Sobota 31 maja 2014 – Trampolina i dokoła jeziora .

 

31 maja 2014 roku.

Po śniadaniu zjedzonym na dworze w towarzystwie słońca i miłego ciepłego powietrza zabrałem się do montaży prawie trzymetrowej trampoliny dla Księcia. Jaki był zadowolony gdy mógł już skakać ! A jak pomagał w montażu ! Podawał śrubki, nakrętki podkładki i sprawdzał, czy wszystko robię jak należy ! W końcu to jego prezent na Dzień Dziecka.

Uporałem się z tym zadaniem do południa. Zaraz po zakończeniu prac montażowych spakowałem plecak, na szyję zawiesiłem dwa aparaty, napełniłem wodą bidony, wsiadłem na rower i ruszyłem w drogę. Już po pierwszych metrach, które pokonując poczułem „wiatr we włosach” stwierdziłem , że to jest „to”. Obracając głową wokół jej osi sprawdziłem czy nikogo nie ma i zacząłem sobie wesoło podśpiewywać. Jadąc.

Bardzo chciałem Was zabrać więc co jakiś czas stawałem i robiłem zdjęcia. Wyszło jak wyszło, jest jak jest. Niektóre zdjęcia niewyraźne, niektóre bez sensu, ale razem pokazują drogę.

No to teraz zapraszam.

Ps.

Zrobiłem chyba jedno fajne zdjęcie i dziś jeszcze zamieszczę je, jeśli się uda na moim foto-blogu.

A teraz zapraszam.

No to zaczynamy. Ze wsi wyjeżdżamy starą asfaltową drogą, szeroką na jeden samochód.

Dojeżdżamy do łuku drogi i prze krzyżu skręcamy w lewo …

… i kawałek drogi dalej, kilkanaście metrów na rozdrożu skręcamy w prawo.

Teraz starą, częściowo wybrukowaną drogą jedziemy do lasu…

…. w którym przy wielkim polnym kamieniu skręcamy w lewo …

… dalszą drogą dojechać do …

….asfaltowej, z której zaraz skręcamy w prawo …

….na gminną plażę …

… obserwujemy zmagania windsurfera .

Po chwili przerwy ruszamy dalej stromym zboczem, z którego spadamy pięć metrów w dół .

Nic to jednak i po dojechaniu do strumienia skręcamy w lewo by dalej jechać wzdłuż linii brzegowej jeziora przy której czekają na nas atrakcyjne przeszkody jak ta …

… lub ta …

… lub ta . Jednak i ich czas się kończy i po chwili …

… możemy podziwiać urokliwą zatoczkę.

I raz jeszcze droga wiedzie na skarpie stromo spadającej ku jezioru, z tym że już nie spadamy w dół.

Bindugi jeszcze puste. Do sezonu jeszcze trochę czasu, przyroda łapie więc oddech.

Zaraz za opuszczonym i wystawionym na sprzedaż dworkiem myśliwskim skręcamy w lewo.

Jakieś dwa kilometry asfaltową drogą …

… i po skręcie w lewo wjeżdżamy w królestwo podmokłych łąk, gdzie rok wcześniej zmagałem się z kilkoma hektarami krwiożerczych pokrzyw i miliardami komarów wampirowatych. Co to była za walka !

Za starym kanałem w lewo i …

Po kilku kilometrach drogi w lesie wjeżdżamy do wsi z kościołem z skradzionym zegarem.

Ze dwa kilometry drogi brukowanej i ….

Odpoczywamy nad małą zatoczką gdzie dawkujemy sobie płyn filtrujący nasze nerki.

Po tej małej przerwie, jeszcze kilka małych kilometrów i wjeżdżamy do naszej wsi

No i jesteśmy w domu…

Dziękuję za towarzystwo, życzę miłego wieczoru.

Chorwackie zapiski – czyli rejs trwa i się dzieje !

W prawdziwy zachwyt wprawiły mnie mijane wyspy i ich brzegi. Niektóre skaliste ,„łyse” w kolorze wapiennym, których skały przetykane były złotymi nitkami. Inne z czapkami zieleni. Maleńkie, małe, średnie i duże. Wszystkie z niezwykle urozmaiconymi liniami brzegowymi. To było coś na co czekałem.

Oficer pokładowy wiedziony doświadczeniem nabytym w trakcie setek jeśli nie tysięcy rejsów, w których pasażerami często pewnie byli moi rodacy szybko nawiązał z nami kontak,t wymieniając po imieniu i nazwisku polską jedenastkę z mistrzostw świata w Hiszpanii. Szczególnie cmokał przy Bońku i Lacie. Twierdził, że jest kibicem Dynama Zagrzeb i był członkiem kadry narodowej Chorwacji w piłkę ręczną. To mogło mieć miejsce. Miał posturę szczypiornisty. Stateczek płynął odkładając swym dziobem kilwater pełen białej i syczącej piany, świeciło słońce, było blisko południa, piliśmy wino. Grzało.

Dopływaliśmy do celu naszej wyprawy archipelagu kilku wysp, które jedną swoją stronę miały za niemal pionowe urwisko. Wrażenie było niesamowite, gdy płynęliśmy tuż przy nich unosząc wzrok do góry widzieliśmy z poziomu morza połączenie skalnego grzbietu z błękitnym niebem. Oczywiście niemal natychmiast zapragnąłem mieszkać na takiej wyspie w charakterze latarnika, który nocami wyłączałby światło, a następnie ratował z morskiej kipieli ładne panny, które byłyby mi niezmiernie wdzięczna za ratunek. Dozgonnej wdzięczności nie oczekiwałem. W wyobraźni mojej mogłem przecież w każdej chwili ponownie wyłączyć latarnię morską. Te karygodne myśli urwało poczucie, że ktoś na mnie patrzy. Ona. Jej ciemne okulary nie pozwalały dostrzec w którym kierunku patrzą jej oczy. Tylko dlaczego ja, mogłem dostrzec kolejny raz ten subtelny uśmiech błąkający się wesoło w kącikach jej ust?

Oficer pokładowy wzniósł  chorwacki toast , my odpowiedzieliśmy – na zdrowie i wówczas on rozpostarł ramiona i zaczął śpiewać jakąś chorwacką pieśń. To było coś! Byłem dopiero co po koncercie Gorana w poznańskiej hali Arena, koncercie Gorana na Malcie, gdzie porwałem tłumy moim okrzykiem „ juri” i ciągle pod wpływem Kusturicy. Oficer śpiewał ja wymiękałem. Gdy skończył dostał takie oklaski, że dobrze było iż na ciągle bliskich wyspach nie było śniegu gdyż inaczej zeszła by lawina.

I teraz się zaczęło. Wino już działało. Ciągle byliśmy jeszcze we władaniu rozkołysu w jaki wprawiły nas fale pobudzone do życia przez Adriatyk łomoczący w pionowe urwiska wysp. Koledzy chodzili po relingach ( to te barierki oddzielające pokład od morza ) z minami godnymi uczniów szkoły tczewskiej i kursantów kapitana Konstantego Maciejewicza, a ich wzrok żądał krwi wrażej, najlepiej jakichś tureckich piratów. Szczególnie Mario miał minę jakby właśnie wszedł na Oko Lwowa i już chciał nawet coś meldować z góry, gdy dojrzał wzrok swej żony. Żony owych znamienitych kolegów, podobnie jak i moja, miały tę szczególną właściwość, że potrafiły wzrokiem zabijać. Cóż miał biedny Mario zrobić? Musiał szybko zejść na dół by nie zginąć wpadając z Oka do Adriatyku, usiadł obok swej żony i spytał – no co?

Na szczęście czas, słońce i wino robiły swoje. Już po chwili wzrok żon moich kolegów złagodniał i nawet zaczął z przychylnością patrzeć na innych mężczyzn przebywających na pokładzie. Wyglądało na to, że w powietrzy zawisło porozumienie i wzajemna tolerancja.

W pewnej chwili oficer pokładowy powiedział – no Polacy teraz zaśpiewają. Tego się obawiałem. Nikt z nas nie miał poszanowania dla naszej muzyki ludowej, nie znał przyśpiewek z Kurpiowszczyzny , czy melodii  od Szamotuł. Nie obawiałem się tego, że nie znamy i , że z tego powodu się skompromitujemy.  W końcu byliśmy u naszych chorwackich słowiańskich braci, a oficer pokładowy z czułością wspominał wizytę „naszego papieża” w Zadarze. Obawiałem się czegoś innego. I teraz właśnie nadszedł ten moment. Żona Maria, do której przedarło się w końcu wino w połączniu z słońcem, odstawiła kieliszek, klepnęła się obiema dłońmi w uda, zatrząsała  głową, a więc i grzywką niczym Krystyna Janda , uniosła ramiona w górę tak jakby chciała dzięki ich mocy odlecieć i z jej gardła wydobył się wesoły okrzyk – Sokoły !!!!!! .

Pieśń zabrzmiała. Szybko niemal wszystkie polskie gardła z dolnego pokłady dołączyły i już po chwili Sokoły wzniosły się do lotu z pokładu naszego stateczka, poleciały w kierunku pionowych urwisk, wróciły do nas wzmocnione potężnym echem. Oficer pokładowy nie był zaskoczony repertuarem. Były chwile, że nawet się przyłączał. Nie śpiewałem i minę miałem chyba nieszczególną, gdyż ja Jej ustach ponownie pojawiły się śmieszki. Gdy usłyszałem chór zgodnie śpiewający „ omijacie pegeery tam roboty od cholery” minę miałem jeszcze bardziej nieszczególną, gdyż Ona aby nie parsknąć śmiechem podniosła kieliszek do ust i zatopiła je w winie.

Była jeszcze wizyta na innej wyspie, w której interiorze znajdowało się płytkie jezioro wypełnione bardzo ciemną, mętną wodą z dnem bardzo mulistym. Woda miała tę szczególność, że unosiła nasze ciała bez naszego wspomagania.

Na kolejnej nurkowaliśmy u jej brzegów i zjedliśmy wspaniały obiad z owoców morza, które było na wyciągniecie ręki.

Do Zadaru wracaliśmy późnym popołudniem. Cudnie znalazł się pewien młody Włoch. Gdy młodzież zeszła na dolny pokład i próbowała coś podśpiewywać, on jednym gestem dłoni nakazał jej ciszę.  I przypomniało mi się wówczas jak moja urocza kuzynka, primabalerina, opowiadała kiedyś, że gdy jej ówczesny partner pojechał do La Scali na stypendium i już, już miał zacząć coś śpiewać, nagle usłyszał z za kurtyny czyjś śpiew, który bardzo mu się spodobał. Odwrócił się w stronę skąd ów śpiew dochodził i nagle zobaczył jak kurtyna się rozchyla i ukazuje się twarz mechanika sceny, który mówi –  „Mi dispiace, ti prego perdonami.” – przykro mi, wybaczcie proszę. To „techniczny” śpiewał, Włosi tak mają – zakończyła swoją opowieść kuzynka.

I teraz on, ów młody Włoch, chwyciwszy w dłoń jakąś białą papierową serwetkę walną takie „ O sole mio”, że my słuchaliśmy z podziwem podobnie jak bracia Chorwaci, pozostali uczestnicy rejsu, ryby i deliny w Adriatyku, oraz przelatujące w zasięgu swego słuchu ptaki.

Gdy ów młody Włoch zakończył śpiew rozległy się owacje na stojąco, Panie podsuwały mu swe ramiona, na których on ochoczo składał pisakiem autografy. Mario był nie bardzo kontent. Zdawało mu się bowiem, że jego żona chciała mieć autograf w kształcie napiętego łuku.

Ona ciągle patrzyła, trzymając swego małego pieska na kolanach. Na jej ustach błąkał się uśmiech i nagle do mnie dotarło. Dzieliło  Ją od mojej osoby sporo. Między nam siedziały dwie postaci. Ojciec i syn, Każdy z nich miał minimum 120 kg wagi, złoty łańcuch na szyi, kark szerokości głowy, na której próżno było szukać włosów. Obok mnie natomiast siedziała moja żona.

Wino, śpiew, chorwacki zmierzch.

Dobijaliśmy do portu. Wysiadając ze stateczku i stawiając na molo swe stopy, dostrzegłem Ją. Oni szli, Ona natomiast odwróciła się do mnie i trzymając swego małego pieska w swych dłoniach, chwyciła jego łapkę i pomachała nią do mnie, a jej twarz na mgnienie oka rozjaśnił uśmiech.

Długo, bo do dziś zastanawiam się dlaczego.

*

A te wyspy Ewo to wyglądały mniej więcej tak :

niniejszym oświadczam, że nie jestem autorem tych zdjęć i skopiowałem je w dobrej wierze z zasobów internetu.

*

Życzę miłego wieczoru.

Chorwackie wspominki czyli – biel, błękit w okolicach Zadaru, rejs na wsypy, z córkami tak już jest i Ona.

Siedziałem na kanapie w salonie i piłem poranną kawę rozmawiając  z Mario, gdy ktoś właśnie zapukał do drzwi. Nie pamiętam już kto je otworzył wpuszczając tym samym do zacienionego roletami zasłaniającymi okna pomieszczenia, złotą poświatę i ciepło poranka.  W ten oto sposób już po chwili rozmawialiśmy z chorwackim sąsiadem, którego znajomy organizował wycieczki stateczkiem po morzu. Chorwat mówił łamaną polszczyzną, ale tak barwnie , tak gestykulują rękoma i podkreślając swoje słowa mimiką w taki sposób; że już po chwili widziałem w nim kapitana statku, siebie na jego pokładzie, który unosił się i opadał z rytmem, jaki nadawał mu adriatycki rozkołys.

Na drugi dzień całą grupą szliśmy portowym molem, które swoją bielą wbijało się w błękit morza, które na horyzoncie łączyło się z błękitem nieba. Był bardzo ciepły chorwacki poranek. Gdzieś za naszymi plecami słońce kończyło suszyć zadarski bruk, pamiętający chyba jeszcze rzymskie czasy, któremu mgła świtania nadawała szklisty wygląd.

Stateczek – też biały –  stał przycumowany do nabrzeża lekko się kołysząc. Jego załogę stanowił sternik-kapitan i „oficer pokładowy”. Dwa chorwackie wilki morskie. Dwa pokłady. Górny był zwykłym zadaszeniem nad pokładem „głównym” ,na który można było wejść po specjalnej drabince i szybko został zajęty przez naszą i obcą młodzież, spragnioną słońca i wolności czyli braku towarzystwa rodziców. Osoby nieco starsze od młodzieży rozsiadły się na pokładzie „głównym”. Nie byłbym sobą gdybym nie wszedł na górny pokład i nie chciał  zobaczyć jak z jego perspektywy wygląda niezmierzona przestrzeń morska leżąca przed nami, a właściwie z lekka falująca pod nami i poznaczona plamkami wysp. Już chciałem jedną nogę wysunąć do przodu, ręką podeprzeć się w pasie i przyjąć dumną i niezależną postawę, oraz minę jakiegoś pirata, najlepiej kapitana Blooda – mojego bohatera z dzieciństwa – ale widząc na sobie spojrzenie Córki, które mówiło – tato, proszę! – nie przyjąłem żadnej postawy, natomiast powiedziałem – ale tu kiepsko, słońce Was spali, idę na dół. Wzrok Córki zawirował przewróconymi oczami co mogło oznaczać tylko jedno – jaka ulga ! Cóż, w pewnym wieku tatusiowie przeszkadzają córkom bez względu na to w jakim kraju oboje się znajdują.

Rejs miał dwie główne atrakcje. Morze usiane wyspami, oraz młode chorwackie wino w dowolnych ilościach. To dopiero było wyzwanie!

Cumy rzucono, maszyna zabulgotała, buchnęło czarnym dymem, śruba zmieliła błękit Adriatyku. Ruszyliśmy. Przed nami było kilka godzin rejsu. Okolice Zadaru obfitują w taką ilość wysp, że nie można było się nudzić. Widoki zmieniały się co chwilę. Nie było mowy o monotonni. Dodatkową atrakcją, która pobudziła mnie  do wspomnień były mijane pełnomorskie jachty, długie na kilkanaście metrów, których załogi zajęte były pracą żagli, sterowaniem i zwykłym leniuchowaniem na pokładzie. Widząc kilka pierwszych z nich, niemal pozazdrościłem ich załogom. Później jakoś mi przeszło. Przypomniała mi się też moja ulubiona książka pod tytułem „Trzech panów w łódce nie licząc psa” autorstwa J.K. Jeromego. Co prawda książka opisuje żeglowanie po wodach Tamizy w wesołej Anglii, ale to nie miało znaczenia. Dzięki niej bowiem wiedziałem jak przyjąć dumną postawę i minę pełną wyższości , które okazałem przepływającym mimo jachtom z wielką satysfakcją. Byłem pewien , że wyglądam przynajmniej jak milioner, który znudzony pływaniem pełnomorskim i oczywiście własnym jachtem, postanowił dla urozmaicenia popływać trochę zwykłym, rejsowym stateczkiem z kieliszkiem wina w ręku i w nie znanym sobie towarzystwie . Moja postawa pełna godności i wzbudzająca w jachtowych załogach szacunek dla mojej osoby, została uhonorowana przez nie gestem wznoszonych butelek z piwem, tudzież także kieliszkami. Nie wypadało być niegrzecznym więc mimo rozpierającej mnie dumy odwzajemniłem te gesty. Zostały one dostrzeżone przez resztę naszego towarzystwa i już po chwili radosne polskie – na zdrowie wraz z także radosnym chorwackim – Živjeli , ganiały sobie nad falami Adriatyku zderzając się, szybując w kierunku nieba, lub spadając bezgłośnie do wody wesoło, odzwierciedlając tym nasze nastroje.

Siedziała naprzeciw. Miła czarne włosy , czarne okulary oparte na zgrabnym nosku. W kącikach ust lekko, niezauważalnie dla nikogo innego igrał zagadkowy uśmiech. Na jej kolanach skrytych pod materią białych spodni siedział mały piesek.

*

Ciąg dalszy nastąpi gdyż był.

Miłego wieczoru życzę.

 

28.05.2014 r. Marcin Meller straszliwie mnie wzruszył, i takie tam; o deszczu i o tym , że smęcę.

Środa 28 maja 2014.

*

Marcin Meller w swoim ostatnim felietonie zamieszczonym w Newsweeku, pisze o mamie. Pisze tak, że za serce chwyta, zniewala i wzrusza. Gdy się wzruszam dalej nie czytam, gdyż się boję , że nie wytrzymam i zwyczajnie się poryczę. Tak więc zostałem wzruszony, z jedną połową przeczytaną, a drugą nie. Nich tak zostanie. Marcinowi natomiast dziękuję.

*

Passent, Tym, Kałużyński, Stomma, Wojewódzki i teraz Meller. Od nich zaczynałem i zaczynam czytać tygodniki.

*

No i dotarł do mnie deszcz. Najpierw padał gdzieś tam daleko, tu zmoczył, tam podtopił, w innym miejscy wystraszył, a teraz drugi dzień spłukuje moje miasto.

Psy mają mokre mordy, dziwne miny, Leon wychodzi w deszcz niechętnie.

Zrobiło się barowo i sennie. A wiadomo, że gdy deszcz i chłód nawet ten wiosenny, taki na 8 do 12 C za oknem, to ja zaraz bym drzemał, czytał i do tego przykrywał się kocykiem. Nie kocem. Koc to koc. Kocyk to drzemki atrybut bez którego raczej kiepsko mi się drzemie.

O! Nawet teraz mi się oczy zamykają, a przecież na ekranie laptopa nie zamiata samochodowa wycieraczka.

Oj! Gdybym teraz, w ten deszcz gdzieś jechał sam, to wycieraczki szybko by mnie „unynały”. Zatrzymałbym samochód na jakiejś stacji benzynowej, zaparkował, rozłożył siedzenie, położył się, nastawił budzik tak na sześćdziesiąt minut, przykrył się samochodowym kocykiem (mam taki !) i zdrzemnął. W tle, z radiowych głośników Trójka Moja Kochana pieściła by moje uszy delikatną muzyką. Ech!

Jak mawiał mój ojciec – niech pada, deszcz potrzebny rolnictwu. Doprowadzał mnie tym do szaleństwa. Lato, urlop się kurczy ,a ten z tym rolnictwem.

Ale niech trochę popada. Będą grzyby. Deszcz jest potrzebny grzybiarzom.

*

Nie wiem jak Wy ale ja gdy drzemię mam stan „wieolosnów”. Mało , że snów wiele w krótkim czasie, to jeszcze każdy innego tematu. Bywa ciekawie.

*

Zaczynam myśleć o chorwackich zapiskach. Czas bym zaczął pisać o czymś innym. Nie mogę przecież nieustannie smęcić. Doprowadzę tym do szału czytających i samego siebie.

I teraz mam takie pytanie. Czy ja już kiedyś pisałem o rejsie na chorwackim stateczku wycieczkowym?

Czy ktoś to pamięta? Wie o tym ?

27.05.2014 r. – Bardzo ważny dzień i pewna rozmowa.

Dziś dla kilku osób był bardzo ważny dzień. Był. I to jest w tym najlepsze. Był ich nie wraca.

*

Nigdy nie byłem i już chyba nie będę grzecznym chłopcem. Zawsze siedział we mnie i siedzi także teraz ten, który czasami potrafi przejąć kontrolę i zaszaleć. Szaleństwa te bywają różne. Potrafię być wówczas niekonwencjonalny, mam wszystko gdzieś i zdaje mi się w takich chwilach, że mogę na piechotę iść przed siebie bez końca.

Po jakimś czasie wszystko wraca do normy i znów jestem jaki jestem. Mam cholerną mieszankę genów. Los sprawił, że połączone we mnie wodę z ogniem, delikatność z brutalnością, pewność z niepewnością, zło z dobrem. Gorzej się nie dało.

I łażę taki sprzeczny, rozdarty po tym świecie  i ciągle nie wiem jakim i kim do cholery jestem.

Nie wiem co to jest , przecież na wiosenne przesilenie już za późno. Coś mi odbija. Strach myśleć co z tego wyniknie.

Z takim stanem ducha, z tą wieczną niepewnością jak mogę wiedzieć czy dobrze przeżyłem swoje życie. Raz jestem z siebie zadowolony innym razem nic tylko się upić warto.

Nic, co mi dano to mam i muszę ten bagaż poplątania w sobie nieść do końca.

Porypane to wszystko, można zwariować i dobrze, że mam mocną psychę. Inaczej już bym odjechał.

Najgorsze to, że żadnych szans na poprawę. Co ja sobie naobiecywałem i co, jaki efekt ? Dupa !!!

Oczywiście, że mogę się pocieszać tym, że na świecie jest pełno takich jak ja. Tylko co mi po tym po tym? Jeszcze jeden dowód na to, że nie jestem wyjątkowym. To przecież porażka ! Lepiej już o takim pocieszaniu się nie myśleć, bo przyniesie odwrotny skutek.

I co ja mam z tym zrobić? Wiem, że zmienić się nie potrafię, żyć się chce jak cholera więc przyjdzie tak trwać w tym pomieszaniu.

Najgorsza świadomość, że czasami krzywdzę innych gdy mi odbije.

Czy to jest normalne ? – zapytał mnie któregoś dnia pewien facet na Mazurach. Siedziałem akurat na pomoście, paliłem faję, piłem piwo w oczekiwani na zachód słońca.

 

Chwilę myślałem i odpowiedziałem.

– Nie wiem ale Cię rozumiem. Bywa , że mam podobnie. Może jest jednak jeszcze inaczej, może nosimy jakieś maski jak antycznej greckiej tragedii i tymi maskami chcemy siebie wyrazić?

Coś mi się czasami wydaje, że nie mamy szans by się tego dowiedzieć. Przecież prawie siedemdziesiąt procent naszego mózgu pracuje nie wiadomo dla kogo. Wiadomo tylko, że nie dla nas – dodałem.

Napijesz się ? – zapytał

Zawsze – odpowiedziałem

Zaraz przyjdę – usłyszałem.

Słońce już zachodziło za lasami nidzkiego , słyszałem jego kroki. Drewniany pomost w połączniu z powierzchnią wody był jak pudło rezonansowe gitary.

Z naszego jachtu wyszedł zaspany Kajtek. Zapytał  – co jest ?

Nic – odparłem, będziemy pić – dodałem.

Jest jakieś inne wyjście ? – zapytał Kajtek

Nie w tym przypadku, nie w tym – powiedziałem .

Ech życie – usłyszałem.

Las na przeciwległym brzegu zdawał się płonąć.

Ja zaś pomyślałem sobie ilu siedzi we mnie ???

 

 

 

 

 

25.05.2014 r.

Niedziela 25 maja 2014 .

*

Może mały, jedno zdjęciowy remanent z deszczowej soboty? Ach ten szmer zgody! No to proszę .

Dość deszczu.

Pora pokazać werandę. To tutaj, gdy sprzyja temu aura: drzemię, czytam, myślę, piszę i patrzę w sufit. Także tutaj oddaję się lenistwu. To bardzo sprzyjające wszystkim wymienionym powyżej słabościom  miejsce.

Nie będę ukrywał, że tutaj także krążą wśród dzwonków zawieszonych pod sufitem Wasze postaci, zamienione w dobre Anioły.

Dzwonki to Wy, dzwonki … każdy z nich jest specjalny. Prawie zawsze wychodząc z domu trącam je dłonią i stając już na polu słucham jak gaśnie ich dźwięk. Dzwonki uwielbia trącać ze mną Książę .

Gdy siedzę, piszę, zawsze towarzyszą mi psiaki. Ja na kanapie, one na fotelach.

Dość o werandzie.

Niedziela, pogoda po godzinie jedenastej jakże inna od wczorajszej. Rymuję ! Słońce, a więc psiaki, aparaty, plecak ze statywem  i do Uroczyska !

Nie chcę kolejny raz pokazywać zdjęć z tego miejsca i ciągle o tym samym pisać. Nie chcę zanudzać.

Dlaczego więc o tym wspominam? Bo kurki znalazłem ! Jakie tam znalazłem! Wszedłem na nie. Rosły sobie między koleinami drogi zagubionej w Uroczysku. 25 maj – pierwsze grzybki. Nazbierałem dwie garstki.

To by było na tyle. Orła nie było.

Miłego wieczoru.

 

 

24.05.2014 r. Deszczowy, zwykły dzień.

Sobota 24 maja 2014 .

*

Ja już tak mam. Wyjeżdżając z miasta pomyślałem sobie, że może pierwszy raz tego roku, pochodzę sobie boso po ogrodzie, a wieczorem założę na nogi klapki.

Było jak było.

Dziś od rana chmurnie choć ciepło, bo ponad 20 C. Na słońce szanse raczej małe. Po śniadaniu – dogodziłem sobie cudownym jajkiem sadzonym – wychodzę na pole, dotykam dłonią trawy i na palcach ręki zostają mi maleńkie krople wody. Muszę poczekać z koszeniem.

Słabo spałem. Kładąc się spać nie położyłem na nocnym stoliku zegarka. Otwieram oczy, na dworze jasno, prostuję kości, przeciągam się , sięgam po zegarek, którego nie ma. I co teraz? Jak mam wiedzieć, która godzina? Jak mam wiedzieć czy spać dalej czy wstawać? Nie ma wyjścia – wstaję .

Człapię do kuchni, kilka łyków wody, idę na werandę , gdzie wczoraj zostawiłem zegarek. Biorę do ręki, patrzę, a tu 6.28 ! Pięknie ! A była okazja by pospać. Kładę się ponownie. Próbuję zasnąć. Już, już zasypiam gdy jakaś mucha siada mi na twarzy ! Wstaję, idę do kuchni, zabieram packę na muchy, wracam do sypialni, lokalizuję muchę, strzał. Kładę się i nic. Nie mogę zasnąć. W końcu jakoś się udaje. Sen przemilczę. Budzę się , patrzę na zegarek – 7.45. Nici z pospania.

Skoro z koszeniem muszę poczekać kładę się na kanapie na werandzie i czytam. Oczy same się zamykają po jakimś czasie. Budzę się przed 11.00 . Wychodzę na dwór, trawa ciągle mokra.

O godzinie 12.00 podejmuję nieodwołaną decyzję. Koszę bez względu na wszystko. W sumie ponad dwie godziny chodzenia za maszyną.

Trawa do pojemnika, pojemnik do samochodu i jadę do Imć Pana Szambelana. Gęsi już czekają, gęgają na całego na mój widok. Są nowi smakosze ! Pięć małych cytrynowo- zielonych kaczuszek. Jakie śliczne! Orle Bieliku nawet o tym nie myśl !

Gdy wracam zaczyna padać deszcz. I tak z małymi przerwami pada do 19.00. Nic to! Po powrocie wziąłem prysznic – było strasznie parno – otworzyłem sobie zimne piwo i zacząłem ponownie czytać.

*

W przerwach miedzy kolejnymi opadami wyszedłem na krótki spacer z psiakami. Nie wiem na czym to polega, ale po powrocie ze spacerów w taką właśnie pogodę, Pepe wraca do domu  prawie suchy, a Leon wygląda jak mop bez kija.

*

Na jutro zapowiadają słoneczny dzień. Fajnie i oby. Będzie okazja na długi, taki ponad ośmiokilometrowy spacer po uroczysku z psiakami, a rano może pochodzę na boso ? Zobaczymy.

*

O ile wiosna tego roku była wczesna i ciepła, to maj mnie trochę rozczarowuje. Spodziewałem się po nim więcej.

Zresztą jakie to wszystko ma znaczenie?

*

Gdy tak czytam to co napisałem nasuwa mi się myśl – zwykły dzień, bardzo zwykły, a mimo to jestem z niego bardzo zadowolony.

*

Miłego wieczoru.