Nauczyciele – szkoła podstawowa.

Wspomnienia o nauczycielach są wspomnieniami trudnymi. Przynajmniej dla mnie. Przy czym nie jest to kwestia mojej do nich niechęci. Co to, to nie. Po prostu wiek. Mój wiek. Lata od tamtych czasów minęły i nie wszystko zostało w mojej pamięci zapisane tak, jakbym tego chciał co jest dziwne, bo to przecież moja pamięć. Postaram się jednak do tamtych lat wrócić i kilka sylwetek opisać. Nie będzie to „opisanie” obiektywnym, gdyż najbardziej w pamięci zapadły mi osobowości oryginalne i te złe. O złych zaś wspominać nie będę . Będzie zatem o oryginałach. Zapraszam.

Szkoła podstawowa.

Prace ręczne – Z Panią! Zdziwienie? Prace ręczne mieliśmy z Panią Z. Chyba do szóstej klasy. To Pani Z. uczyła mnie jak trzymać młotek, pilnik, jak zbudować kalejdoskop. Tak! Pamiętam! Kalejdoskop! Każdy z nas miał przynieść trzy prostokątne kawałki szkła z polewą lustrzaną, dwa kawałki trójkątne i taśmę izolacyjną, a także koraliki. Lato już, chyba czerwiec, bo pamiętam, że było upalnie. Siedzieliśmy całą klasą przed „Pawilonem” ,na krawężniku i tarliśmy jedno z trójkątnych szkiełek tak długo, aż nie zmatowiało. Co chwila któreś z nas podchodziło do „Pani” i pytało – jest już dobre? Szoruj dalej – słyszał w odpowiedzi. Gdy już szkiełko owo było dostatecznie matowe montowaliśmy kalejdoskop. Dwa trójkątne szkiełka montowane były po obu końcach, podłużnych szkiełek, które ustawione były tak, żeby w przekroju tworzyły właśnie trójkąt. Potem tą dość misterną konstrukcję należało owinąć taśmą izolacyjną. Do środka wsypywało się koraliki. Na koniec Kawałek kartonu z dziurką na oko i gotowe. Starczyło kalejdoskop obracać w dłoni, a przewracające się wewnątrz kalejdoskopu koraliki tworzyły za każdym razem inne barwne układanki potrojone lustrzanym odbiciem. Pani Z. nigdy nie podnosiła głosu, zawsze pomagała i była wyrozumiała.

Matma – Tu było nauczycieli dwóch. Pierwszy – R. Na szczęście z nim nie mieliśmy. Zawsze elegancki, szczupły, wręcz kościsty. Marynarka, koszula, krawat. Karał. Ciągnął za włosy przy uszach, za uszy, bił linijką po dłoniach. Do czasu. Adam, syn zduna opowiadał nam, że kiedyś poskarżył się ojcu. Dostał wciry pachem. Potem była wywiadówka, a  po wywiadówce ojciec Adama został z R. sam na sam. Było słychać – „plask”. Ojciec Adama wyszedł, a R długo jeszcze siedział w klasie sam.

Adam opowiadał nam też, że po przeglądzie pieca zostawia się jedną szamotkę . Ustawia się ją tuż przy wylocie powietrza do komina. Skosem i na niskim rancie. Nie za blisko, nie za daleko. Po trzech, góra czterech tygodniach, cug sam przyciągnie szamotkę do wylotu i go zamknie. Jak zamknie to klient wraca do zduna i prosi o kolejną naprawę pieca. I pińć dych jest tej – kończył Adam.

Moja klasa miała matmę z „Puchaczem”. Był miłym nauczycielem, sam miał chyba z piątkę dzieci. Był też dobrym z matmy i takim samym pedagogiem skoro w podstawówce ogarniałem ten chaos liczbowy zwany matematyką.

Sekretariat i Dyro – Przemiła Pani Sekretarka, dystyngowana Dama, która inną być nie mogła. Przecież za drzwiami siedział Dyro, Wielka Osobowość, chodząca dystynkcja, elegancja i dostojność. Przedwojenny gentelman w każdym calu. Mówił do nas wzrokiem. Ta pozornie wielka sztuka, trudna umiejętność, dla niego była błahostką. Spojrzał, a my w mig wiedzieliśmy co mamy robić. Uśmiechał się i mówił – „dziatki moje kochane”.

W sekretariacie piliśmy tran, sok z marchwi nalewany z kanki do kubeczków, które musieliśmy przynosić ze sobą. Tran pijaliśmy z łyżek, też swoich.

Polak –C.Z. Chodzący wulkan przeżyć kulturalnych. Animator kultury. Przy tym wszystkim pełna asertywność, więc stwierdzenia – ty matole – padały dość często. Umiała zarazić  pasją. Tolerancyjna i żyjąca w swoim własnym – lepszym – świecie. Doskonała pianistka, władała francuskim. Miała wspaniałą gestykulację. Pamiętam do dziś jej niezwykle sugestywne, z lekka niedbałe, bardzo oszczędne w ruchu gesty dłoni, które odsyłały ucznia do ławki lub zachęcały by mówił dalej. Uwielbiała słuchać. Gdy ktoś pomijał faktografię , ale ładnie, barwnie mówił był wygranym. Automat powtarzający sucho fakty był odsyłany wspomnianym gestem dłoni do ławki a C.Z. Mówiła – no tak. Głupota była dla niej czymś niezrozumiałym i nie do pojęcia. Gdy ktoś powiedział coś głupiego lub głupio się zachował C.Z. robiła minę osoby, która zobaczyła przed sobą niebyt, czarną dziurę i robiła gest ręką jakby odganiała muchę po czym głęboko wzdychała. Traciła dla takiej osoby zainteresowanie natychmiast i dla równowagi zapraszała do rozmowy kogoś, kto mówił ciekawie.

Hipa – Jak przez mgłą pamiętam Starszą Damę  spowitą w niesamowite koronki, sznur pereł i jej wzrok pełen miłości do nas. Historię opowiadała nam jak bajkę. Pani T. Przedwojenna szkoła i kindersztuba. Klasa sama w sobie, podobniej jak Dyro i Pani Sekretarka.

Bardzo dobrze pamiętam natomiast Panią E.D. Co tu dużo mówić. Dzięki niej pokochałem Napoleona, dzięki niemu pokochałem historię i stan ten trzyma mnie do dziś. Wspaniałe lekcje, daty istotne, ale bardziej istotnym było zrozumienie związków przyczynowo skutkowych. Wszystko w bardzo ciekawej oprawie słownej. Na owe czasy „Wołoszański” w spódnicy.

Do dziś mam książkę, prezent jaki dostałem od Pani E.D.- Eugeniusz Tarle – „Napoleon”. W 2007 roku książka skończyła 40 lat!

Chemia – Pani D. Drobna, młoda, ale wymagająca. Miała posłuch. Ja z chemii kiepski byłem.

Fiza –  Pani N. Mąż Ułan Wielkopolski, oficer przedwojenny, a późnej dyrektor stadniny. Gdy  odwiedzał żonę w szkole, szedł korytarzem, a my frrru na boki jak takie wróbelki przed Orłem Bielikiem. On zaś z dobrotliwym uśmiechem na ustach, wyprostowany, krok pewny, wojskowy, dumny. Czasami można było zobaczyć jak rozmawia z Dyrem. Jakby się było na Olimpie i greckich bogów obserwowało. Opisywać Panią N? Czyś opis męża nie wystarczy?

Nie umieć fizy to był dyshonor, wstyd. Nie wypadało.

Gegra – Pani H.W. Co tu dużo mówić. Nasza Pani sex bomba. Niezbyt wysoka, ale nie niska, zgrabna i z dużym biustem. Wówczas dla nas PIĘKNA! Żaden z nas nie patrzył na mapę tylko na Panią, która stojąc bokiem, pokazywała  coś na jej płachcie. Najlepsze były wycieczki. Można było iść blisko Pani. Koleżanki z klasy wzruszały ramionami i przewracały oczami. Tylko nie Ewa, ale to normalne było, bo Marek patrzył i kochał tylko ją .

Muza – Pan. Doprowadzaliśmy go do szaleństwa. Jak idioci. Miał słuch doskonały, więc z daleka słyszał dźwięk szpilki wbitej w ławkę i trąconej palcem. Złościło go to bardzo. Wściekał się gdy ktoś w podobnym do szpikowego sposobu, wydawał dźwięk żyletką. I do tego my debile, którzy nie potrafili prawidłowo narysować klucza wiolinowego.

Wyjątkiem był Marek. Kochał śpiewać. No to śpiewał. Na każde pytanie Nauczyciela, kto to zaśpiewa zgłaszał się Marek. Reszta ziewała i szykowała szpilki. Marek wychodził na środek klasy i śpiewał. Zawsze nas dziwiło, dlaczego śpiewając tak bardzo rozdziewał usta. W takie kwadraty. To go nie bolało? Startował do Stuligrosza, ale poległ.

Pewnego dnia Nauczyciel przyniósł do klasy magnet. Włączył go, a my usłyszeliśmy „Żółtą łódź podwodną”. Całkowicie nas oczarował. Czasami robił przerwy i mówił – posłuchajcie tych trąbek, a te dzwonki! Od tego dnia byliśmy jego. Zniknęły szpilki i żyletki. Nauczyliśmy się rysować te klucze i nawet cała klasa umiała zaśpiewać gamę. Oprócz Marka do śpiewu zgłaszała się też Ewa, ale to nic wielkiego. Oni się kochali.

Wychowanie plastyczne – Nic nie pamiętam. Może tyle, że lubiłem rysować, ale się złościłem, bo nie zawsze mi wychodziło.

Nic więcej nie pamiętam. Do dziś sporadycznie spotykam kogoś z swojej klasy.

Stare to czasy.

28-30.01.2014 – Jestem rozdwojony podwójnie i pisać za bardzo mi się nie chce.

28 – 30 stycznia 2014 r.

*

Jestem rozdwojony, a żeby było śmieszniej lub raczej bardziej tragikomicznie, jestem rozdwojony podwójnie.

Wszystko to za sprawą Małego Pepe, który jest już tak osłabiony, że nie może chodzić na spacery z Leonem. Leon, stary byk, siłacz nad siłacze ciągnie smycz, a mnie wraz z nią. Mały natomiast stoi w miejscu i patrzy na mnie żałośnie. Trzęsie się z zimna, stoi i iść dalej nie chce. No to się rozdwoiłem i chodzę na spacery z każdym z psów osobno. Tym oto sposobem, zaliczam dziennie od sześciu do ośmiu wyjść z psami. Tak właśnie wygląda rozdwojenie pierwsze, które nie jest dla mnie specjalnym problem. Ot czasu mi z tego powodu brakuje, trochę się w pracy zaniedbuję ograniczając wyjazdy, tak by zdążyć do domu wrócić między jednym wyjściem, a drugim. Powinienem raczej napisać – między wyjściem pierwszym i drugim, a trzecim i czwartym. Nie jest to sytuacja najlepsza, ale co mam robić?

Gorzej jest z rozdwojeniem drugim. Pepuś ma straszliwą amplitudę zachowań. Raz coś sam zje, podejdzie do miski ochoczo, wody się napije i gdy już się wydaje, że wszystko jest ok; złapie go kolka, zaskamle straszliwie, przykurczy się i koniec. Koniec jedzenia, podniesionego ogonka. Pojawia się osowiałość, kładzie się byle gdzie, na byle czym. Patrzy na mnie żałośnie i tak jak Orka przed swoim odejściem. Straszne są to dla mnie chwile. Zabieram go na kanapę w bibliotece, głaszczę go jedną ręką, a drugą kładę na jego brzuszku, tylnych łapkach i staram się tak go ogrzać swoim dotykiem, by przeszły jego dreszcze.

Chudnie w oczach. Weterynarz daje mu zastrzyki. Bywa, że cztery dziennie. Antybiotyk, przeciwbólowy, rozkurczowy i pobudzający pracę jelit. Raz to skutkuje innym razem nie.

Gdy sam nie je muszę karmić psiaka na siłę. Patrzy na mnie z wyrzutem, a ja mu tłumaczę, że muszę i takie tam. Po karmieniu myję mu pyszczek.

Pepe nie ma temperatury, rana zagojona, badania krwi wykazują, że wszystko w normie.

Są dwie możliwości. Pierwsza z nich dopuszcza, że Mały jest taki wrażliwy do tego stopnia – taki „schizol” – że sam nie je, by nie poczuć kolki i związanej z nią bólu, który pojawia się gdy pokaram przesuwa się przez zwężone w wyniku operacji jelito. Druga z możliwości dopuszcza, że być może mamy do czynienia z wysiękiem krwi z rany, a krew ta odkłada się w pobliżu otrzewnej. To druga z możliwości i najbardziej przerażająca. Mam nadzieję, że tak nie jest. Moją nadzieję podsycają dobre wyniki, brak temperatury.

Wczoraj dałem Pepusiowi witaminy. Dziś rano powtórzyłem to i nakarmiłem go łyżeczką. Dziś od rana jest dość żwawy. Na spacerze obszczekał szpica, który jest jego głównym wrogiem. Do tej pory nie zwracał na niego uwagi. Z radością podbiegł też do dźwi, by wraz z Leonem przywitać Księcia. Później nawet przez chwilkę pobawił się piłeczką. Przestał się pokładać byle gdzie. Kolejne wychylenie huśtawki, czy pierwsze oznaki poprawy i powrotu do zdrowia? Oby !

Dziś 0 16.30 mamy USG. Wszystko powinno być jasne.

O innych sprawach związanych z moją codzienną egzystencją pisać za bardzo mi się nie chce .

Pozdrawiam.

ps.

Wróciliśmy z USG. Jakiekolwiek podejrzenia co do ewentualnego zapalenia otrzewnej zostały wykluczone. Jelita są drożne. Kryzys pooperacyjny minął. Małemu pobrano krew, by sprawdzić czyjego zachowanie w stosunku do jedzenia nie jest wynikiem zapalenia przewodów moczowych. Jutro po 15.00 będziemy wszystko wiedzieć . Wygląda na to, że najgorsze za nami.

Mam dla Pepe witaminy i jakieś coś, co pozwoli odbudować psią florę bakteryjną. Nieźle brzmi. To mi przypomina mój powrót ze szpitala.

Dziękuję Wam za wsparcie. Znaczy dziękujemy.

Moje książki z miesiąca stycznia 2014 .

Książki z miesiąca stycznia 2014.

 

Aleksander Lwow – „Zwyciężyć znaczy przeżyć. 20 Lat później”

Mniej więcej od Lubina do samej Jeleniej Góry jechaliśmy w bardzo gęstej mgle. To ona sprawiła, że do Szklarskiej Poręby zajechaliśmy bardzo późno. Zamiast planowanej godziny osiemnastej, na naszych zegarkach widniała godzina dwudziesta druga z minutami, gdy przyjechaliśmy na miejsce. Środowy wieczór, a właściwie noc. Narty, narty, narty! Przeczekaliśmy czas ferii, celowo ominęliśmy weekend. Zwolniliśmy młodzież ze szkoły, gdyż inaczej nie byłby szans na pojeżdżenie na nartach z dzieciakami w miarę komfortowych warunkach – bez tłoku i hałasu. Czas na nocleg. Niezwykle uprzejmy pan odbywający nocny spacer z psem, wskazał nam dom, w którym wynajmowano pokoje.
„ Kto tam, kto tam, wypuść mnie proszę, powiedz proszę, kto tam? „ – te słowa, wypowiedziane przez kobietę, zamkniętą prawdopodobnie za widocznymi dla nas, oszklonymi ornamentową szybą drzwiami, w połączeniu z dość dziwną miną otwierającego nam drzwi właściciela pensjonatu, nieco nas zmroziły. Spojrzeliśmy po sobie. Proszę się nie niepokoić szanowni panowie – odezwał się gospodarz – moja żona jest chora. Zapraszam, pokażę panom pokoje. Trafiliśmy dobrze. Trzech tatusiów: X, W, i ja wraz z swoimi pociechami, dwoma córkami i jednym synem, szybko rozkwaterowało się w sześciu pokojach. Zajęliśmy całe piętro. Cena za wynajem pokoi była bardzo przystępna, mieliśmy dla siebie piętro, trzy łazienki i jedną wspólną kuchnię. Gospodarz na rano zapowiedział jajecznicę z dowolnych ilości jaj na koszt firmy. Jest dobrze – pomyślałem.

X w jeździe na nartach był dla mnie wzorem niedoścignionym. Nie chodzi o to, że miał lepszą technikę, był silniejszy – tak było. X miał – jak dla mnie – bardzo wysoko zawieszony moment wyczuwania granicy ryzyka.  Tam gdzie ja stawałem, by pomyśleć chwilkę jak zjechać, on śmigał obok i ze śmiechem wołał – czekam na dole z fajkami! Bywało, że jadąc na wyciągu, przed górną stacją wołał – skaczemy i skakał w dół, a ja za nim jak taki głupek! Do dziś się dziwię jak wychodziłem z tego cało. Ktoś tam z góry krzyczał, ale my już śmigaliśmy w dół.

Wieczorami, po nartach, po kolacji, siadaliśmy w trójkę i jak to bywa w takich sytuacjach z facetami, paliliśmy papierochy i piliśmy wódkę. Toczyły się męskie rozmowy. Wspomnienia z dzieciństwa, szkół średnich i z studenckich czasów.

Już wcześniej, podczas wspólnych pobytów w Małym Cichem dowiedziałem się, że X jest wielki, jeśli chodzi o wspinaczkę i to tę z najwyższej półki. Przyszedł, więc moment, w którym zadałem pytanie – jedno z tych banalnych, ale przecież oczywistych. Nosiłem je w sobie od dawna. Brzmiało ono mniej więcej tak – powiedz, co się czuje, gdy stoi się na szczycie góry, która ma ponad osiem tysięcy metrów wysokości i jesteś na dachu świata. X zaciągnął się papierosem, spojrzał na mnie i powiedział: – „ trudno powiedzieć, nic? Wiatr tak piździ, że chce łeb urwać, nie słyszysz własnych myśli, patrzysz w koło i zdaje się tobie, że chyba do Boga blisko, że jesteś w innym wymiarze, nagle dociera do ciebie, że zrobiłeś to, że wyżej nic już nie ma, a świat składa się wyłącznie z gór, bo tylko one są do dokoła, i nigdzie nie ma ludzi. Jesteś tylko ty i twój partner, po chwili myślisz tylko o tym by stąd spierdalać i zejść cało na dół. Usłyszawszy tę odpowiedź zadałem następne pytanie. Wiem, że głupie, ale usprawiedliwione. Usprawiedliwione tym, że zadawałem je ja, osoba o wspinaczce niemająca najmniejszego pojęcia. Zapytałem, – co by się stało gdyby któryś z was złamał sobie nogę, albo stało by się coś takiego, że nie mógłby iść dalej o własnych siłach. Tam na samej górze na ośmiu tysiącach? – zapytał X. Tak – odpowiedziałem. W 99% taka osoba zostałaby sama. Na ośmiu tysiącach pomoc jest niemożliwa. Tam życie odlicza się minutach, sekundach. Rok, miesiąc, nawet doba i godzina nie istnieją. Minuty, sekundy – rozumiesz?”. Rozumiem – odparłem. W nalał do pustych kieliszków, zapaliliśmy. Wypiliśmy na raz. X mówił dalej – „Na szczycie nie ma zmiłuj się. Powyżej siedem sześćset nie masz szans na przeżycie. Pamiętaj, że mówimy o ataku zimą! Idąc w górę walczymy razem, mamy jeden cel. Asekuracja, pomoc, wspólny atak. Zejście to już inna bajka” – zakończył X. Zdawaliście sobie z tego sprawę, że jeden z was może zostać na górze na zawsze? – Zapytałem z niedowierzaniem. ”Oczywiście” – padło w odpowiedzi. „Taka była między nami umowa. Przecież tu chodzi o życie. Ten, który chciałby pomóc umarłby tak samo szybko, jak ten, który potrzebował pomocy”. Zamurowało mnie. Nie mogłem tego pojąć, zrozumieć. Napiliśmy się i nie ma w tym ani krzty przesady, ale wówczas dotarło do mnie, że świat jest innym, niż do tej pory o nim słyszałem i innym od tej pory, pozostał we mnie na zawsze. Jak tak można? – Zapytałem. X uśmiechnął się tak jakoś dziwnie i wzruszył ramionami. „ Nie byłeś, nie zrozumiesz” – zakończył.

I teraz, gdy obok mnie leży na blacie biurka, przeczytana dopiero, co książka Aleksandra Lwowa, pod tytułem „Zwyciężyć znaczy przeżyć, 20 la później”; ta nasza nocna rozmowa przeprowadzona w zadymionym niemiłosiernie pokoju, powraca do mnie ze zdwojoną siłą. Teraz to wszystko jest dla mnie bardziej zrozumiałe. I ciągle wracam myślami do kilku zdań, w których Lwow opowiada jak razem z X uratowali życie koledze, gdzieś chyba na siedem pięćset czy sześćset, jemu pomagając, a sememu pozbawiając się możliwości wejścia na osiem z czymś tam.

Lwow ma cechę, której bardzo mu zazdroszczę -jest skrupulatny. Ma wspaniałe archiwum i posługuje się nim rewelacyjnie. Faktografia nie przytłacza treści. Jest jakby, obok, ale jednocześnie bez niej, ta książka nie miałaby takiego wdzięku i oczywistości. I ta mnogość barwnych postaci i te anegdoty!

Czytało się rewelacyjnie. Panie Aleksandrze Lwow. Szacunek pełen. Nie zna gór ten, kto na nie się nie wspina, a ludzi ten, kto książki pańskiej nie czytał.

X – pełen szacunek także i choć od lat nie mamy z sobą kontaktu to wiedz, że teraz bardziej Cię rozumiem. Jesteś „niewyjęty” – wiesz, o co chodzi. Może jeszcze kiedyś pogadamy, kto wie.

*

Petr Sabach – „Masłem do dołu„

Dla mnie osobiście bomba! Ewie będę wdzięczny po wsze czasy za to, że o książce tej mi powiedziała i do jej przeczytania tak skutecznie zachęciła.

Należę do tej grupy Polaków, którzy Czechów bardzo lubią, cenią sobie ich towarzystwo i podziwiają ich poczucie humoru. Niektórzy nazywają je słodko-gorzkim ja natomiast uważam je za cudowne i choć tak mnie jak i nam Polakom – tym, którzy poczucie humoru mają, o co ostatnio coraz trudniej – bliskie, to jednak tak trudne do powielenia.

Czytając książki nie zwracam uwagi na tak zwaną frazę i nie zastanawiam się czy autor ją ma czy nie. Myślę, że należę do tej grupy czytelników, która zwyczajnie oczekuje, że książka, którą zaczynamy czytać będzie; jak ta jedna, jedyna, wyśniona kobieta. Weźmie nas natychmiast, pochłonie bez reszty, stracimy dla niej; głowę, rozsądek, poczucie czasu, a gdy skończymy będziemy bez tchu i nie będziemy mogli uwierzyć, że to już koniec, a późnej, co jakiś czas, będziemy do niej podchodzić i ją głaskać. Głaskaliście kiedyś książki? Nie? Ja to robię nieustannie. Podobnie jak z wąchaniem i wchłanianiem jej zapachu. No dobrze już.

W bohaterach książki Sabacha zobaczyłem siebie samego. Zobaczyłem siebie nie tylko takim, jakim czasami bywam, ale także takiego, jakim chciałbym być. Do tego ich naturalność, bezpretensjonalność. Pięknie. Książka jest tak napisana, że nie tylko ją się czyta z przyjemnością wielką, ale także widzi. Takie DVD wyobraźni. A widzi się wiele. Czytaliście kiedyś książkę, w której nie ma słowa, lub bardzo ich mało o tym jak któryś z bohaterów wygląda, a wy możecie o tym opowiedzieć? Tak pisze Sabach. Pisze także niezwykle ciepło, spokojnie z wielką dozą humoru i chyba autoironii. Wszystkiego można mu zazdrościć. W Czechach byłem kilka razy, a czytając Sabacha czułem się jakbym nigdy stamtąd nie wyjechał. Opowieść o Bułgarii sprawia, że można się udusić ze śmiechu, a …. Zresztą, co tu dużo pisać. Trzeba przeczytać.

Już kupiłem następną książkę Sabacha – „Gówno się pali„ i dni liczę do pierwszego, by kupić następną – „ Podróże konika morskiego”

Gdy i tę książkę przeczytam poproszę Ewę o następną porcję czeskiej literatury.

*

Jo Nesbo – „Pierwszy śnieg”

Nie miał ze mną lekko Jo Nesbo. Pierwsze strony jego książki nie chwyciły mnie na tyle mocno by kazać czekać w kolejce na czytanie książce „Masłem do dołu”.

Z kilku powodów podchodziłem do czytania „Pierwszego śniegi” z dystansem. Po pierwsze wszelakie mody na kryminały – w tym przypadku skandynawskie – są podejrzane. Po drugie już Marek Krajewski sprawił, że początkowo jego książkami się zachwyciłem, a od trzeciej chyba się zniechęciłem. Niby wszystko dobrze, niby czyta się świetnie, ale jednak pojawia się pewien schematyzm i ta erotyka przypięta chyba troszkę na siłę. Nie wiem. Po trzecie jestem wychowanym na Arturze Conan Doylu i jego genialnym Holmesie . Chyba w szóstej klasie podstawówki Holmes złapał mnie i trzyma do dziś . To jest kryminał.

Z dystansem zacząłem czytać i po iluś stronach zacząłem go tracić. I nagle, chyba na stronie 27 zapala mi się lampka. Na 63 kilka słów zapala taką lampkę, że już wiem kto zabijał. Pytam córki. Potwierdza. Zostaję jednak i czytam dalej. Z ciekawości. Interesuje mnie jak autor wplecie zabójcę .

Książka może i fajna na zimowe wieczory. Córka twierdzi, że pozostałe książki Jo Nesbo są o wiele lepsze i tam nic mi się nie zapali.

Zobaczymy. Jedną jeszcze na próbę przeczytam.

Petr Sabach – „ Gówno się pali „.

Z książkami Sabacha jest jak z lotem w kosmos. Najpierw start, po nim wznoszenie, osiągnięcie wysokiego pułapu , orbity Ziemi, powrót i nagle okazuje się , że choć miejsce lądowania jest miejscem startu, to jednak to już zupełnie inny świat. Jego poczucie humoru właściwe Czechom rozbraja mnie szybko i skutecznie. Czytanie poukładanych przez niego literek to dla mnie czysta przyjemność. Odnoszę wrażenie, że daleko nam- Polakom – do takiego dystansu wobec siebie samych. Co tu dużo mówić. Postaci takie jak A. Kowboj, Główny bohater, jego Brat, Ojciec, Matka to coś pięknego. Matka, wywoływana zawsze z kuchni, a wyrok Kowboja GENIALNY !!! Nigdzie indziej: w książkach, filmach, czy ze słyszenia, nie postałem się z taką logiką idącą w stronę krystalicznej oczywistości. Czy mam dodać, że gdy Sabach opisuje jak chłopak rowerze wpada na mur to ja to widzę? I ten głupi Aleksander. Dobrze. Kończę .

Słyszałem kiedyś, że Gustaw Holoubek przeklinał setnie, ale robił to z takim wdziękiem, że w jego ustach przekleństwa jawiły się jak kwiaty. Nigdy nie miałem okazji tego słyszeć, ani cytatu poznać. Bohaterowie Sabacha klną niezbyt często, ale tak na miejscu i tak z sensem, że aż zazdroszczę i tak sobie myślę, że pewnie w ten sam sposób klął Pan Gustaw.

Panie Sabach, ja Pana następną książkę już jutro zamawiam.

Ewo, raz jeszcze dziękuję .

27.01.2014 – Nie bardzo mam o czym pisać .

27 stycznia 2014 r.

Nie bardzo mam o czym pisać. Bieganina z Małym Psiakiem do weterynarza, jedna wizyta w centrum, później  jazda do podmiejskiej wsi. Bez sensu. Nawigacja szalała, nigdzie nie mogłem trafić. Jutro muszę to powtórzyć z tym, że lepiej się do tego przygotuję.

Pod wieczór, gdy miałem trochę czasu, zrobiłem sobie koktajl truskawkowy ( truskawki, jogurt, miód).Umyłem mikser i przygotowałem w nim jedzenie dla Psiaka na jutro.

Później czytałem i przeczytałem od deski do deski „Gówno się nie pali”.

I zrobiło się późno.

I myślałem jeszcze o Ławeczce. Mam już wyraźnie zarysowane dwie postaci. Waham się, ale chyba się odważę.

Jest 22.33.

Pa.

26.01.2014 – O Psiaka się ciągle martwię, mam pewien pomysł, dużo ptaków dziś widziałem no i te trzcinki.

26 stycznia 2014 r.

*

Popadam w niedzielną rutynę. To nie jest dobre. Muszę coś zmienić. W przeciwnym razie nie odróżnię jednej niedzieli od drugiej.

*

Mały czuje się niby lepiej, ale wciąż się o niego martwię. Podbiegnie do kijka, za piłką się rozgląda, bawi się nawet gdy zawołam – szukaj, szukaj. Dziś tak sobie zaskomlił, że serce mało mi nie pękło. Pocieszam się tym, że może miał chwilową kolkę. Kupiłem mu piersi z kurczaka – zalecenie lekarza – ugotowałem, pokroiłem, w mikserze zmiksowałem z odrobiną wody w której mięso się gotowało. Bez soli. Wczoraj dostał pierwsze dwie porcje, każda wielkości łyżki stołowej, a dzisiaj trzy. Fajnie gdym przyjdzie i można go położyć na kolanach i głaskać, brzuszek mu masować. Kiepsko gdy leży sam w innym pokoju, na dywaniku. Zajrzę, popatrzę, światło zgaszę.

Jutro pójdę z nim na kontrolną wizytę.

*

Obejrzałem zdjęcia miesiąca. Piękne. Dziwne, ale nie zazdrościłem. Przy kilku stwierdziłem, że gdybym był na miejscu fotografującego, też bym taki właśnie kadr wybrał. Tylko, że jakoś w innych okolicznościach „swojego kadru” uchwycić nie potrafię.

Teraz myśli mi przyszła do głowy, że „trzeba mieć” swój: riff, kadr no i frazę. No to wiem czego nie mam.

*

Wczoraj – a może przed wczoraj, nie, chyba jednak wczoraj, a nawet jeśli przedwczoraj to jakie ma to znacznie – nawiedziła mnie myśl, pojawił się pomysł i trzyma! To dobrze, gdyż przeważnie tak mam, że gdy coś głupiego plącze mi się po głowie, to samo się szybko resetuje i znika. A teraz trzyma. Znak jakiś czy co? Od jutra zaczynam pisać, rzecz będzie dotyczyć pewnej ławki w ogrodzie botanicznym. Pewnie powoli staję się grafomanem, ale co mi tam. Przecież jak będzie do d..y to mi to powiecie. W końcu po co ma się przyjaciół.

*

Na spacer dziś się wybrałem z psiakami. Krótki, samochodem nad jezioro, ale tym razem inny. Z parkingu może z trzysta metrów wzdłuż jeziora i z powrotem. Nie byłem w tym miejscu z dziesięć lat? Psiakom potrzebny był już ruch i nowe miejsce. Spotkałem młode małżeństwo z dwójką chłopaków. Pytali mnie o psiaki. Ponoć mają już na oku Parsona. Pytali też, czy mocno kłaczą. Skąd mam wiedzieć. Odpowiedziałem , że ludziom też włosy wypadają i że są psy bez sierści. Niech sobie takiego kupią. Śmiali się. Poradziłem im, żeby kupili od razu dwa. Dla psów będzie lepiej i dla nich też. Pokiwali głowami. Powiedzieli, że jest to temat do przemyślenia. Niech myślą. Pożegnaliśmy się i każdy poszedł w swoją stronę.

Na jeziorze woda nie całkiem zamarzła co mnie zdziwiło. Mróz przecież od kilku dni mocny. Tam gdzie woda wolna jeszcze od lodu ptactwa wielka ilość. Psiaki patrzyły zdumione nie bardzo rozumiejąc skąd i dlaczego w tym jednym miejscu tyle skrzydlatych.

Zrobiłem zdjęcia.

Będą na moim foto blogu.

Zrobiłem też zdjęcie trzcinek. Co ja mam z tymi trzcinkami? Może dlatego, że takie smukłe? Delikatne? Nie wiem. Zamęczam tymi trzcinkami, ale tak już widać mam. Jak „kadru” strzelić nie potrafię to są trzcinki.

*

Pozdrawiam i miłego wieczoru.

25.01.2014 – Łukasz Kubot i jestem trochę zdenerwowany.

25 stycznia 2014 r.

*

No brawo Panie Łukaszu! Spieszę pogratulować Panu mistrzostwa Australii i z całego serca życzę Panu deblowego Wielkiego Szlema ! Będę trzymał kciuki.

Łukasz Kubot. Wszyscy tylko: Isia, Jurek, ich szanse, kto jak rozstawiony, na kogo trafią, a jak z tą, tym wygrają to co dalej, a jak to będzie, w jakiej formie są i tak dalej. Bez końca. A Łukasz Kubot prawie po cichu, jakoś tak bokiem bo pomijany przez media jako „kandydat” zrobił coś niebywałego! I to dla siebie, a nie dla Polski! Brawo!

Kiedyś pewien Szwajcar, który „ukradł był” Polsce piękną Urszulę, powiedział – „ kiedy Wy Polacy zrozumiecie, że sportowcy grają, walczą, męczą się i przezwyciężają swoje słabości, przede wszystkim dla siebie. Co ma z tym wspólnego Polska? Czy Wy naprawdę na plecach sportowców musicie wjechać do swojej Polski? Nie rozumiem”. Musiałem mu przyznać rację choć zrobiłem to dopiero po czasie i z niechęcią. Przecież Urszula! Moja Urszula!

Co zacznie się jakaś impreza to nasze zespoły są w życiowej formie, z nowymi trenerami. Dream Team goni następny Dream Team, a gdy przychodzi do wielkiej imprezy to klops i walka o wszystko, a po niej walka o honor. I znowu ten bzdurny śpiew – Polacy nic się nie stało. Jak to nic się nie stało? A stało się! Przegraliście, a my Wasi kibice razem z Wami ! Już, już blisko Turniej Czterech Skoczni, kilka dobrych skoków i natychmiast liczmy ilu będzie Polaków w pierwszej trójce, no a ich trener Kruczek to już za chwilkę będzie guru wszystkich trenerów. I co? I jak zawsze d..a .

Teraz ktoś policzył szanse medalowe i wyszło , że mamy ich w Soczi kilkanaście. Ciekawym.

I słyszę w radio, w samochodzie, że Wielki Wojciech Fibak ( celowo i z szacunku to duże W ) wysłał już sms-a z gratulacjami do Łukasza Kubota. No coś takiego! A wysłał może wcześniej, tak około trzeciej rundy, że wierzy w niego i jego partnera deblowego zwycięstwo i że kciuki trzyma? Nie ? To szkoda.

To nasze polskie pieprzenie bez sensu. Pamiętam jak kiedyś znany – nazwiska dziś nie pamiętam, Tomasz Raczek ? – krytyk pojechał strasznie po tym jak „Metro” nie osiągnęło sukcesu na Broadwayu. To się naczytałem, że jak to tak! Jak można jechać, co tam jechać, pomyśleć o tym żeby jechać tam z takim spektaklem to już świętokradztwo i że na Brodawayu tylko Amerykanie mają szansę na sukces. Pewnie to i prawda była, tylko dlaczego ów krytyk nie napisał o tym przed wyjazdem ekipy Józefowicza? No a gdyby odniosła ona sukces, to co wówczas? Ble, ble, ble , gówno psie, jak mawiał Mistrz Wańkowicz.

Mówi się , że w sporcie wygrywa najlepszy. I tak jest. Dlatego mało mają nasi sportowcy sukcesów, a my przy okazji ich zwycięstw powodów do radości i zadowolenia z tego, że oto Polak, Polka są najlepsi.

Dlatego tak bardzo się cieszę z zwycięstwa Łukasza Kubota. Po prostu był Najlepszy ! I niech tak pozostanie i niech tak będzie w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie. Wielkie Brawa!

Od zawsze wszystkim polskim sportowcom życzę by byli Najlepsi i robię to nie dość skutecznie, gdyż tylko kilku takich mamy. Kilku.

Szacunek.

24.01.2014 – pisane wieczorem.

24 stycznia 2014 r.

*

Niby nic. Dziesięć stopni poniżej zera. Dzień dał mi niezły wycisk. Jeszcze tylko małe zakupy i będę wolny. Czapkę i rękawiczki zostawiam w samochodzie. Idę szybko, zimno, choć to podziemny parking. Ruchome drzwi rozsuwają się nie bezszelestnie. Ruchome schody. Lewymi zjeżdżają ludzie, prawymi jadę tylko ja. Przypomina mi się piosenka Jaro Nohavicy – Jerzy z stacji Podebrad . Mc Donalds po lewej, pełen swych wyznawców. Torebki z frytkami i burgery z zatopionymi w nich zębami. Kubki z colą, słomki. Po lewej dwa motory, a nad nimi wisząca galeria zdjęć. Podoba mi się w niej to, że żadne z zdjęć, według mnie nie zasługuje na to by być prezentowanym. Nie mam nic przeciw zdjęciom i ich autorowi. Po porostu nie mój styl, nie mój gust. Niech sobie wiszą. Stoliki kawiarni i … jest, siedzi!

Lenser powrócił.

Wygląda tak jak ostatnio. Żadnych zmian, także w ubiorze.

*

Na dworze świat pełen lodu. Ptaszki nie mają co jeść. Szukam na sklepowych pólkach ich karmy. Brakuje. Ten brak mnie raduje. Oznacza bowiem, że nie tylko ja dokarmiam ptaszki. Kupuję połówkę skorupy kokosa wypełnioną tłuszczem, nasionami słonecznika i czymś tam jeszcze. Powieszę im to na zaokniu.

*

Gonię Jo Nesbo i gonię sam siebie. Mam przecież do napisania o nauczycielach i o styczniowych książkach. O tych drugich będzie sporo więc już coś tam sobie notuję. Może jutro, w niedzielę uda się nadgonić to pisanie?

*

Mały ma się lepiej. Miał dziś mały kryzys. Kolejna wizyta u weterynarza, kolejna kroplówka. Jutro antybiotyk. Nie chciał jeść i pić, teraz już podjada. Na dworze troszkę nawet poganiał z Leonem i wymyślił zabawę. Nachylał łeb z kapturem ku ziemi, zamykał się w ten sposób, po czym nagłym ruchem unosił łeb i próbował łapać pyskiem spadający z góry śnieg uprzednio wyrzucony tam  krawędzią  kaptura. Zabawne i optymistyczne.

*

Przy okazji księgarskich poszukiwań trafiłem w internecie na : www.dobre-ksiazki.com.pl. Mają sporo i są tańsi od innych. Chyba nawet najtańsi. Chyba cos u nich zamówię. Zobaczę jak to funkcjonuje.

*

Popołudniem, tak bliżej godziny piętnastej jechałem wąską drogą łączącą dwie wioski. Po lewej pola, po prawej las, za którego wysokimi drzewami  powoli zachodziło słońce. W jego promieniach, niskich, omiatających drzewa zauważyłem, że ich pnie pokryte są lodowym płaszczem. Cały las lśnił lodem.

Zatęskniłem za wiosną. Bardzo

*

W centrum handlowym, na ławce, siedziała Pani. Spogląda na mnie gdy stałem w kolejce do kasy. Uśmiechała się kącikami ust, tak bardzo nieznacznie. Czułem się dziwnie. Gdy już zapłaciłem i idąc w kierunku wyjścia przechodziłem obok, uśmiechnąłem się także. Odwzajemniłem uśmiech. To było miłe. Ktoś się do mnie uśmiechnął. Nagle poczułem się jak wtedy gdy miałem naście lat. Już na parkingu, pod ziemią, uśmiechnąłem się raz jeszcze i nawet raz sobie podskoczyłem. Tak z nogi na nogę.

*

Pa