Bajanka o liczeniu od 1 do 365 .

Zaczyna się od 1, 2, 3 …. kończy na 365 . Jak co roku , jak zawsze kolejny raz refleksja o tym , że liczby wskazują zmiany . Nieuchronnie jak wskazówki zegara kolejne godziny odmierzając.

Kiedyś czekanie na Wigilię , na święta Bożego Narodzenia to czas jaki spędzało się w licznym gronie . Dziadkowie , rodzice , ciotki, wujkowie , kuzynostwo , znajomi .

Wielkie wspólne czekanie na ciemność za oknem i pierwszą gwiazdkę, na prezenty , na wspólne biesiadowanie , na kolędy , na tajemnicze stukanie do drzwi , dzwonek , blask prawdziwych płomieni  prawdziwych świeczek świecących na gałązkach świerkowych,Gwiazdora , no i konie przy saniach kłębami pary z nozdrzy zmieniające się w smoki , które za chwilkę gdy ruszą sanie zawładną nocą .

Teraz tylko ubywa . Teraz pomału z każdym rokiem ubywa.  Zostajemy sami .

Cóż . Bywa .

            Dzień 365 .Koniec kolejnego rozdziału . Coraz trudniej . Jak na tych obrazkach .

Koniec roku i – kończący się rok jest już dziadkiem a nadchodzący rok  to mały dzidziuś . Tylko jednak na obrazkach .Za te ileś tam godzin nie będę dzidziusiem . Będę jeszcze starszym dziadkiem .Będzie mi jeszcze trudniej wstać punktualnie o 7.00 , powstrzymać się przed drinkiem przed 20.00 i powstrzymać się przed oglądaniem się za wartymi tego Pannami.

Będzie mi trudno ale spróbuję . Nie mam wyjścia bo bardzo się chce , bo Książe na mnie liczy i inni i Leon i Pepe i muszę być lepszy … .

Jak to było ? Jesteś tylko tak dobry jak Twój ostatni film ,mecz , książka , tekst , decyzja ? To racja.

Ja jeszcze ciągle kręcę swój najlepszy film , rozgrywam najlepszy mecz, piszę najlepszą książkę i tekst i podejmę najlepszą decyzję

            TEGO SOBIE I WSZYSTKIM WAM KOCHANI ŻYCZĘ ! BARDZO , BARDZIEJ,

NAJBARDZIEJ !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Reklamy

Bajanka o tęsknocie za czym co nie było .

Gdybym się kiedyś może bardziej postarał , gdybym może  bardziej zadbał o to , lepiej bym w czasie się zmieścił ,  może bym w wiek właściwy się wrodził .

Karlinką o koniu śmigając  , kłaniał bym się polom i lasom .Do miasta bym podjechał by Pannom  na stojąco  kapelusza uchylać bardzo zamaszyście , marząc jedynie , że kiedyś ich kosteczkę wolną zobaczę choć na chwilę .

One uśmiech odwzajemniając i moje skinienia także , z lekka się czerwieniąc oczkami by strzelały jednocześnie za wachlarzem letnim wstyd chowając .

Może do karczmy Żyda Kohna bym zajrzał i wódki się napił ze starym Jahimem co o cesarskich wojnach opowiada a zaraz potem z lulką w ustach pognałbym dalej .  

Gdybym się kiedyś tam może bardziej postarał , składałbym teraz literki inaczej a pióro o srebrnej stalówce w kałamarzu bym maczał i stukał bym tylko w  klawisze pianina .

Może gdybym … .

Nie byłem a tęsknię .

Bajanka z życzeniami .

Składanie życzeń wprawia mnie w zakłopotanie . Od dziecka.Trudno było mi pojąć dlaczego ludzie są sobie tak życzliwi w ” tych dniach „  a po kilku następnych życzliwość pękała niczym bańka na wodzie .

Dlatego zapewne nie umiem składać życzeń .

                                                          

                                                                       *

 

            Ulica jak inne w miastach . Zatłoczona , zakorkowana . Letni dzień . Upał . Mam otwarte okna . Samochód ledwie się wlecze . Nagle słyszę płacz dziecka . Odwracam głowę w stronę skąd dochodzi i widzę jak mała , kilkuletnia dziewczynka trzyma za rękę ojca i płaczliwie woła „ toto , tato chodź do domu …proszę „  On stoi obok przy dziecku wielki jak skała i kiwa się na strony próbując zachować równowagę . Na twarzy głupkowaty pijacki uśmiech z tych „ a o co chodzi „ , oczy szkliste , bełkot z ust .

Nie wiem co mam zrobić !!! Samochody ruszają , ruszam i ja ….oczy….

 

                                                                       *

 

            Księciunio ! Księciunio ! – Odwracam się . Mam prośbę – mówi do mnie mężczyzna o wielkich czarnych oczach , czarnych włosach z lekka uśmiechając się – kupisz coś bezdomniakom ? Jasne – odpowiadam . Ach to Ty książe ! – wybacz nie poznałem .

Lubię go . Jest nie nachalny , nigdy nie prosi o pieniądze .Zawsze jest w towarzystwie innego bezdomnego i kilku toreb , które zapełniają w miarę przybywania następnych książąt .

 

                                                                       *

 

            Szpitalny korytarz . Za oknami powoli jak w zwolnionym tempie opadają wielkie płatki śniegu. Oparci dłońmi o okienne parapety stoją chorzy . Pasiaste pidżamy . Smutek w oczach . W tych oczach jest coś więcej niż smutek. Jest w nich zrozumienie , że walka przegrana , że to już koniec , że ulica jest i będzie ulicą tylko za oknem , że już nigdy … .

 

                                                                       *

 

            W CB radio trwa dyskusja na temat kradzieży metalowego napisu „ Arbeit macht frei „. Jakiś idiota mówi „ Niemcy za mało żydków przetopili „ . Dostaję szału . Wzywam go przez radio by powiedział gdzie jest i aby wyszedł z kabiny . Chcę go strzelić w pysk z otwartej dłoni tak po pańsku by chama wybudzić z omdlenia spowodowanego głupotą .

Potem nachodzi mnie refleksja , że to nie głupiec a ZBRODNIARZ . Tylko Bóg … .

 

                                                                       *

 

            Wyrzuciłem to z siebie . Poukładałem bolesne literki . Teraz już mogę . Teraz już chyba potrafię .

 

                                                                       *

 

            Dzieciom by nigdy więcej nie zaznały cierpień ze strony rodziców , bezdomnym by znaleźli dom , chorym – zdrowia i nadziei , głupim – mądrości , biednym – wydobycia się z biedy , bogatym by zrozumieli , że można się podzielić , tym dla których już zbyt późno – litości i Pańskiego zmiłowania dla ich dusz . Dla tych wszystkich, których mam zaszczyt gościć tutaj … zapewnienie , że darzę ich szczerym uczuciem i pragnę by wiodło im się jak najlepiej .

 

                                                                       *

 

Tylko tyle potrafię .

Guli Guli Turcjo !

 

Za oknem było już ciemno . Patrząc przez szybę wielkiego okna nie mogłem dostrzec granicy miedzy niebem a morzem. Całą tą przestrzenią zawładnęła noc. Jedyne co widziałem  w tej ciemności to światełka zacumowanych w oddali statków . Byłem sam . Moje ostatnie chwile w Stambule tego dnia i tego w tym mieście pobytu . Są takie chwile – bardzo często ukazywane w filmach – gdy człowiek stoi na krańcu … sytuacji , chwili ? po czym odwraca się i odchodzi . Po chwili słychać już tylko jego kroki a sylwetkę przysłania mgła lub coś w tym rodzaju .

Sys ! Wołano mnie . Ostatnie spojrzenie w ciemność ,ostatnia chwila samotności . Zszedłem po schodach . Wszyscy stali czekając na mnie . Szef restauracji jeszcze raz podziękował za wizytę i wręczył mi trzy flagi – Turcji , Niemiec , Polski . Uścisnąłem mu dłoń , potem szefowi kelnerów, potem głównemu kelnerowi , potem kelnerowi od obsługi stolika , potem kelnerowi od napojów , potem kelnerowi opiekunowi – który wskazywał nam drogę do toalety i do palarni a potem drogę powrotną . Wymianę uścisków dłoni zakończyłem na parkingu gdy dziękowałem dwóm chłopakom za podstawienie samochodu oraz otwarcie drzwi .

Nim to wszystko nastąpiło kelner od obsługi stolika podjechał do nas specjalnym stolikiem na kółkach na którym spoczywało dziesięć rodzajów  przystawek . Już po chwili smakowałem je  z każdym kolejnym smakiem wspinając się na wyższy szczebel kulinarnej perwersji .

Listki szpinaku na ciepło w jakiejś oliwce z orzechami włoskimi oraz czymś słodkim czego nie mogłem zidentyfikować wprowadziły mnie w stan euforyczny a na szczyt przystawkowej góry wprowadziły mnie jakieś zielone pędy podane w smaku słodko- kwaśnym . Poddałem się .

Przy sąsiednim stole siedziała podobna do nas grupa gości .Gromkie ochy i achy przyciągnęły mój wzrok . Ich własny szef kelnerów oraz kelner obsługujący stolik właśnie specjalnym młoteczkiem i dłutkiem rozbijali solną skorupę pod którą – jak się po chwili okazało – spoczywała parująca ciepłem i powalająca zapachem wielka ryba .

Palarnia na piętrze . od jakiegoś czasu palenie papierosów w tureckich restauracjach jest zakazane . Palarnia to pomieszczeni pełne sztalugi napoczętych oraz prawie skończonych obrazów , kilkunastu krzeseł , stołów ,wielu popielniczek , zapachu farb … . Teraz też pełne nas . Jest Paul , nasi gospodarze S , M , A i ja a także goście z sąsiedniego stolika wśród których prym wiedzie wielki jak góra Max – murzyn z Nowego Yorku , który w Stambule zajmuje się  reformowaniem pracy jakiegoś wielkiego amerykańskiego przedsiębiorstwa handlowego . Jest Cloud – belgijski lekarz pracujący w tym mieście i kilka innych osób których imion nie pamiętam –przepraszam .

Wśród nich – ja –  polski pyłek , ziarenko na tureckiej ziemi , który nie tak dawno jeszcze

samotnie , drżąc z zimna i obawy zasypiał w schronisku niemieckiego czerwonego krzyża w podziemiach słynnego dworca Banhof Zoo w towarzystwie równie zbłąkanych dusz oraz narkomanów licząc , że jutro będzie lepiej .

            Za oknem było już ciemno …

Guli  Guli Turcjo . Pa, pa .

Beyoglu moja fascynacja .

 

Kiedyś koleżanka mieszkająca w Salonikach wspomniała podczas jednej z licznych wieczornych opowieści , że Grecy uwielbiają przesiadywać w kawiarniach i restauracjach ale potrzebują do pełnego komfortu i zadowolenia dwóch krzeseł dla jednej osoby – jednego by mogła usiąść  a drugiego by rozsiąść się wygodnie opierając na nim ramię . Na obu – jak zapewniła potrafią się bujać jednocześnie pijąc oraz paląc .

            W Stambule jest inaczej . Odniosłem wrażenie , że Turcy kochają podczas biesiadowania –celowo użyłem słowa „ biesiadowania „ a nie – jedzenia – bliskość .

Kochają patrzeć jak innym smakuje , jak inni czują się dobrze , czuć jak inni są blisko , czuć zapach jedzenia , aromat kawy , czaju ,słyszeć gwar , odgłosy ulicy … . Być razem ! Tak to chyba dobre określenie Być razem i blisko .

                                                                                          

Beyoglu żyje nieustannie . Na Beyoglu nie zamyka się drzwi bo ich zamknięcie oznacza stratę zarobków . Beyoglu …aromat współczesnego Orientu . Setki , tysiące stolików, które tylko czekają na to by przy nich zasiąść .

            To niesamowite móc grudniową porą być tam i to wszystko poznać …dotykać wszystkimi zmysłami w temperaturze około 20 stopni C . Wieczorem robi się tłok , nocą ścisk a rankiem nadchodzi spokój ale pozorny bo to czas przygotowania do następnego dnia .

            Cudny jest ranek na Beyoglu gdy słońce próbuje się przebić na chodniki,  na bruk przez wąskie i skąpe przestrzenie miedzy bliskimi siebie dachami kilkupiętrowych domów .

Ledwie to zrobi a ten fragment Stambułu natychmiast jest gotów na spotkanie dnia .

Przy stolikach pierwsi goście , jedzą a w przerwach między jedzeniem i piciem palą .

Turcy kochają pracować . Nawet pan sprzątający śmieci na ulicy robi to godnie i z dumą .

            …. Tak jestem zafascynowanym tym miejscem ….


Czas i przestrzeń w mieście Stambuł.

Hotelowy opiekun gości wydawał się być zakłopotany . Po tym jak gwarantował nam opiekę nad  bagażami trzymając dłoń na sercu tak samo teraz trzymał ją w tym samym miejscu zarzekając się , że samochód mający nas odwieźć na lotnisko już jedzie .

Była godzina 12.00 , ciepło – ponad 20 C  więc nie miałem nic przeciw temu by raz jeszcze wyjść przed hotel i poczekać w słońcu na jego przyjazd  . Minęło  20 minut , Paul zdążył spalić papierosa a samochodu jak nie było tak nie było . W pewnym momencie dostrzegłem go . Czarny,zaparkowany na małej uliczce przy hotelu z jego inicjałami na bokach . Zaskoczony, poinformowałem o tym naszego hotelowego consigliere a on wskazał na bagażowego i teraz w szyku – consigliere , bagażowy , Paul , ja ruszyliśmy w kierunku samochodu . Okazał się być tym na którym czekaliśmy. Stał pusty . Gdy– przyznam – nieco zaniepokojony rozglądałem się dookoła z pobliskiej kawiarenki wyszedł mężczyzna i wesoło  powiedział coś do nas po turecku . Consigliere wytłumaczył nam , że kierowca stwierdził , iż ma czas by nas odwieźć – zna godzinę odlotu – 15.00 i , że  zdąży .Wsiedliśmy do samochodu . Przez następne dwadzieścia minut siedząc na jego tylnim siedzeniu  odnosiłem wrażenie , że choć do lotniska był jeszcze spory kawałek drogi to ja już lecę . Tuż przed wjazdem na jego teren kierowca pościł kierownicę i krzyknął – rekord ! rekord ! rekord! wskazując na palcach , że leciał … tzn. jechał dziewiętnaście minut .Spojrzałem na Paula on na mnie i niemal jednocześnie powiedzieliśmy do siebie –acha .

 

                                                                       *

 

            Czas byśmy ruszyli w drogę , zapraszamy do nas – powiedział T.K. Wiek około 36 lat,

czarny i nienagannie skrojony garnitur , biała koszula i starannie dobrany krawat . Na głowie nie burza a sztorm czarnych jak krucze pióra włosów poskręcanych w miliony loczków , takie same oczy i WIELKA NIEOBECNOŚĆ duszy . Niemal od pierwszej chwili gdy go zobaczyłem odniosłem wrażenie , że jest z nami tylko w tych chwilach gdy jakaś nie znana nam siła kazała mu wracać na ziemię . W pozostałym czasie – to znaczy za wyjątkiem tych chwil – sprawiał wrażenie jakby rozmawiał jednocześnie z kilkoma osobami które widzi tylko on i tylko on rozumie ich mowę ciała . Tak –  mowę ciała gdyż i on mówił do nich swoim ciałem . Mrużenie  oczu , dziwne zagadkowe niezwykle skromne i cichuteńkie uśmiechy ,

nagłe odwracanie głowy w kierunku w którym nic nie mogłem dostrzec . T.K. Rozmawiał z duchami ! Jak mu zazdrościłem .

Moją obserwację poczynań T.K przerwał Paul pytając go – jak długo pojedziemy do firmy ?

W odpowiedzi usłyszeliśmy – niedługo , chwilkę .

Podczas trwania owej niedługiej chwilki T.K. zdążył porozmawiać z chyba wszystkimi duchami przebywającymi w tym czasie w okolicach Stambułu a my :  przez  20 minut przepłynęliśmy promem z europejskiej do azjatyckiej części tego wielkiego miasta a następnie przez godzinę z okładem jechaliśmy turecką drogą szybkiego ruchu by w końcu dotrzeć na miejsce .

T.K. w swój dziwny choć przeuroczy sposób wrócił do nas – na ziemię – potrząsając milionem loków , zagryzając z lekka wargi i niemal natychmiast po tym jak wysiadł z samochodu    

zapinając marynarkę powiedział – już jesteśmy – po czym uśmiechnął się z lekka nie wiadomo do kogo .

 

                                                                       *

 

            Kolacja a właściwie obiad , który z upływem czasu zamienił się w kolację dobiegła końca .Zapytałem gospodyni wieczoru ile mamy kilometrów do hotelu . Około stu –odpowiedziała i nie zrobiło to na niej najmniejszego wrażenia . Na mnie natomiast tak i to bardzo duże . Stambuł – wyjaśniłem sobie sam w myślach .

Nazwa tego miasta tłumaczy wszystko .

Turcy chyba nawet bardziej niż Polacy uważają jazdę innym niż lewym pasem drogi szybkiego ruchu za dyshonor . Gnaliśmy ponad sto kilometrów na godzinę czując się dzięki stylowi jazdy jaki prezentował kierowca  w miarę bezpiecznie  . Było już ciemno a ciekawość

przezwyciężyła zmęczenie jakie zaczynałem odczuwać . Po obu stronach drogi migotały światła wielomilionowego miasta . Wielkie połacie terenów fabrycznych , wielkie centra handlowe , wielka jak meczet z podobną kopulą i przeszklonych ścianach klinika doktora , którego nazwiska nie zdążyłem zapamiętać . Tysiące samochodów w nich ludzie . Miasto tętniło życiem nie zważając na porę dnia . Azja pozbawiona azjatyckiego klimatu . Tak sobie pomyślałem w pewnej chwili , że jeśli w przyszłości nadejdzie dzień w którym świat chrześcijański i islamu zaczną się naprawdę szanować i naprawdę zechcą być sobie bliskimi to będziemy to zawdzięczać Turcji .

Dojeżdżamy do mostu spinającego brzegi dwóch kontynentów .Kierowca zwalnia gdyż na drodze coraz większy tłok . Magia świateł rozedrganych tętnem życia Stambułu , po obu stronach mostu setki wędkarzy nieustannie na zmianę to podnoszących to opuszczających swe bardzo długie wędki . Wieże meczetów wyraźnie widoczne na tle nieba . Wszechobecny zgiełk , trąbienie ,szum , pokrzykiwania .

Niesamowite .

 

                                                                       *

 

            Samolot drgnął , jego dwa silniki pomału zaczęły mielić powietrze , które choć grudniowe to miało ponad 20 C. Cofając się zaczynał drogę w kierunku pasa startowego .

W jego wnętrzu , wielkiej naszpikowanej elektroniką puszce ponad sto osób a wśród nich –

ja . Bardzo mi zależało na miejscu przy oknie . Pogoda dopisywała , widoczność była świetna a ja miałem ogromną ochotę na zrobienie zdjęcia największego miasta Europy i Małej Azji z powietrza . Paul rozmawiał z panią przyjmującą bagaże i przydzielającą miejsca na pokładzie a gdy ich rozmowa doszła do momentu w którym wskazał na mnie i powiedział – mojemu przyjacielowi zależy na miejscu przy oknie wtrąciłem się do rozmowy i dodałem jedno krótkie słowo – please . Pani spojrzała na mnie i jak mi się zdało przez krótką chwilkę obdarzyła mnie uśmiechem .

Silniki weszły na najwyższe obroty , pilot zwolnił hamulce i ileś tam ton rozpoczęło swój bieg ku niebu . Oderwał się od ziemi i już po chwili mogłem podziwiać oddalający się obraz miasta . Przez bardzo długi czas mimo ciągłego wznoszenia się samolotu ciasna zabudowa miasta sięgała po horyzont . Dopiero gdy byliśmy już naprawdę wysoko a lot się ustabilizował Stambuł zaczął się oddalać . Majestatycznie .

Przypomniałem sobie książkę „ Znaczy Kapitan „ i ten jej fragment w którym nieodżałowany K.O.B. opisuje jak mostek przepływającego we mgle cieśninę Bosfor statku zahacza o drewnianą werandę willi stojącej na brzegu zabierając z niej o ile pamiętam jakiś fotel i stolik.

Teraz z wysokości kilku tysięcy metrów widzę to wąskie miejsce , uśmiecham się sam do siebie .

Jestem już wysoko . Unoszę kciuk , oddalam go od oka ,przybliżam do samolotowego okna i zasłaniam nim CAŁE miasto Stambuł .

Wielkość , niewyobrażalna wielkość stała się kruszynką ,znikała powracając jednocześnie na miejsce – małe miejsce na wielkiej ziemi. Pojawiły się właściwe proporcje . Schowałem palec. Jestem tylko kruszynką w samolocie , którego wymiar nie istnieje w porównaniu z wymiarem przestrzeni przestworzy . Nie ma mnie .

                                                            

Stambuł nie kocha starych domów .

Zastanawiałem się – siedząc w samolocie – czym tym razem zaskoczy mnie Stambuł ? Bo to , że tak będzie byłem tego pewien .

Zrobił to wykorzystując moje wspomnienia . Gdy już w taksówce  -,której kierowca mógłby z powodzeniem przyprawić największych polskich młodocianych mistrzów kierownicy piszczących oponami samochodu przy byle okazji o zawał serca – zastanawiałem się jak to będzie tym razem przypomniałem sobie !Dom ! Wielki dom , kilkupiętrowy , zamknięty na amen , którego ściany wyłożone były drewnem , stojącym w bardzo prestiżowym miejscu , chyba też bardzo drogim bo w  najbliższym sąsiedztwie  Taksim Square a jednak na boku , z lekka zapłakany , zapomniany , opuszczony , dający schronienie kilku kotom , które oczywiście pogłaskałem … . Stał tak w tym stanie wiele lat i stoi nadal . Nic się z nim nie robi . Umiera stojąc . Cichy , spokojny , przepraszający za to ,że jest , że trwa .

Gdy sobie z tego zdałem sprawę już wiedziałem – Stambuł nie kocha starych domów .

 

   

Chyba nie pojmę , nie zrozumiem dlaczego tak jest . Wojny , gruzy , bieda , chęć podtrzymania tradycji powodują , że na swój sposób staramy się zachować to co jest jak nam się wydaje najcenniejsze – ślady działalności tych co przed nami … także w architekturze .

W Stambule jest inaczej . Gnany tą swoją zachłannością , koniecznością przetrwania do której wiedzie jedyna chyba drogą – nieustanny rozwój pochłania wszystko i nieustannie co na tej drodze staje nie nadążając za resztą .

 

                                                        


Stoją domy , chore ,opuszczone , zapomniane pozornie bo przecież zainteresowani gruntami tylko czekają aż ich wartość spadnie  . Stoją zawstydzone tym , że obok inne , zadbane , czyste i chciane takimi jakimi są .

Nie jest to winą miasta ,kraju , ludzi . Tak naprawdę to tego nie ma . Można dostrzec cierpienia opuszczonych domów tylko dla tego , że stoją w Stambule . Dlatego je widać .

Około osiemnastu milionów mieszkańców , którymi można by obdzielić kilka innych europejskich państw .

Czy ktoś dostrzeże kilkanaście czy też może i kilkadziesiąt – na naszą miarę zabytkowych domów –  popadających w ruinę i to jednocześnie , tego samego dnia , że o godzinie nie wspomnę w Słowenii ,Czechach , Słowacji , Luksemburgu , San Marino , Mołdawii , Czarnogórze ?

 

                                                        

Dom jest ideą , Ideą wcieloną w życie dzięki pieniądzom inwestora , który oby zawsze miał ambicję tworzenia czegoś niezwykłego , czegoś co ma zachwycać swym pięknem , oryginalnością rozwiązań . Oby też zawsze miał szczęście trafić na architekta , który ma podobne ambicje by TWORZYĆ .

Może i tak musi być a Stambuł żyjący i funkcjonujący w tempie o jakim mu nie mamy pojęcia pokazuje nam co nas czeka . Może .

Mam tylko jedną prośbę .Zachowajmy jakieś wspomnienie … choćby zdjęcie … i nie

zapominajmy o twórcach …proszę … bardzo .