Prawdziwie listopadowy wieczór .

To jest możliwe tylko w listopadzie, a gdy mamy sporą dozę szczęścia to dopiero pod koniec tego miesiąca . Godzina 16.15 , za oknami wiatr , ciemno , deszcz , brzydko , a jednak ciszę się , że dopiero teraz dopadła mnie taka właśnie pogoda . Dzięki temu przebrnąłem przez ten miesiąc w miarę dobrym humorze , odpędziwszy skutecznie depresyjne zapędy moich myśli . Pomogła mi w tym także Wasza obecność Drogie Panie , jak i moje bieganie ( rym niezamierzony , miałem napisać mój jogging ? ) Jeszcze tylko grudzień , święta, sylwestrowe zamieszanie i już będzie z górki .

Tuż po 20.00 przestało padać , ubrałem się i poszedłem biegać . Biegło mi się nadzwyczaj lekko, przez chwilę nawet przebiegła w mojej głowie wesoła myśl , że mam skrzydła u ramion , która znikła z chlapnięciem buta w najbliższej kałuży . W ten oto sposób, już drugi raz w tym tygodniu pokonałem dystans ponad dziesięciu kilometrów . Niedawno był to mój życiowy rekord , a teraz niemal codzienny ” przebieg ” . Pokonałem barierę własnych możliwości . Kurcze , brawo ! No , ale w końcu między innymi po to zacząłem biegać , więc czym tu się chwalić .

Po bieganiu , prysznic , ciepłe skarpety , wełniane , robione na drutach , herbata                 ” dobra noc ” i siedząc przed laptopem zastanawiam się o czym napisać . Pomysłów było kilka . Na przykład o Rynku – wspomnienia z dzieciństwa , albo o Pi – liczbie , książce i zielonogórskiej restauracji, o której kiedyś już wspominałem ale krótko , a teraz była by fajnym letnim wspomnieniem . Myślałem też by napisać o tym ,że nigdy nie miałem wieży stereo Hi Fi i co z tego wynikało . Był też pomysł by napisać coś innego , co było fajne , a myśl o tym naszła mnie podczas biegania , ale zapomniałem co to miało być . Po jakimś czasie przypomniało mi się . Chciałem napisać , że odkryłem w sobie kobiecy pierwiastek, ale wówczas zapomniałem o tym, czy już kiedyś wspominałem o tym odkryciu . No i same problemy !

Pojawiła się też myśli , że może zaproponuję powyższe tematy , a Wy Drogie Panie i Szanowni Panowie ( o ile tu bywacie ), napiszecie o czym zechcielibyście przeczytać . To był dobry pomysł . Tak mi się przynajmniej zdawało do chwili gdy zadałem sobie sprawę z tego , że może wcale nie macie ochoty czytać takich rzeczy . Inaczej mówiąc zwątpiłem w siebie . Bardzo .

No i pozostałem w stanie niemocy wynikającej z niewiary w siebie , a tu już noc , godzina 23.45 , deszcz padał , wiatr wiał , listopad szalał , psy patrzyły w moje oczy mówiąc spojrzeniami , że czas na ostatni tego dnia spacer . Poszliśmy . Na dworze chłodno , mokro , wietrzenie , ale pusto , cicho , bezludnie , więc miło . Wróciłem do domu, wytarłem psy i siebie . Usiadłem na chwilkę w fotelu , nalałem sobie kieliszek miętówki , wypiłem i poszedłem spać .

Teraz , dnia następnego siedzę , czytam to co napisałem wczoraj i dalej nic nie wiem . Pora podjąć jakąś decyzję . To trudne , bo każdy z pomysłów wydaje mi się być kiepskim.

Najmniej kiepski to chyba ten , w którym poproszę Was o poradę , decyzję , co wybieracie?

Proszę o podpowiedź , a gdy ją otrzymam jutro zasiądę do klawiszy i napiszę o tym co wybierzecie . Nic innego nie przychodzi mi do głowy .

Przepraszam .

Reklamy

Wspomnienie , odkładam kamyczek .

Było lato ,  czas wakacji . Nie potrafię sobie przypomnieć , nawet w przybliżeniu ,czy był to miesiąc czerwiec , lipiec czy może sierpień . Nie potrafię sobie przypomnieć także tego, ile wówczas miałem lat . Piętnaście , szesnaście , a może siedemnaście ? Jakoś tak . W tym wieku  wakacje są długie jak całe lato , a lato może mieć ponad pół roku , a  może nawet więcej . Pamiętam czas , w którym moje lato i wakacje trwało  prawie całe życie. Nie to co teraz . Teraz lato ma kilka dni , a podobno za kilka lat moje lato będzie się liczyć w godzinach . Bywa .

Szczepan miał piłkę. Piłkę do nogi i to nie byle jaką bo dmuchaną . Taką z pomarańczową dętką i tego samego koloru wentylem , który wyciągało się przez sznurowany- jak w trampku – otwór . Miął tę piłkę , był synem kierownika szkoły , był królem . To on wybierał składy drużyn , był sędzią i decydował jak długo trwał mecz . Królem był do póki w piekarni nie otwarto drzwi , w połowie ich wysokości nie położono deskę, która stawała się ladą i z za której nie rozległ się okrzyk – „ chleb sprzedajemy „  – wydany przez pana piekarza , wielkiego jak prawie cały otwór drzwiowy , który chwilkę wcześniej wyłaniał się z ciemności piekarnianych wnętrz niczym biała mączna zjawa . To był koniec meczu i koniec Króla Szymona, do następnego dnia , do następnego spotkania.

Ryneczek otoczony był małymi domami , wieloma drewnianymi , kilkoma murowanymi  i małą kamieniczką . W kamieniczce mieszkała rodzina Wilkońskich . Pani Wilkońska , mała , drobna , krucha kobieta, z szlachetnym wyrazem twarzy i warkoczem złotych włosów , który niby wieniec oplatał jej głowę . Pan Wilkoński , chłop jak tur , o potężnej sylwetce dłoniach jak bochny chleba i policzkach czerwonych od wódki . Byli jeszcze Bartek i Wojtek , synowie . Prawdziwe wiejskie zakapiory o sercach gołębich , którzy nigdy nie uderzyli dziewczyny , młodszego , słabszego . Pierwsza ich bójka stoczona została w obronie mamy . W obronie przed pijanym ojcem . Bójka była wygrana . Twarda była . Dwóch gówniarzy , w moim wieku musiało dać radę i dało . Wspomagała ich determinacja i świadomość , że litości nie będzie , jeśli zdarzy się porażka . Od czasu owej bójki ojciec z synami nie rozmawiał .

Był też Tadek , chłopak przemiły , bardzo inteligentny o karnacji skóry , która powodowała , że wołaliśmy na niego Cygan .To było miłe wołanie .Bardzo go wszyscy we wsi lubili . Jego trzy siostry , starsze , gdy tylko dorosły do pełnoletności zostały porwane przez „ amerykanów „ . „ Amerykany „ to emigranci z Polski , którzy przed wojną wyjechali do Ameryki . Teraz wracali , oni , ich dzieci , targani tęsknotą .  Ich amerykańskie  urlopów .  Chwalili się dolarami, opowiadali jakie mają domy , samochody i telewizory . Potem porywali dziewczyny do Ameryki . Ślub , wesele trwające tydzień i pustka w domu . Samotność rodziców . Czasami dokuczaliśmy „ amerykanom „ gdy siedzieli w jedynej wiejskiej knajpie i stawiali wszystkim wódkę . Mieli za co . Dokuczaliśmy nieraz na całego, udając ich „ amerykańską” mowę ,  przedrzeźniając „ mam dolary , mam dolary „ . Bywało gorąco . Czasami trzeba było przez okno uciekać, a gdy jakiś „ Amerykanin „ puścił się za nami , w letnią ciemność nocy, do parku , w centrum ryneczku , pożałował . Bartek , Wojtek , Tadek , mój brat stryjeczny i ja byliśmy zgraną paczką . Bywało .

Włóczyliśmy się całe lato po okolicy , na rowerach jeździliśmy nad rzeczkę do młyna , gdzie skakaliśmy do wody wiele ryzykując , ale opatrzność czuwała . Chodziliśmy na Kolonię  gdzie mieszkał „ Głupi Jasiu”. Nie wiem dlaczego , ale kiedyś każda wieś miła swoje „ głupka „ . Oczywiście żaden z nich głupi nie był . Przeważnie albo nie dosłyszał, nie dowidział , kulał lub coś takiego . Przez to , że od dziecka byli „ głupkami „  i musieli walczyć o swoje , byli bardzo silni i bywało , że bezwzględni . Krew nam się z nosa polała nie jeden raz  . Potem nam przeszło , a Głupi Jasiu z Kolonii stał się naszym , starszym od nas ,przyjacielem .

Była też remiza , gdzie na moim magnetofonie szpulowym , Grunding  ZK120 , odtwarzałem nagrywane przez cały rok utwory , które teraz bawiły nas co wieczór . Za kotarą popijałem pierwsze kieliszki ciepłej wódki , nie zgryzałem , a tylko obwąchiwałem kawałek razowego chleba . Tak jak wszyscy . Jak była zabawa to i pierwsze szczeniackie bójki . O wszystko . O spojrzenie , o dziewczynę . Bójki „ na solo „ . Zwykle  takie „ bez ofiar i bez krwi „ . Prym wiedli oczywiście Bartek i Wojtek . Mnie na bójki nie pozwalali . Byłem ich gościem , byłem pod ich opieką .

Na rynku był przystanek PKS , szpalery parkowych drzew ,ławki , klomby kwiatów , wyżwirowane alejki , pomalowane wapnem krawężniki , kilka zielonych koszy na śmiecie . Wieczorem , tak tuż przed zmierzchem przychodziły panny . Nawet na nas , chłopaków siedzących na ławkach i grających w karty ,nie patrzyły . W kilka , często trzymając się pod ramię , dziewczęcą tyralierą  chodziły wokół rynku , prezentując się niczym modelki na wybiegu . My zaś je ocenialiśmy . Prawie zawsze były to oceny bardzo pozytywne , budzące w nas dziwne ognie . Bywało , że po zabawie w remizie siadło się na ławce przy „ swojej tego wieczoru „ pannie , położyło się na oparciu ławki , za jej plecami ramię i człowiek unosił się go gwiazd .

Były wsie sojusznicze i wsie wrogie . Jadąc PKS-em trzeba się było we wsi wrogiej schować się  poniżej linii okien, by wróg nas nie dostrzegł . Bywało , że wróg chciał osobiście sprawdzić czy w autobusie nie ma chłopaków z naszej wsi . Wówczas do drzwi skakali Bartek i Wojtek . Wróg stał na chodniku , a nogi Bartka było na wysokości ich twarzy . To wystarczało . Pamiętam Bartka wzrok . Zimny , opanowany , bez iskierki emocji . Ten wzrok często sam wystarczał . Z czasem została się tylko jedna wroga wieś . W pozostałych miałem rodzinę . Bardzo charakternych wujów i ich dzieci a moich braci i siostry. To starczało .

Leżeliśmy nad Strugą . Trawa jak dywan , którą niedaleko od nas skubały  gęsi , kawałek dalej pasły się łaciate krowy , a za nimi pasł się, na długim powrozie  zamocowanym do wbitego w ziemię kołka koń. Bartek palił . Łokciem wsparty na ziemi półleżąc opowiadał , że jak skończy 18 lat wyjedzie do Ameryki . Razem z Wojtkiem wyjadą . Do Ameryki . Patrzyłem w niebo . Było bardzo niebeskie . Zadźwięczał kościelny dzwon . Była niedziela. Msza . Poszliśmy .

Ksiądz miał czarną SHL-elkę , na baku której, czasami woził worek ziemniaków, otrzymany w ofierze od któregoś z parafian . Jego czarna sutanna powiewała na wietrze . Czarna . Jasny kolor kocich łbów , czarne opony , srebrne szprychy , czarny motor , sutanna , zakręt i już niebyło księdza  widać . Tylko słychać jeszcze było . Ksiądz był fajny , lubiłem go . Wchodził na ambonę i grzmiał , a grzmiał tak , że ludzie tylko głowy spuszczali i palili raka ze wstydu . Czasami spojrzał na nas , w stronę młodych , klęczących rzędem i z minami aniołków ,ale głowami dumnie podniesionymi i oczyma gorącymi, z zawadiackimi uśmiechami na twarzy ,  podnosił dłoń , usta otwierał jakby chciał cos powiedzieć , a potem machał dłonią z rezygnacją , raz ją jeszcze podnosił , ale tylko po to by palcem pogrozić .

Po mszy umówiliśmy się w parku , skąd mieliśmy iść na boisko grać w piłę . Wilkońsie , Cygan , Brat mój ,  Braćki z za Strugi -pierwsi do żartów i ja  . Przeszliśmy ciasnym , na jednego człowieka bokiem idącego przejściem, które niczym jasna szpara tkwiło  między czarnymi ,drewnianymi ścianami domów stojących wzdłuż rynku . Za nimi kilka luźno stojących domów , stodoła , a miedzy nią a nami ruiny , tylko fundamenty niemal ,jakiegoś zabudowania gospodarczego . Wokół nich , na trzęsących się nogach , wsparty na lasce , drobiąc jak maleńkie dziecko , stopę za stopą stawiając , chodził straszy mężczyzna . Taki dziadek już . Coś mamrotał pod nosem .

Zapaliliśmy . „ Te ! Wilkońsiu – jak cie ojciec z cygaretką w pysku zobaczy to dostaniesz łomot „ – powiedział mężczyzna siedzący na ławce między dwoma innymi , a stojącą w cieniu północnej ściany drewnianej chaty . Co on tak chodzi – zapytałem . On zawsze tak – odpowiedział Bartek . Jak to zawsze – ? No normalnie , odkąd tylko pamiętam . Po co ? kontynuowałem  – mnie pytasz ? Dym z nosa . Żydów tu spalili Niemcy – powiedział Cygan . Jak to ? Spalili ? Niemcy ? – pytałem jak najęty . No w wojnę , zagonili do stodoły , zamknęli wrota i podpalili , a kto uciekał to strzelali . Jak to ? No normalnie – odpowiedział Bartek , a potem dodał-  ja bym uciekał . Ja też , ja też , ja też … odpowiadaliśmy kolejno jakbyśmy odliczali . Te ! Wilkońsiu nie słyszałeś co mówię ? – zagadał raz jeszcze mężczyzna,co między dwoma innymi siedział . Czep się swego ogna – odpowiedział Bartek . To dlaczego on tak wokół tych murków chodzi – pytałem . Może tutaj spalili kogoś z jego rodziny ? – dociekałem . Jak z rodziny ? Zwariowałeś ? Jak by był żydem to by razem z innymi w stodole zginął – odpowiedział Cygan. No to czego on tak chodzi ? – nie ustępowałem . Skąd mogę wiedzieć ? – dodał Bartek , on zawsze tak – rzucił na koniec . Wikońsiu – opowiadaj jak mówię – tym razem głośniej i ze złem w oczach powiedział ów mężczyzna . Wstaliśmy wszyscy . Chcieliśmy iść . Dziadek przechodzący obok nas , drobiący stopa za stopą , uniósł laskę chcąc nas uderzyć . Zostaw – zakomenderował Bartek . Mówiąc to nie patrzył na nas . Patrzył w oczy owego mężczyzny ,który wstał i z kijem od łopaty zbliżał się do nas. Sys do tyłu , spadaj , powiedział jeden z Braćków . W życiu nigdy – odparłem. I czego się czepiasz głupku – zapytał drugi z nich . Jeszcze nic dziś nie wypiłeś i na rozum ci pada – dodał . Ja wam dam gnoje – rozdarł się na całego . Bartek stał jak skała , obok niego Wojtek , Cygan , Bi ja . Bałem się . Dziadek wydawał z siebie jakieś jęki i krzyczał – lej ich , lej ich . Mężczyzna podszedł z kijem , podniósł go do góry . Dwaj pozostali wstawali z ławki . W tym momencie nie wiadomo skąd pojawił się ojciec . Wilkoński . Podszedł z boku . Mężczyzna z kijem opuścił go ,a dwaj wstający z ławki usiedli na niej niemal równocześnie . Zgaście papierosy gówniarze – twardo powiedział ojciec . Bartek,  Wojtek zrobili to , a my za nimi . Odejdźcie – dodał . W życiu – podpowiedział Bartek . Jeśli kiedykolwiek tkniesz  któregoś z moich synów , albo któregokolwiek z młodych zabiję – powiedział Wilkoński . Rozumiesz ? Mężczyzna nie odpowiadał . Rozumiesz – powtórzył pytanie ojciec . Tak – padło w odpowiedzi . Dziadek ponownie uniósł laskę , zamierzając się na nas drobiąc stopami w miejscu . Zostaw ojciec ! – krzyknął ów mężczyzna .

*

Wilkońsie żyją dziś w „ Ameryce „ mają się dobrze, Cygan mieszka w Warszawie , Braćki mają potężne gospodarstwa , mój Brat też w „ Ameryce „. Kilka lat temu spotkaliśmy się . W „ naszej wsi „ .

*

Człowiek przez całe życie uczestniczy w przedziwnych sytuacjach , z pozoru nieistotnych , które nie powinny być przez niego zapamiętane , bo i po co ? Zapamiętuje jednak  niektóre z nich nie wiedzieć czemu . To jest jak zbieranie małych kamyczków do worka , który potem , przez całe życie dźwiga się na własnych plecach . I nagle nie wiadomo dlaczego czuje , że jeden z nich trzeba wyjąć i położyć przed sobą,bo to jego miejsce . I choć to tylko jeden z wielu małych kamyczków to jednak czuje ulgę . Jak ja teraz . Dziś odłożyłem jeden z kamyczków .

*

Dziękuję .

O książce . Bardzo fajnej książce .

No i oczywiście wstąpiłem do empiku . Wstąpiłem by się „tylko rozejrzeć „ i się rozejrzałem . Wyszedłem z książką pod tytułem „ Kot w pralce , salony Jerzego Iwaszkiewicza „ jego zresztą autorstwa . Choć w domu na półce ,czeka na swoją kolej Artur Andrus i jego „ Blogosławiony między niewiastami „ , a także Jerzy Plich ze swoim „ Dziennikiem „ , brnę aktualnie prze „ Złego „ Tyrmanda , mając w zaległości Cesarzy i Goeringa , oraz biografię Jana Potockiego autorstwa zafascynowanych nim dwóch Francuzów , to jednak nie wytrzymałem . Nie wytrzymałem i zapłaciłem wydawcy pana Jerzego 39,90 i teraz Tyrmand czeka , wszyscy , a więc i blog też trochę czeka , bo ja gdy mam tylko chwilkę , czytam literki pana Jerzego .

Pana Jerzego pierwszy raz spotkałem na Mazurach . To znaczy nie tak , że na Mazurach, On i ja . Co to, to nie . Pan Jerzy był na Mazurach, a ja przed telewizorem . Pan Jerzy nakłaniał wówczas  za pomocą cyklicznych audycji telewizyjnych do żeglowania , a ja w owym czasie, o ile dobrze pamiętam  potrafiłem samodzielnie wejść na pomost, w żeglarskiej przystani . Pan Jerzy , gdy na niego wówczas spoglądałem ,opisywał uroki Mazur , a były to uroki niebywałe , gdyż kamera telewizyjna oprócz uroków Krainy Wielkich Jezior , uchwyciła także  urok pewnej damy , która sądząc , że jest samotną, bez skrępowania niepotrzebnym w takich okolicznościach strojem kąpielowym, z pewnym ociąganiem – ta temperatura wody – zanurzała się w toń jeziora . To było coś . I było to jedne z piękniejszych ociągań jakich byłem świadkiem . Wspomniana przeze mnie audycja telewizyjna była jednym z impulsów dzięki którym i ja trafiłem na Mazury by żeglować . Były to czasy dla żeglowania cudowne . Burłaka , czyste bindugi , dalby , wieczorne ogniska , wspólne śpiewy , gitary , kodeks honorowy , a także żeglarski , który zakazywał gwizdania na wodzie , jednoczesnego używania żagli i silnika , prawy to był prawy , każdy umiał zszyć żagiel i wiązać węzły . Za plecami puszcza piska , stanica wodna Czaple była stanicą , prom chodził , na Gołdapiwo – by wpłynąć ,trzeba było iść po panią śluzową do jej domu we wsi . Panie Jerzy roztkliwiam się , ale mam jeszcze siły by powiedzieć    „ dziękuję „ za pański impuls .

Drugi raz miałem okazję poznać pana Jerzego i to już osobiście , na którejś z kolejnych edycji Targów Motoryzacyjnych w Poznaniu . Byłem w gronie osób , które pan Jerzy spotkał , kilku z nas znał a mnie przypadła okazja odwzajemnienie uścisku dłoni i przedstawienia się . Sys .

Pan Jerzy od lat pisuje felietony do Vivy , a ja je czytuję gdy moja córka zjedzie na włości z bagażem swych czasopism . Niemal zawsze wśród Wprost , Polityki , Przekroju i Newsweeka mogłem odnaleźć Vivęi wówczas szybciutko ganiałem na jej koniec by poczytać to co napisał pan Jerzy .

Pisać pan Jerzy potrafi . Jego profesor z liceum powiedział mu podobno kiedyś , że z taką umiejętnością języka polskiego to tylko felietony może pisać . No i pan Jerzy wziął to sobie to serce i pisze te felietony pięknie . Ja to jego pisanie bardzo lubię . Bardzo . Im bardziej wczytuje się w jego literki tym bardziej przypominają mi literki innego autora . Podobne serce do życia , dystans do siebie, ciepło dla czytelników , pasję do świata i ogromną tolerancję , oraz świetne poczucie humoru posiada moim zdaniem , co pokazał w książce pod tytułem „ Cafe Museum „ Robert Makłowicz . Gdy skończę czytać książkę autorstwa pana Jerzego , obaj autorzy staną obok siebie . Okładka w okładkę .

Proszę nie traktować powyższej mojej wypowiedzi jako recenzji , gdyż do głowy by mi nie przyszło kogokolwiek recenzować . Papierów na to nie mam , a i umiejętności także  . Chciałem jedynie polecić tę książkę , gdyż uważam , że jest tego warta .Chciałem także pokazać , ze są chwile w których się cieszę .

Dziękuję panu Jerzemu , oraz Wam moje Panie .

Moja mgła .

Kilka dni temu , moje szanowne Panie , które mają ten kaprys i odwiedzają moje blogi , zechciały opisać swoje przygody z mgłą, inne zaś wyraziły tym zainteresowanie. Zainspirowany tematem ,oraz pojawiającym się zaciekawieniem , postanowiłem dopisać swoją mglistą opowieść .

Dość długo trwało wybieranie jednej z nich , w końcu jednak decyzję podjąłem i teraz Szanowne Panie , Niewinny Czarodziej ma zaszczyt przedstawić opowieść , którą pozwoliłem sobie nazwać ‚ Moja mgła ” .

Czy Panie już siedzą ? Czy Panie mają w swej dłoni kubek z herbatą lub kieliszek wina ? Jeśli tak ,to zapraszam . Oto moja opowieść .

Dawno to było . Dawno na tyle , że włosy mi posiwiały , chyba troszkę zmądrzałem , troszkę się rozleniwiłem , stałem się z lekka konserwatywny i chyba także zbyt mało tolerancyjny – nad czym niezmiernie boleją . Było to w którymś z wczesnych lat osiemdziesiątych . Pamiętam to dobrze , gdyż do dziś pamiętam stos metalowych puszek piętrzących się obok namiotu , w którym pomieszkiwał żołnierz , pilnujący porządku stanu wojennego na Mazurach . Na cyplu przed kanałem wychodzącym z jeziora Kotek w stronę Tałt .Siedział ,czy też trzymał wartę , a może nawet całą stabilność układu warszawskiego , a przy sporej dozie szczęścia gdyby na którymś z jachtów płynął Jacek Kuroń , Adam Michnik , Lech Wałęsa – ojcowie założyciele Polski Niepodległej , mógł nawet trzymać stabilność ustrojową całego bloku państw komunistycznych oraz państw Trzeciego Świata , które w tych trudnych dla upadającego już kapitalizmu wręcz rwały się by przystąpić do bloku komunistycznego.

Przepraszam . Już wracam do mgły . Jesień . Tak to była jesień . Postanowiłem bowiem wybrać się na mazurski rejs w czasie przełomu września i października . Musiałem to zrobić . Wcześniej bowiem wiele się nasłuchałem o jesiennych Mazurach , oraz miałem już dość coraz wcześniejszych , niemalże pierwszomajowych już wypraw , które podejmowałem w akcie desperacji ,pragnąc uciec przed tłumami ” żeglarzy ” pojawiających się już w pierwszej połowie czerwca .

Szliśmy ( tak mówią żeglarze gdy płyną ) od Rucianego sterując w stronę Nidzkiego . Minąłem wyspy , Pranie imć Pana Ildefonsa Gałczyńskiego , którego wiersze  musiałem w szkole średniej dokładnie poznać , gdyż Panna Marysia bardzo Go ceniła, a ja ceniąc ową Pannę – w owych czasach tak się robiło  – zdobywałem jej serce cytując fragmenty Teatrzyku Zielona Gęś lub fragmentów Zaczarowanej Dorożki .

Wracając do mgły . No wielka była ta mgła . To znaczy bardzo gęsta . Ja jednak przeświadczony o swej znajomości Mazur , ich wód , postanowiłem w niej iść. Wiedziałem co mnie czeka . Po prawej Krzyżacki Róg , po jego przeciwnej stronie , a mojej lewej podobne wypłycenie . Wiedziałem , że gdy poczuję na prawym policzku chłód to będę na wysokości Zamordeji Wielkich . Wówczas starczyło odbić lekko w lewo , po jakimś czasie i już powinienem wchodzić na Zamordeje Małe , czyli do domu .

Ten jesienny czas to wczesna noc , wczesna ciemność . Nie dość więc , że miałem mleko przed oczami to do tego jeszcze mleko to pływało w nocnych ciemnościach . Taka kawa z mlekiem . Spróbujcie moje Panie dojrzeć dno filiżanki gdy z niej zaczynacie pić kawę cappuccino , a dowiecie się o czym mówię , to znaczy … piszę .

Kajtek usiadł na dachu kabiny i zgodnie z żeglarskich obyczajem świecił latarką na białą płachtę grota . Płynęliśmy nocą , a więc wbrew przepisom , ale przygoda pachniała tak mocno , że nas tym zapachem obezwładnia i postanowiliśmy iść na całego . Wiatr był bardzo słaby więc nie było zagrożenia . Były za to wspomnienia . Sycho , a pamiętasz jak … , Kajtek , a pamiętasz jak … . Wzmacnialiśmy gęstość mgły  paląc Carmeny , a przenikający nas chłód herbatą z rumem . Tak cudnie szumi kuchenka gazowa w jachtowej kabinie , tak pięknie świeci światło lampy gazowej . Ta na ciepło , na złoto . Jak piękne wygląda wnętrze kabiny, oświetlone tym złotym blaskiem . Ech wspomnienia .

Coś zaszurało pod dnem . Szedłem pełnym , więc miałem podniesiony prawie cały miecz i połowę płetwy sterowej . Trzciny – poinformował Kajtek od dziobu , oświetlając powierzchnię wody światłem latarki . Domyśliłem się , że jestem na wysokości Krzyżackiego Rogu . Byłem prawie w domu .

Dobiliśmy do brzegu . Zmęczeni , ale nie na tyle by usiąść w kokpicie , opatuleni w śpiwory . Między nami na desce stała lampa gazowa , butelka wódki , leżały zapalniczka i papierosy . To była długa i biała noc . Noc pełna niesamowite ciszy , takiej którą potrafi zakryć świat tylko mgła . Noc naszych wspomnień . Nigdy wcześniej ani nigdy później, nie uczestniczyłem już w tak cudnej przygodzie .

Rankiem gdy odsunąłem klapę zejściówki , przetarłem zmęczone oczy , spojrzałem na okolicę . Świeciło słońce , było ciepło , a lasy płonęły niesamowitymi kolorami pełnej już jesieni . Kajtek ! Kajtek ! Wstawaj zobacz jak pięknie !

Może gdzieś tam teraz żeglujesz w mgle chmur w niebiesiech , może widzisz i czujesz to co wówczas widzieliśmy i czuliśmy razem .

Moja Mgła .

Dwa dni w podróży i troszkę więcej myśli.

Nie mam tego zdjęcia !                                                                                                             No nie mam tego zdjęcia gdyż nie mogłem go zrobić . Sceneria , widok , mniej więcej taki: wzgórza , na pierwszym plenie kilka brzóz , które ” w żółtych płomieniach liści , prześlicznie się dopalały ” , dalej czerń skib , świeżo przeoranej ziemi,i kilkanaście wiatraków , których wielkie śmigła mieliły powietrze produkując prąd . Z perspektywy ujęcia kilka z nich , stojąc w jednej linii kręciło się tym samym rytmem co sprawiało niesamowite wrażenie , które potęgowało zachodzące za grzbietem wzgórz słońce . I co ? Pytanie, dlaczego nie zrobiłem zdjęcia ? Bardzo proszę , oto odpowiedź . Siedziałem w samochodzie , który z prędkością ok 180 km/h jechał w głąb Nieniec, na autostradzie , bez szans na zatrzymanie się . Teraz mogę sobie tylko o tym popisać .

Powód do dumy !                                                                                                                 Jadąc autostradą A2 , przekraczając granicę dostrzegam , że Niemcy mają gorzej ! Stacje paliw naszego Orlenu ,są ładniejsze i nowocześniejsze od niemieckich , nasza autostrada jest nowocześniejsza , ekologią bije niemieckie na głowę .

Powód do złości !                                                                                                               Siedząc w hotelu przeglądam internet , wiadomości z kraju . 11 listopada , święto narodowe . Refleksja – chyba niczego nie potrafimy uczcić . Cóż …jaki naród takie święto? Czy może jacy ” narodowcy ” takie święto .

Powód by mieć powód , ale go nie mam !                                                                               Nie wiem co, jest ze mną nie tak . Wypracowałem wielką rzecz . Firma , którą reprezentuję, została własnie jedynym przedstawicielem niemieckiej firmy o europejskiej renomie w Polsce .  Naprawdę powód do dumy . Ja jej zaś nie mam . Nie mam jej podobnie jak nie mam w sobie uczucia radości , zadowolenia , satysfakcji . Coś mi tu nie gra . Może dlatego , że moje myśli zaprząta coś innego, coś co może być ważniejsze i dlatego to spore przecież osiągnięcie przed sobą minimalizuję ? Szkoda , że nie żyję w moim ukochanym XIX wieku . Szkoda , że nie żyję w Wiedniu . Poszedłbym do Zygmunta Freuda i bym się dowiedział coś niecoś o sobie , a nawet jeśli nie ,to wypiłbym sobie kawę po wiedeńsku . Być może w jego towarzystwie . Bywa czasami , że jestem uroczym facetem i na pewno profesor by mi nie odmówił .

Anioły .                                                                                                                                       Bardzo się cieszę . Mógłbym nawet napisać , że „strasznie” się cieszę ale jakoś to słowo do aniołów , a także do okoliczności nie pasuje . Tak czy siak , bardzo się cieszę, że garstka moich Aniołów Stróżów przyczyniła się do czegoś dobrego . Niby nic , gdyż to ich ” robota ” ale zawsze coś . Aniołki – kocham Was !!!

Lornetka .                                                                                                                               Książę przez dwa wypytywał wszystkich , gdzie jestem . Jak mogłem wyjechać , zabrać laptopa , telefon ?! Czy ja na pewno wrócę ? Dobrze , że przywiozłem ze wsi lornetkę . Stawał w oknie i przez ten przyrząd optyczny mnie wypatrywał . Wzruszyłem się .

Słabości moje .                                                                                                                         No właśnie . Czy ja nie mam ich zbyt wiele ? Ostatnio doszła ckliwość. To już jakaś przesada ! To takie ” nie męskie ” , dołujące , depresyjne i ” staroświeckie „. Sam siebie zaskakuję , szkoda tylko  , że takimi zachowaniami .

Zaskoczenie .                                                                                                                       Spojrzałem w prawo , w dół , na dolną półkę książkowego regału . Co to ? Dwa grzbiety , na sztywno oprawionych zeszytów w kratkę . Na tych pokratkowanych stronach moje zapiski z 1998 roku ! To ja ! To moje słowa ! Zapisane wiecznym piórem marki Pelikan , czarnym atramentem . Czytam . Uśmiecham się . Kiedyś to ja …ho ! ho !

Kończę .                                                                                                                                  Kończę , przepraszam . Czas na rok 1998 . Powspominam sobie .Pa.

O kubku , czyli właściwie od spodni powinienem zacząć .

Tak się złożyło , że szykując się do ważnego wyjazdu i takiej samej ,związanej z nim wizyty , sięgnąłem po garnitur . Ponieważ , ponad dwadzieścia moich koszul ( tak, tak , przyznaję się , na tle „ kosziuli „ mam nierówno pod sufitem , hopla , fioła , czy jak to nazwać ) mocno rozpycha się w szafie ,to garnitury w niej wiszące, są z lekka zdeformowane . Nie potrafię  prasować marynarek ,najprostszą więc metodą ,poprawienia wyglądu garniturów jest oddanie ich do czyszczenia .Tam,w pralni chemicznej, nie tylko,że zostaną wyczyszczone  – tego nigdy nie za wiele – ale i wyprasowane .                  Przy okazji oglądania spodni dostrzegłem , tuż przy krawędzi tylnej kieszeni, dziurkę . Taką na mały palec , która stała się pierwszym ogniwem sporej długości łańcuszka , którego ostatnim ,stał się zakup zielonej herbaty , nie pobudzającej , jedynej takiej . Kubek kupiłem chwilę wcześniej .

W centrum handlowym , które odwiedzam najczęściej, znajduje się punkt usług krawieckich i pralnia chemiczna, czyli wszystko to, co potrzebne by naprawić  stan i poprawić wygląd mojego garnituru .Tak naprawdę to nie tylko , że wszystko ale i więcej . W centrum owym ,znajduje się bowiem mój ulubiony empik  i kilka ciekawych sklepów w tym H&Y . W taki oto sposób ,ratując moje spodnie miałem także okazję, podratować sam siebie, kupując sobie coś co mogło  poprawić mój nastrój . Tak się bowiem składa , że mam w sobie ten kobiecy pierwiastek , nie jedyny zresztą, który sprawia , że lubię podratować się  zakupami i nie muszą być to wielkie , czy nawet zwykłe zakupy . Najczęściej jest to mały drobiazg , który na spory czas, przywraca mnie do równowagi .

Pani w zakładzie , czy też raczej punkcie krawieckim spojrzawszy na dziurkę w spodniach przewróciła oczami , załamała ręce , wydęła warki , wzruszyła ramionami , cofnęła się o krok i spojrzawszy mi w oczy rzekła stanowczo – nie ! Dlaczego ? – zapytałem . W odpowiedzi usłyszałem, że takich dziurek w spodniach od garnituru panie nie naprawiają , bo zostaje ślad , materiał słaby , jak to przy garniturach , klienci potem psioczą , narzekają , są niezadowoleni i mają pretensje , że „ zepsuto „ im garnitur . No i widać będzie – dodała pani krawcowa na zakończenie , kładąc spodnie na ladzie . Chwyciłem spodnie i podsunąłem je  na ladzie w kierunku pani . Cofnęła się i raz jeszcze dodała – widać będzie . Lada stała się murem , fosą , formacją obronną za którą stała stanowcza czy może nawet z lekka już zdesperowana pani krawcowa . Ja jednak byłem zdesperowany nie mniej , a może nawet więcej . Z obrony przeszedłem do ataku . Muszę pani powiedzieć , że nigdy , przenigdy , gdy jestem ubrany w garnitur nie zdejmuję marynarki . Nigdy . No chyba , że się rozbieram . Tak więc  nie będzie widać – rzekłem  stanowczo ,a dla wzmocnienia efektu dodałem – nie będzie ! Pani milczała . To był ten moment ! Nie wiedziała jak oponować . Była w defensywie . Była moja . Uśmiechnąłem się tylko z lekka , tak kącikami ust , spuściłem wzrok na spodnie leżące na ladzie i prawie szeptem powiedziałem – proszę ? . Och i co ja mam z panem zrobić ? Nie podniosłem wzroku  znad spodni i dlatego zobaczyłem jak dłoń pani krawcowej zabiera je z lady .Po chwili dał się słyszeć charakterystyczny stukot maszyny do szycia . Byłem uratowany . Gdy płaciłem, pani powiedziała – ale z pana czarodziej . Troszkę tak – odpowiedziałem . Pożegnałem się . Zamknąłem drzwi . Przez ich szklaną taflę widziałem uśmiech pani krawcowej .

No ale miało być o kubku . Tak więc, gdy uporałem się ze spodniami ,udałem się do kawiarenki, znajdującej się tuż przy empiku ,stanowiąc tym samym, w sposób dla mnie  niejako oczywisty – punkt odpoczynku . Ponieważ nie powinienem pić kawy ( ciśnienie )  to jej nie pijam, za wyjątkiem sobót i niedziel . Zamówiłem więc herbatę ,zieloną . Próbowałem pijać ją wcześniej ale mi nie smakowała. Od jakiegoś czasu jednak ,mój smak się nieco  zmienił i zielona herbata stała się moim ulubionym kawiarnianym napojem . Przyznam ,że  miło spędzam czas w tym miejscu . Mają tam  wygodne secesyjne  kanapy, z których oglądam sobie ludzi . Czasami bywa ciekawie . Bywa też , że czytam , czy też raczej zaczynam czytać kupioną wcześniej w empiku książkę , zafunduję sobie sernik , a kiedyś, gdy wolno było palić w miejscach publicznych, a ja paliłem papierosy, to je tam paliłem . Teraz nie czytałem ,gdyż do empiku dopiero miałem zamiar się udać .                                                     Ostatnia kropla zielonej herbaty zwilżyła moje gardło , zapłaciłem i już po chwili mój wzrok omiatał grzbiety książek . Tym razem książki , której szukałem nie było . Znalazłem za to notatnik , z czarną tekturową okładką , formatu A5 , z kartkami w kratkę , które choć nowe, wyglądały na stare . Jak on mi się spodobał ! Tak bardzo , że go kupiłem . Trzymałem go z czułością ,widząc niemal jak spoczywa na moim biurku , otwarty , rozłożony ,a na jego kartkach leży pióro wieczne . Pióra nie miałem . Niestety . Może kiedyś  kupię sobie wreszcie , swoje wymarzone .  Nieważne . Notatnik już miał swoje przeznaczenie. Będę w nim zapisywał swoje , pomysły , krótkie uwagi i takie tam – postanowiłem .

Wracając jednak do kubka . Zaraz za kawiarnią , za sklepem zoologicznym i jeszcze jakimś innym, znajduje się H&Y . Lubię tam zaglądać . Mają ciekawe wzornictwo , krótkie serie, dające gwarancję, na pewien chociaż stopień indywidualności ,w tym czym możemy sobie wyposażyć lub  przyozdobić dom. Jakieś pół roku temu kupiłem tam , między innymi kubek . Taki śniadaniowy . Urzekł mnie pasującym do mojej dłoni uchem , wagą oraz wzornictwem . Był prosty , cylindryczny i w kratkę . Teraz też spostrzegłem kubek . Był inny . Lekki , też z fajnym uchem i choć nie z cylindrycznym kształtem to jednak ciekawy . Chwyciłem go w dłoń i natychmiast poczułem , że jesteśmy parą . Do kasy !

Szedłem sobie lekko , pogwizdując pod nosem , ściskając w dłoni kubek a pod ramieniem notatnik . Czułem się jak bogacz . Dopiero po chwili zadałem sobie pytanie ,co w tym kubku będę pił . Co prawda napis na kubku głosił , że z herbatą życie jest proste , czy też może być prostsze ,to jednak ja jeszcze z niego herbaty nie piłem i teraz miałem problem , czyli jeszcze nie wszystko było takie proste jak bym chciał . Do czasu aż dostrzegłem sklep – TEA . Uśmiechnąłem się . Wszedłem , a pani widząc mój uśmiech odwzajemniła się swoim . Mam w domu taki szklany pojemnik z przyciskiem do parzenia herbaty , przed chwilką kupiłem sobie kubek , a teraz przyszedłem do pani po herbatę – zakomunikowałem dumnie . Jaką ? – padło pytanie , a ja spojrzawszy po półkach , koszykach , pojemnikach w kilkudziesięciu typami herbat bezradnie odpowiedziałem – nie wiem . Pani uniosła brwi a ja odczytując w tym geście pytanie , zapytałem – ma pani herbatę zieloną ale taką nie pobudzającą, uspakajającą wręcz  ? Pani uśmiechnęła się i odparła – mam .Jeden gatunek .No to poproszę . Małą torebkę. No ,jeszcze taką na dobry sen, dobrze  ? – zapytałem . Mam kilka takich mieszanek – padło w odpowiedzi . Poproszę o taką , po wypiciu której zdążę dojść do łóżka i nie zasnę wcześniej w fotelu . Pani roześmiała się , a gdy została przeze mnie przekonana, że ja naprawdę nie znam się na herbatach , przyszykowała następną paczuszkę , na której napisała pisakiem – Dobra Noc.  Przez następne kilka minut zostałem przeszkolony w tym jak parzyć i , że najlepsza herbata jest z drugiego parzenia .

Tak to mniej więcej było .

 

Wieczorna mieszanka .

Najpierw się pochwalę . Właśnie przebiegłem ponad dziesięć kilometrów . Dla mnie to wiele . Bardzo wiele . Przeżyłem ! Od jakiegoś czasu mam taką swoją wiarę , wiareczkę , małą wiarkę , która mówi mi , że póki biegam , zdrowie mam i będzie dobrze . Wiem , że to z lekka , a może nawet bardzo naiwne ” sądzenie ” . Dające jednak nadzieję i wiarę , a tego mi trzeba .
No .
Mam też inny powód do pochwalenia się . Mój kolega ,postać wielowymiarowa , a nawet renesansowa kończy nagrywać płytę z pieśniami Przemysława Gintrowskiego , za jego zgodą , aprobatą . Przedwczesna śmierć Wielkiego Barda mocno nas wszystkich zaskoczyła . Żal . Panie Przemysławie …. .
Kolega zdecydował się zamieścić na okładce płyty moje zdjęcia , które oczywiście bezinteresownie w tym celu ofiarowałem twórcy.
Jestem zaszczycony .

*

Ten sam kolega , przeczytał mi list do innej osoby . Oj , Ach ,Och ! Jak mi zaimponował treścią , kulturą słowa , jego szanowaniem , wyrazistością myśli . Jak mówią młodzi -” klękłem „.
Bardzo mocno zastanawiam się czy powinienem pisać . Po takiej lekcji . Mam temat do przemyślenia .

*

Odwiedzam blogi . Wasze blogi , Moi Mili . Zazdroszczę . Tak wiele robicie , planujecie , rozumiecie , zmieniacie , jesteście , a ja ? Tylko się nad sobą użalam . Wstyd ! No normalnie wstyd mi !

*

Listopad . Szaro . Ja mawiał, niezbyt po ” polskiemu „, pewien mój znajomy, stosujący własną składnię ,oraz odmianę języka polskiego – najszajrzejszy – z miesięcy . I co z tego ? Minie . Minie jak kilka następnych miesięcy , a po nich już tylko lato , lato i lato !

*

Coś mnie podkusiło i zajrzałem w zakładkę ” Ranking „. Więcej nie zajrzę .

*

Byłem w H&Y . Kubek kupiłem . Taki do herbaty kubek . I to był początek . Reszta jutro .
Pozdrawiam .