Cieszyńska Bajanka cz. 62, czyli kontynuuję, to znaczy staram się to robić .

Cóż – pomyślałem sobie . Zaraz po tym jak to sobie pomyślałem to pomyślałem także o tym , że czasem pomyśleć sobie to dobra rzecz . Tak prywatnie dla siebie tylko , dla swojej wiadomości , takie tam – myślę więc jestem .

Malarz Porwasz okazał się być spostrzegawczym . Zauważył mój stan ducha . Pewnie czasami sam w takim bywał , chyba zresztą o tym wspomniał . Co z tą moją pamięcią?

Twarze : Burmistrza , Bankiera Goldengelda , Księgarza , Doktora Zdrovwotnego, von Jagera , Malarza Porwasza , Młodego Ericha , a także twarz Ober Kelnera wyrażały zaciekawienie , a nawet lekkie zniecierpliwienie . Nagle zdałem sobie sprawę , że moje słowa mogą być chciane i mogą być wysłuchane . To dziwne . Aż tak ? – pomyślałem sobie kolejny raz .

Przemówiłem w końcu . Ile można myśleć , a zwłaszcza myśleć sobie , To takie nie na miejscu i nie eleganckie .

Panowie – zacząłem , co zważywszy na towarzystwo w jakim się znajdowałem było jak najbardziej na miejscu i właściwe . Tak się składa- kontynuowałem – , że Wy w swoich osobach jesteście tymi , którzy ” znaczą szczęście ” . Kiedyś o mnie zwano ” KAS znaczy szczęście „. Było . Już tłumaczę co mam na myśli. Pieniądze – Pan Bankierze , zdrowie – Pan Doktorze ,wiedza – Pan Księgarzu , smak i zmysły – Pan von Jager , sztuka – Panowie Powrasz i Erich . Razem jesteście dla wielu ludzi synonimem szczęścia . Nic tylko być wami wszystkimi w jednym i już jest się wiecznie szczęśliwym . Po wsze czasy.Tylko jak to do diabła zrobić ? Panowie !

Śmiech rozległ się gromki . Radość na twarzach moich rozmówców . Polało się wino i dało się słyszeć – prost . W ruch poszły papierośnice i błysk zapałek jawił się jako taniec szczęśliwych ogników .

Pan Przyjacielu Baronowej , Kolekcjonerze Aniołów Stróżów – przemówił Młody Erich – zdajesz się być dość osobliwą osobą . Przyznam , że wzbudzasz mieszane uczucia . Potrafisz rozbawić , zaciekawić ale także potrafisz wpędzić człowieka w stan raczej niepokojący . Niepokojący być może dlatego , że do tej pory nie znany . Nie wiem . To chyba dobrze .

Dość – powiedział mówca sam do siebie . Ja chyba wiem co jest potrzebne Przyjacielowi Baronowej by być szczęśliwym .

O! wypowiedziane z takim specyficznym angielskim akcentem przez wszystkich łącznie ze mną i chyba okraszone lekkim jak poranna , odchodząc mgiełka znakiem ” ? ”  zachęciło Młodego Ericha do kontynuowania wypowiedzi , Po chwili dały się słyszeć jego słowa – Panu do szczęścia potrzebny jest Orzeł Bielik i wielu innych szczęśliwych ludzi !

Przyznałem . Miał rację ! Gdy tylko przyznałem ową rację padło gromkie , a nawet bardzo gromkie prost i wzniesienie kieliszków w górę po czym Młody Erich odezwał się . Opowiadaj Pan .

Cóż było robić ? Zacząłem opowieść .

Cieszyńska Bajanka cz. 61, czyli Pan Burmistrz Magicznego Cieszyna zauważa , a ja będę kontynuował w następnej bajance .

Chciałem zauważyć – przemówił Pan Burmistrz – , że poruszył pan dość czułą strunę . Ba! Nie tylko ją poruszył co spowodowało , że dźwięk jak wydała odbił się z zwielokrotnioną siłą z pudła rezonansowego jakimi dla niego są nasze : serca , dusze , wspomnienia , przytłumione biegiem czasu emocje . Chciało by się powiedzieć : tak nie można , tak się nie godzi , a nawet czując wzbierające we mnie emocje zakrzyknąć, niemal czując za sobą powagę naszego stanowiska – co było by jednak jego nadużyciem – nie pozwalam ! Nie zrobię tego jednak .

Burmistrz zrobił sobie pauzę , uniósł w górę kieliszek , spojrzał przez czerwień jego zawartości na światło lampy zawieszonej nad stołem , przymknął oczy , odstawił kieliszek na stół , zrobił dziwny gest dłonią i powiedział – zresztą .

Wszyscy unieśliśmy brwi nad jednym okiem , jedni nad lewym inni nad prawym aby delikatnie i subtelnie wyrazić swoje nie tyle zdziwienie co zaskoczenie ? Nie wiem czy Burmistrz to zauważył . Chyba nie . Nie przyglądał się nam , naszym twarzom jak zwykli czynić to ludzie , którzy z kimś rozmawiają . Miał wzrok wpatrzony w biel obrusa .

Cóż bywa pomyślałem sobie i nie rozwinąłem tej myśli gdyż Burmistrz odezwał się ponownie .

– Panowie , zaiste miała rację owe młoda Dama . Faktycznie ! Teraz to do mnie dotarło ! Nasz Przyjaciel Baronowej … . Zauważyłem to ! Nasz Przyjaciel Baronowej dostrzega , porusza się w świecie opisanym skrajnościami . Dla niego – z całym szacunkiem dla Pana , dodał – szczęście jest lustrzanym odbiciem nieszczęścia . Najpierw trzeba być smutnym aby móc się cieszyć? Trzeba być samotnym by znaleźć pocieszenie wśród innych samotnych ? Tak nie można mój panie . Przecież tak myśląc można popaść w obłęd ! Oczywiście jest kilka zwrotów , które w jakiś sposób , lepszy lub gorszy próbują opisać szczęście . Na przykład : szczęście niebywałe , szczęście w nieszczęściu czy też szczęśliwym trafem lub , szczęście wyjątkowe . Pan zaś pokazuje nam , że szczęście jest bliźniaczym rodzeństwem nieszczęścia ? Już powiedziałem . Tak nie można . Tą drogą można popaść w obłęd . No Panie Szanowny ! Nie każdy kot i pies idący wzdłuż drogi zostanie potrącony przez powóz ! Nie każdy chory umrze . Przecież świat jest jaki jest i nie mamy szans ułożyć go według swych praw . Możemy natomiast przeżyć w nim , tym świecie , kilka miłych chwil . Nie szukajmy szczęścia na siłę i nie czekajmy go . Coś mi się wydaje , ze szczęście to taki stan , byt ? , taka świadomość , która znajdzie nas samo , kiedy tego zechce . Nie wiem . Chyba się zagalopowałem . Powiedziałem kila słów za dużo ? Jeśli tak to przepraszam . Widać sam mam problem z już nie z zdefiniowaniem szczęścia ale także z zrozumiem gdy ktoś o tym mówi tak jak pan Przyjacielu Baronowej.Dlatego przepraszam i już kończę prosząc by zabrał pan ponownie głoś .

Cóż było robić – pomyślałem . Przyznam się teraz także do tego , że nie bardzo wiedziałem co powiedzieć . Zaczęło do mnie docierać to iż chyba zbyt wysokie loty sobie zafundowałem, że ma rację Burmistrz mówiąc o obłędzie , że loty powinienem obniżyć . W innym bowiem przypadku skończę jak Ikar . Niżej kolego , niżej . Przecież Ikar leciał ku słońcu czyli chciał posiąść szczęście na własność . Ech .

Panie Kolekcjonerze Aniołów Stróżów – usłyszałem – czy zechce pan do nas wrócić – odezwał się Malarz Porwasz . Znam ów stan w jakim pan przed chwilką się znajdował , a znając go postanowiłem się odezwać . Malarz Porwasz uśmiechnął się i dodał  – skoro już pana wyrwałem z ramion , które mają moc magiczną pozwolę sobie coś  zaproponować. Niech nie każe nam pan czekać . Prosimy o ciąg dalszy pańskich rozważań .

 

Cieszyńska Bajanka cz. 60, czyli przytaczam przykład szczęścia . Może niezbyt ” szczęśliwy ” ale zawsze to coś .

Wspomniałem o przygodzie z końmi aby pokazać pewne moje rozdwojenie, o jakim wspomniała owa młoda Dama . W jakimś sensie miała ona rację ,gdyż zawsze dostrzegam coś pesymistycznego w chwili gdy nawiedza mnie optymizm . Tak samo jest ze szczęściem . Nie ma bowiem według mnie szczęścia absolutnego . Zawsze znajdziemy w myślach coś co pokaże nam , że jednak to szczęście nie jest takie oczywiste .  Przykład ? – zapytałem i jak się to mówi – powiodłem oczami moimi po oczach współtowarzyszy , a wyczytując w nich zaciekawienie postanowiłem przykład , a nawet ich kilka przytoczyć .

Proszę bardzo oto one – zakomunikowałem i zacząłem je opisywać .

Wyobraźmy sobie panowie taką oto sytuację . Mamy zjazd absolwentów .Czekamy nań niecierpliwie . Wspominamy , rozczulamy się , nagle tęsknimy do „ tych czasów „ i „ tych chwil „. Układamy sobie w myślach co powiemy „ Jej „ , gdyż przecież wszyscy tutaj zebrani wiemy dobrze , że „ Jej „ zabraknąć nie może i , że wreszcie teraz powiemy „ Jej „ to czego wcześniej być może we właściwym , a może nawet najwłaściwszym momencie powiedzieć się nie odważyliśmy , gdyż nasze marzenia były wówczas według nas zbyt śmiałe , a może zdławił nas zwykły wstyd gdy Ona parzyła w nasze oczy jakoś tak dziwnie śmiało i odważnie , staliśmy razem na schodach , na półpiętrze , słońce igrało z nami wpadając przez okno wypełnione pysznym witrażem , jej usta były tak lekko rozchylone , uśmiech jej prowokujący i nagle zdawaliśmy sobie sprawę , że brak nam odwagi .

 

Nagle zdawaliśmy sobie sprawę , że Ona pewnie chce , ona woli , ona pragnie innego , że my jej nie damy tego czego ona oczekuje i nagle galopadą dopada nas wielkie stado naszych kompleksów i jak to się moi panowie mówi : kicha , kupa , dupa , nici z tego , fiasko , szlag trafił , cholera jasna , do diabła z tym , że już nie przytoczę innych które bardzo nie przystają ale znaczą to samo . Mistrzami w takich sytuacjach są Anglicy , którzy w takich sytuacjach mówią do Niej –  „ o „ z tym swoim angielskim akcentem i zaraz po nim dorzuciwszy „ sorry „ mijają Ją i odchodzą jak gdyby nigdy nic . Co my zrobiliśmy ? Nam oczywiście zabrakło mowy , śliny w gardle, wywaliliśmy te nasze gały i staliśmy jak te kołki . Ona zaś uśmiechnęła się uroczo lecz nie do nas , a do tego co właśnie na nią czekał na dole , przy końcu biegu schodów , a nam rzuciła tylko – przepraszam , myślałem , że … nic to , wybacz ktoś na mnie czaka – i już lekko stopień po stopniu jak prawdziwa baletnica schodzi schodami do tego „ gnojka jednego „ , nam rzucając tak gdzieś w połowie schodów  , spojrzenie bardzo pożegnalne po którym tak zawirowała włosami odwracając się w stronę „ tego gnojka „, że nam serce stanęło i umarliśmy stojąc. Na szczęście  cudem jakimś i niewątpliwie wielkim , powróciliśmy do życia i teraz , wsparci latami doświadczeń , mądrością okupioną siwymi włosami , które – co dobrze o tym wiemy – dodają nam wdzięku stoimy przed bramą do szczęścia . Teraz to mu już wiemy co Jej powiemy . Mało tego , teraz to my wiemy także jak Jej to powiemy . Teraz to my nawet mamy tę pewność , że jak Jej to powiemy to Ona będzie nasza .

Nadchodzi dzień , czas , jest już ta chwila i jesteśmy już na zjeździe absolwentów . Stoimy w tłumie , rozmawiamy i … oczywiście , że szukamy Jej wzrokiem , a mamy co robić gdyż Ona przecież była w innej klasie , na innym roku , czy też w innej grupie . Szukamy i wodzimy , wodzimy i szukamy i nagle jest ! Mamy !

 

Mamy kontakt wzrokowy ! Jej oczy , usta  figura nic się nie zmieniły . Och , Ach , Ech ! Jej usta rozchylone jak wówczas , czekają , jej oczy jakby zapłonęły specjalnym blaskiem na zetknięcie z naszym spojrzeniem , jej cudowne piersi zafalowały – wiedzieliśmy to przecież ! – dając nam znak , że jesteśmy mile widziani , potrzebni , niezbędni , że jesteśmy tym jedynym , że Ona wie iż wówczas popełniła błąd nie dodając nam śmiałości i teraz nam tę śmiałość da , ofiaruje , gdyż jej związek z „ tym gnojkiem jednym „ jest jedną wielką pomyłką . Co tu dużo mówić panowie – raz jeszcze spojrzałem po oczach i twarzach moich towarzyszy i zobaczywszy jak są one zastygłe, zaczerwienione i nawet zamarłe zakończyłem mówiąc – Ona jest już nasza !

Tak , tak , tak , tak , tak , tak – padło z ust zebranych wespół przy stole w restauracji „ Pod Brunatnym Jeleniem  „ , której właścicielem jest pan Von Jager . Padło z tych ust tylekroć słowo „ tak „, że mnie nie pozostało nic innego jak raz jeszcze powiedzieć , powtarzając się przecież – Ona jest nasza !

Jacy jesteśmy szczęśliwi ! Jak nam skoczył poziom testosteronu i hormonów szczęścia ! Jak nabraliśmy odwagi ! Inaczej mówiąc spełniliśmy wszystkie warunki by osiągnąć szczęście i to te z najwyższej półki – absolutne . I … i… i w tej samej chwili czujemy dłoń naszej jedynej miłości na swym ramieniu , czujemy jej drżenie , stygniemy jak lawa , którą pokrywa lodowiec , widzimy jak „ten gnojek jeden – jak on staro wygląda ! „ kładzie rękę na Jej ramieniu i czujemy niemal i widzimy to dokładnie – i Ona stygnie . Jeszcze tylko krótkie powitanie , spojrzenie w oczy , słów kilka : wiesz ? –  odpowiedź – wiem ,  Pamiętasz ? – odpowiedź – pamiętam , uśmiech , spojrzenie i … co z tym szczęściem moi panowie zapytałem ?

Do kroćset ! Do Diabła ! A niech to ! Nie może być ! No tak ale dlaczego ? Ech ! Krwi ! Strzelać się muszę ! – słów padło wiele ale ostatnich kilka było już spokojniejszych . Usłyszałem bowiem : Panie Ober ! O tak ! Ma pan u mnie od dziś podwyżkę ! – to słowa pana von Jager , a zaraz po nich z dziwnym wzrokiem obrazującym chyba obłęd i włosami zmierzwionymi , nasz pan Burmistrz krzyknął – Prost !!!

Cieszyńska Bajanka cz. 59, czyli zaczynam swoją opowieść – ” o szczęściu według mnie ” i robię to chyba przydługawo ale od czego ma się przyjaciół !

Któregoś pięknego dnia moi panowie , gdy przebywałem w dobrach pana , Jarosy  von Blenken See und Grisel zum Ulbersdorf, – jak mi od dziś wiadomo krewnego naszego gospodarza Pana von Jager – podczas spaceru było mi dane spotkać się z  stadem koni  rzadkiej rasy , liczące sobie kilkanaście sztuk . Było to spotkanie niezwykle dla mnie miłe, gdyż gdy tylko owe szlachetne zwierzęta – jakże nam bliskie przez serca nasze i dusze nasze – zobaczyły mnie , wcześniej zapewne wyczuwając –  podbiegły do mnie i zaczęły chrapać swoimi chrapami , pufać , prychać i trząść grzywami , nadstawiając swe końskie łby do głaskania . Po powrocie ze spaceru gdzie będąc w gościenie u pana Jaroschego , podczas kolacji , która miała miejsce na tarasie , pod niebem usianym gwiazdami ,których srebro było przeplatane złotym blaskiem płomieni świec , miałem sposobność i okazję opowiedzieć o tym zdarzeniu . Gdy tylko to uczyniłem pewien młody , a nawet bardzo młody ale już jakże szlachetny kawaler zapytał – dlaczego  konie tak do ciebie podbiegły ? Zastanowiłem się przez chwilkę po czym odparłem – pewnie dlatego , że mimo iż były razem , w stadzie , czuły się samotne i gdy pojawiłem się na ich drodze postanowiły przywitać się ze mną , istotą dla nich obcą ale w swej ufności wierzące , że nie spotka je z mej strony krzywda i liczące na to , że poczują moją dłoń na ich wielkich końskich pyskach . Ów młody kawaler przyjął moje wyjaśnienie i uznał je za wystarczające po czy udał się na spoczynek . To jednak nie zakończyło tematu . Wyobraźcie sobie moi panowie , że po chwili , niezbyt długiej chwili, pewna młoda Dama rzekła – Pan zawsze gdy coś opowiada to najpierw , mimo , że świeci słońce i jest miło to jednak czuje się samotność , a dopiero po czasie  pojawia się coś ciepłego, miłego . Tak było i tym razem Kolekcjonerze Aniołów Stróżów . Konie były w stadzie – kontynuowała – niby wszystko odbywało się w zgodzie z naturą i nagle pojawiasz się Ty i okazuje się , że konie były samotne . Czy aby na pewno świat jest takim ? – zdała pytanie , które jak się okazało kończyło jej wypowiedź .

 

Szanowni Panowie , zdaję sobie sprawę , że moja wypowiedź nawet gdy przyjąć ją za wstęp i licząc na Waszą uprzejmość jest nieco przydługą ale musiałem ją przytoczyć gdyż bez niej nie potrafił bym opowiadać  -„ o szczęściu według mnie „.

Wszyscy moi rozmówcy i współbiesiadnicy otworzyli usta by coś powiedzieć . Nigdy nie dowiedziałem się co chcieli powiedzieć  . Pewnie kurtuazyjnie chcieli wespół rzec – nie , nie nie ! Może któryś z nich chciał rzec – masz pan rację . Nie wiem .

Jakimś cudem , wyrazem mojej twarzy , gestem dłoni i prawdopodobnie rozpoczynając kolejną część mojej opowieści o szczęściu uciszyłem ich i nic nie usłyszałem .

Sam zaś zacząłem mówić dalej .

Mamy to szczęście mój Panowie , że siedzimy w restauracji Pana Von Jager , która mieści się na jakże cudownym cieszyńskim rynku , jakże Magicznego Miasta Cieszyn . To nam pozwala na bardzo wiele . Także na to , że możemy bez trudu i bez zawahania postawić tezę , a następnie wywieść dowód , że teraz , gdy jesteśmy tu razem , czas nie ma znaczenia „ ale bowiem nie ma dnia , nie ma godziny , jest tylko ta chwila magiczna „ .

Gdy tylko wypowiedziałem te słowa , nie wiem dlaczego wszyscy wstali , podnieśli brawa , a Pan Ober , tak już troszkę przez nas zapomniany i to nie ładnie z naszej strony było , skinął głową i Garson podszedł był z tacą na której perliście pociły się kieliszki z szampanem . Von Jager – odezwał się Pan Burmistrz – może być pan dumny z tego jak Pan prowadzi swoją restaurację i z tego z jakimi ludźmi Pan to czyni .

Czy muszę dodać , że po chwili rozległo się gromkie „ prost „ , a gdy już przebrzmiało zapaliliśmy egipskie papierosy .

Po chwili Księgarz rzekł – prosimy kontynuować .

Spojrzałem po obecnych i zacząłem kontynuować swoją opowieść „ o szczęściu według mnie” .

Cieszyńska Bajanka cz. 58, czyli chyba nadszedł mój czas ale mam zbyt wiele refleksji więc bajanka 59 opowie czym jest szczęście według mnie .

 

Cóż – powiedział i uśmiechnął się Księgarz , po czym dodał – jeśli się nie mylę czas na naszego gościa . Jeśli natomiast się mylę proszę o sprostowanie przez szanownych panów . Może nawet pozwolę sobie , jako sprzedawca marzeń powiedzieć tak – szanowni panowie oto mam zaszczyt poinformować , że oto za chwilę już swoją definicję czy tez może raczej opis szczęścia , czy też raczej chwil szczęśliwych przedstawić nam zechce On , Przyjaciel Baronowej , Gość Magicznego Naszego Cieszyna zwany także Kolekcjonerem Aniołów Stróżów .

No tak – potwierdził w tych dwóch jakże zwięzłych słowach, nieco pompatyczną wypowiedź Księgarza bankier Goldengeld poprawiając jednocześnie monokl , a ja widząc to jak sobie ów monokl poprawia , kolejny raz zatęskniłem za monoklem i czasami w których noszono takie precjoza . Mówi się – pomyślałem sobie , że jedyną biżuterią jaką może nosić mężczyzna jest zegarek . Tak ? Zegarek ? Zegarek ??? Kto to powiedział ? Czy ten ktoś widział kiedyś Mężczyznę jak trzyma monokl przy oku i patrzy przezeń na zegarek kieszonkowy , który ręcznie robioną dewizką jest przymocowany do specjalnej kieszoneczki umiejscowionej w spodniach w prążki a drugą ręką wspiera się o laskę z srebrną gałką przedstawiającą Anioła Stróża Głowę , ma czyste i lśniące czarne buty i dłonie wypielęgnowane i ładnie pachnie i jest przystojny i cylinder nań czeka w szatni podobnie jak i surdut no i nosi oczywiście białą koszulę i ewentualnie koszulę skrywa kamizel dla wieczornej frywolności w kolorze popiołu by ładnie i szlachetnie spasowały się z kolorem jego , Mężczyzny włosów ? No tylko zegarek ??? Czasami trzeba wiedzieć co się mówi ! Gdy się mówi .

Trzeba przyznać , że bankier Goldengeld miał mir . Jego „ No tak „ i chyba także poprawienie monokla zrobiło wrażenie na pozostałych uczestnikach naszej, jakże uroczej biesiady . Wszyscy pozostali uczestnicy tylko uśmiechnęli się i wiadomo kto powiedział , a raczej uroczo zakomenderował – prost !

Gdy tylko  odstawiliśmy kielichy  tak cudownie jeszcze przed chwilką kontrastujące czerwienią , taką mroczną , prawie wiśniową czerwienią wina Tokaj ,od bieli nakrochmalonej bieli obrusów  poczułem , że teraz kolej na mnie .

Widziałem na sobie , a raczej czułem na sobie spojrzenia Młodego Ericha , Księgarza , Bankiera Goldengelda , Burmistrza Ukochanego Magicznego , Jakże Magicznego Cieszyna , Doktora Nauk Medycznych Zdrovotnego , Malarza Porwasza , Gospodarza Naszego Jagera . Czy pod takimi spojrzeniami miałem inne wyjście niż zacząć swoją opowieść ?

Ludzie , a więc i ja mają przez całe swe życia mnóstwo dylematów . Tak naprawdę  to słowo „ dylemat „ nie bardzo , nie za bardzo pasuje , jest nie tylko nie adekwatne ale także i to bardziej istotne – niestosowne . Ludzie bowiem w tym przypadku także i ja mają problem z zdefiniowaniem . Czy to dziwne ? Chyba nie . Dlaczego bowiem my wszyscy , czyli ludzie mamy mieć zdolność definiowania ? Przecież zostawiliśmy definiowanie geniuszom .

Postanowiłem, że nic nie będę definiował. To chyba oczywiste . Postanowiłem także , że po prostu opowiem , a że miałem chyba coś do opowiedzenia zacząłem tak :