąc z dozwoloną prędkością 5 km/h drogę zagrodził mi pan w zielonym mundurze , wskazał ręką bym zjechał na parking tuż przy strażnicy .

Gdy tylko uchyliłem okno zobaczyłem w nim twarz owego pana , uśmiechniętą i usłyszałem –  Kontrola paszportowa . Pytanie padło w języku niemieckim więc niemal natychmiast zastanowiłem się czy to oficjalny język gdyż wjeżdżałem

od strony tego kraju czy też mam do czynienia z Szwajcarem mówiącym po niemiecku a przecież są też mówiący po włosku , francusku . Nieważne .

Wysiedliśmy z samochodu „Talerzyki „ się skończyły i czekaliśmy . Po upływie około piętnastu minut podczas których przekonałem się , że gór będzie dostatek i podczas których nasze dane z paszportów przemieliły komputery szwajcarskiej straży granicznej sprawdzając czy możemy wjechać do tego kraju , z uśmiechem – chyba tym samym –podszedł pan w mundurze , oddał paszporty i powiedział – witamy w Szwajcarii , życzę miłego pobytu .

          Bogato . Bardzo bogato . Z podziwem oglądałem to co można było dostrzec za oknem samochodu . W pewnym czasie nie wytrzymałem i zjechaliśmy z autostrady by „ powąchać „ ten kraj bardziej , by go „ pomacać „ .

Ugościło nas Neuchatel.Pięknie ! Wcześniej nieco było też Jezioro Bodeńskie .

Przekonałem się , że Szwajcaria to nie tylko zegarki i scyzoryki ale chyba nade wszystko – czystość . Zresztą nie tylko . Równie spore wrażenie zrobił na mnie spokój jaki emanował ze wszystkich i wszystkiego . Cholera – pomyślałem w pewnym momencie siedząc na ławce i obserwując to wszystko – ten świat porusza się w ZWOLNIONYM TEMPIE !!!

          Wstałem z ławki . Pora była ruszać . Postanowiłem a raczej postanowiliśmy, że w powrotnej drodze „ zahaczymy „ o Szwajcarię raz jeszcze. Miałem sporo do przejechania tego dnia . Nocleg miałem zarezerwowany w Grenoble .

 

Alez !