30.06.2014 – No i wyglądam, Dzielny Marynarz no i Piękna Drzemka.

Niedziela 29 czerwca 2014 .

*

Drogą wśród pól szedłem. Tą samą drogą jechał samochód, w którym siedziały dwie młode pary. Uśmiechnięci. Na dachu samochodu cztery rowery. Ja z psami. Też byliśmy uśmiechnięci. I nagle przypomniałem sobie scenę z przed lat.

Skrzyżowanie. W maluchu dwie pary młodych ludzi. W Ładzie stojącej obok, dwie pary starszych ludzi. Dziewczyna siedząca obok mnie mówi – popatrzcie, tak kiedyś będziemy wyglądać.

No i wyglądamy. Oni pojechali, ja wróciłem z psiakami do domu.

*

Odbyłem z Księciem podróż naszą łodzią wikingów. Jak co roku zacumowała dziobem do jabłoni , a rufą do czereśni, których w tym roku nie było. Nieźle powalczyliśmy z kilkoma sztormami. Ominęliśmy kilka raf i śpiących wielorybów. Dobiliśmy do bezludnej wyspy gdzie kupiliśmy „fantu i cipsiki dmuchane” oraz znaleźliśmy skarb. Dzielny Marynarz On, zanim odbiliśmy od wyspy zjadł „marynarskie jajko niespodziankę”. Marynarze, ci dzieli mają dobrze.

*

Było ciepło, może nawet upalnie? Postanowiłem w końcu wsiąść na rower. Spakowałem plecak, na szyję zawiesiłem dwa aparaty. Gdy kiedyś zobaczycie faceta, któremu na szyi dyndają dwa aparaty i jedzie na rowerze to będę ja. No i pojechałem. Fajnie się jechało. Inaczej się nie da. Prawie cały czas z lekkiej górki, wokół pola, śpiew ptaków, bzyczenie pszczół, niebo niebieskie, słońce świeci, ja radosny, górą Orzeł Bielik, gdzieś w lesie Ryś.  Droga prosta. Do tego, by zwariować też.

W lesie podobnie. I nagle robi się szaro, gdzieś zagrzmiało. Zaczęło kropić, zawiał wiatr kołysząc koronami drzew. Ryś się schował, Orzeł wylądował, ptaszki ucichły, a ja ciągle radosny jak taki głupi podjechałem pod wiatę maszkaron. Już po chwili było dla mnie jasne, że to bez sensu. Nawet siedząc pod nią krople deszczu znajdowały do mnie drogę – wiatr . Od początku wiedziałem ,że te wiaty będą do ….. niczego ? . Pozostał mostek. Pięćdziesiąt, no może sto metrów. Pognałem. Miałem siedzieć pod tą okropną wiatą i moknąć nie mając ochrony przed wiatrem i przed tym, że będę sam na siebie zły , że nie znalazłem innego miejsca? Nie ! Zeskoczyłem z roweru, szybko poszukałem w lesie dwóch kijków – w lesie żaden sukces, na pustyni to by była sztuka ! Z plecaka wyjąłem dużą folię i już po chwili miałem swój namiot. Swój mały prywatny dom i świat, w Uroczysku, przy młynie Młynareczki. Szumiąca woda dołem tłumiona deszczem, którego krople dudniły w dach „namiotu”. Gdzieś górą wiatr. Położyłem się na deskach mostku. Patrzyłem jak krople deszczu „chodzą” stadami nawałnicy po powierzchni wody. Było cudownie. Co prawda nie pojawiła się żadna zbłąkana, zmoknięta i przerażona burzą turystka, spragniona bezpieczeństwa czyli męskiego ramienia i „kawałka suchej podłogi” , ale gdy drzemka brała mnie w swoje ramiona, ostatkiem sił moich myślowych dotarło do mnie, że to i lepiej. W pewnych okolicznościach przyrody drzemka jest najbardziej uwodzącą Damą.

A wyglądało to tak :

Miłego wieczoru życzę .

 

Reklamy

28.06.2014 – Wczorajsze zdjęcia, słowa dzisiejsze.

Teraz o tym jak było wczoraj:

Po wejściu na teren ośrodka wypoczynkowego przywitała nas orkiestra. Nazwałem ją „Orkiestra Drwali z Krainy Oz”.

Wieczorami pusto. Romantycy zapewne jeszcze w domach .

Ktoś ruszył w samotny rejs.

Nieliczni goście spacerują …

I podziwiają widoki, a wokół wieczorna cisza .

Wszystko jeszcze czeka .

i czeka.

Gdy zaczęło robić się ciemno, na piwo wpadły łosie.

Tak mniej więcej,wyglądał nasz wczorajszy „romantyczny, wieczorny, wypad nad jezioro”. Lubię te chwile.

*

Dziś było mniej romantycznie. Najpierw wahania pogody. O 9.00 rodzinne śniadanie na dworze/polu. Po nim kawa i długie, prowadzone w leniwym tempie, rodzinne rozmowy. Humory dopisywały. Jeszcze nas niesie moje/nasze zwycięstwo.

Później koszenie trawy, zabawa z Księciem, spacer z psami i dzień zleciał. Spokojnie, bez fajerwerków. Nie miałem czasu poleniuchować na hamaku. Może jutro się uda?

Jeśli dopisze pogoda, są duże szanse na rowerową eskapadę i hamakowe myśli.

Serdecznie pozdrawiam. Miłego wieczoru. Dziękuję za obecność na premierze 🙂

27.06.2014 – Pisane wakacyjnie, czyli wieści z werandy.

Piątek 27 czerwca 2014 .

*

No to dzieciaki pokończyły szkoły, rozsiadły się na ławkach w parkach i piją piwo. Niektórzy już około godziny trzynastej stali przy zjeździe na autostradę z kartonami w dłoniach, na których można było przeczytać: Berlin, Amsterdam, Madryt. Brawo !

*

Słyszałem o wynikach matur. Nieźle. Słyszałem o pewnym arcybiskupie. Straszne. Słyszałem o Iraku. Straszne . Dochodzę do wniosku, że może lepiej nie słyszeć . Straszne – to mało powiedziane.

*

Córka zarządziła „romantyczną wycieczkę wieczorną nad jezioro”. Cel – zobaczyć jak wygląda początek wakacji. No to zobaczyliśmy. Zagęszczenie domków kempingowych, zagęszczenie pola namiotowego i zagęszczenie pola dla kamperów. Nie zauważyłem rozbudowy sanitariatów. Zauważyłem nowy pomost – wreszcie, wyremontowane bary – wreszcie. Czysto i porządnie. Ktoś zadbał o „urozmaicenie przestrzeni”. No nie wiem.

Narobiłem sporo zdjęć. Jutro premiera.

*

Pojawiło się kilka milionów komarów. Jakieś takie małe. Nie wiem czy nie wyrośnięte takie, czy jakiś mały gatunek taki. Pewnie to komarowa młodzież. Krwiopijcy.

*

Rozwiesiłem hamak. Jutro będę na nim leżał, bujał się i myślał. Pewnie o głupotach. Chociaż może trafi się jakaś myśl nie głupia ? Kto to wie ? Przecież cuda się zdarzają.

*

Późno już. Dobrej nocy .

Pa

26.06.2014 – Mój pitawal czyli nie tylko księżyc ma swoją ciemniejszą stronę.

Czwartek 26 czerwca 2014 .

*

Ciepło dziś. Ponad 24 C. Na parkingu samochód nagrzany tak, że trudno w nim wysiedzieć. Klimatyzacja przez kilkanaście minut pracuje ciężko nim można poczuć jej działanie.

*

Pojechałem do sądu. Po drodze korki. Bałem się, że nie zdążę . Trochę nerwów. Jednak zdążyłem i byłem nawet kilka minut przed czasem. Ostatnie mowy. Sąd informuje, że wyrok za godzinę. Na szczęście siedziba sądu nowa, na dole, na parterze, świetna kawa. Rozmawiamy, spoglądamy na zegarki.  W budynku oprócz sądu znajdują się inne firmy. Obok, przy stolikach, młodzi ludzie siedzą, jedzą i piją. Jest po trzynastej. Korporacyjne przerwy na lunch. Zastanawiam się jak żyją, jak im się pracuje. Wskazówki zegarków mielą czas bardzo wolno. Nagle moje życie nie goni, nie galopuje, a prawie stoi.

Niby jestem pewny swego ale jest coś takiego we mnie, coś co powątpiewa w obiektywizm i bezstronność. I nie jest to powątpiewanie bezpodstawne. Poprzednią sprawę przegrałem i dopiero moja apelacja okazała się zwycięstwem bez odwołania. Teraz czekam na wyrok apelacji nie mojej, gdyż w pierwszej instancji wygrałem. To ich apelacja. Moich wrogów. Raz jeszcze analizujemy wszystko i ponownie wychodzi nam, że jest niemożliwym by przegrać. Trochę to pomaga.

Nie pomaga natomiast to, że sąd ma opóźnienie ponad trzydzieści minut. Chodzę po korytarzu, patrzę przez okna, spoglądam na sufit, zegarek. Wreszcie otwierają się drzwi, wchodzimy. Beznamiętny głos komunikuje, kto przeciw komu. Powód, pozwany, adresy, a ja czekam. Wiem na co czekam. Czekam na słowa „ oddala apelację”. Mało tego. Wiem po jakich słowach te nastąpią. I jest !

Oddala apelację ! Siadamy. Teraz można. Sędzia referujący przedstawia opinię sądu. W całości podtrzymuje wyrok sądu pierwszej instancji. Uzasadniając, powoli, jak walec wyciskający z gorącego asfaltu kształt, zapach i parę, miażdży stronę powodową. Po jakimś czasie ośmiesza. Na koniec stwierdza: ponieważ na sali jest publiczność zachowam słownictwo sądowe dla siebie i użyję określenia potocznego; argumenty i zarzuty powoda kupy się nie trzymają. Wyjaśnienia pozwanego są natomiast absolutnie wiarygodne.

Koniec.

Czuję , że ciśnienie mi skoczyło. Postanawiam w domu wziąć tabletkę.

Kiedyś, gdy to wszystko się zaczynało miałem taki pomysł , że wszystko to opiszę na blogu, a tytuł będzie taki: moja wojna polsko-niemiecka. Robiłem nawet jakieś notatki.

Dzisiaj patrzę na to inaczej. I choć wygrałem niemal wszystko, to nic na ten temat nie napiszę. Druga strona na to nie zasługuje. Nie zasługuje na to, by o niej wspominać. Niedobrze mi się robi na samą myśl o niej. Moje pięciometrowe szambo na wsi, nawet pełne, jest czystsze od intencji i działania moich wrogów. Podobnego chamstwa i braku zasad moralnych w życiu nie spotkałem.

Dziś jestem spokojny. Oni nie. Proponują jakieś ugody. Żałosne! To tak jakby Hitler proponował ugodę Koalicji w dniu 6 maja. Bzdura!

Teraz mam ich wszystkich w ręku.

Zapłacą. Nie tylko w finansowym aspekcie tego słowa. Zapłacą za wszystko. Za kłamstwa, oszczerstwa i podłość . Wszyscy !

Jestem jak wilkołak. Jest pełnia księżyca , wyszedłem z kryjówki i czuję krew. Nie tylko jej zew. Trzymam ich za gardło i puszczę dopiero w tej chwili gdy poczuję, że więdną i puszczę ich tylko po to, by padli u moich stóp.

*

Jak się okazuje nie jestem tak całkiem Niewinnym Czarodziejem. I coś w tym jest. Jak mawiał Cris – jesteś „pierdolonym” skorpionem. No jestem.

*

Ale poza tym jestem całkiem fajny, miły, błyskotliwy, inteligentny, absolutnie do lubienia, przystojny i czarujący.

*

Miłego wieczoru życzę .

Mimo wszystko 🙂

25.06.2014 – Nie ten sok, za długie skarpetki, nie ten sok raz jeszcze i takie tam.

Środa 25 czerwca 2014

*

Miałem plan. W szafie natknąłem się na beżowe, czy też bardzo jasno brązowe spodnie (ten mój brak rozpoznawania kolorów) i ucieszony tym faktem, zaraz dobrałem sobie niebieską koszuli. Jak szaleć to szaleć- powiedziałem sobie –i wyciągnąłem brązowe zamszowe mokasyny. Dobranie paska łączącego oba kolory stanowiło tyko formalność . I klops! Nie mam odpowiednich skarpetek! Mój plan ubrania się z „lekka szykownie z nutą nonszalancji” padł.

Postanowiłem się nie poddawać. Udałem się więc do sklepu, gdzie miałem zamiar kupić skarpety w odpowiednim kolorze. Do błąkającego się miedzy regałami ojca- czyli mnie -zadzwoniła córka i dowiedziawszy się gdzie jestem, poprosiła o sok pomarańczowy w ilości dwóch kartonów. Jasne. Czego się nie robi dla Córeczki.

Zadowolony z siebie kupiłem jeszcze miesięcznik, usiadłem w „cafe”, gdzie zamówiłem sobie zieloną jaśminową herbatę.

Gdy wróciłem do domu z przyjemnością wręczyłem czekającej na mnie Córce soki, a sam rozpakowywałem opakowanie z skarpetkami.

– Tato – dało się słyszeć – o jaki sok Cię prosiłem ?

– Pomarańczowy – odparłem

– Tak, tato, pomarańczowy, zgadza się – mówiła dalej Córka – dlaczego więc przywiozłeś mi grejpfrutowy ?

– To jest nic Córko – zakomunikowałem i zaraz dodałem – tato kupił sobie beżowe podkolanówki zamiast skarpetek w tym kolorze.

– Tato ! Proszę Cię, nie zapominaj więcej okularów – usłyszałem.

– Masz rację Córcia, to straszne, na dodatek kupiłem sobie ten sam numer miesięcznika. Mam teraz dwa !

Śmiech.

*

Przy tej okazji wspomnieliśmy sobie pewne zabawne zdarzenie. Otóż nasz znajomy M. był w związku z naszą znajomą E. co samo w sobie nie było niczym niezwykłym. Znajoma E. nieco się snobowała. Lubiła prezentować odmienność i być indywidualistką. Też nic niezwykłego. Niezwykłe było co innego. Otóż E. do drinka, życzyła sobie ZAWSZE sok grejpfrutowy co  diametralnie różniło ją od reszty towarzystwa, która używała do tego samego celu soku pomarańczowego. Tak było przez lata i każdy już wiedział, że dla E. musi być jak ZAWSZE. I oto pewnego razu, za granicą, w wieczór południowy, a więc ciepły M. uszykował drinki dla wszystkich, zaserwował je i usiadł. Nastąpiło wspólne aczkolwiek indywidualne umoczenie ust. Nagle dał się słyszeć głos E. Charakterystyczny głos E. w takich sytuacjach. M ! Dlaczego zrobiłeś mi drinka z sokiem grejpfrutowym, przecież wiesz dobrze, że ja ZAWSZE pijam z sokiem pomarańczowym!  Chciałem coś powiedzieć ale oczy żony i córki powiedziały mi – MILCZ ! No to milczałem. Długo natomiast nie mogła zamilknąć E.

*

Jak już to wspomniałem to jeszcze coś wspomnę. Chyba trzy tygodnie wstecz, pojechaliśmy wszyscy na basen. Było fajnie. W drodze powrotnej okazało się , że zapomniałem z szafki okularów. Powrót, tłumaczenie pani jednej i pani drugiej, w końcu komisyjne wejście do szatni, otwarcie szafki, którą miał już ktoś inny i … są ! Wszystko to jednak trochę trwało.

Tydzień później jedziemy ponownie na basen. W pewnej chwili Książę mówi – dziadku, ale okulary zostaw w samochodzie, dobrze ?

*

To wszystko to jest nic. Teraz powiem coś co nie ma żadnego związku z tym co powyżej, ale jest śmieszne. Otóż córka moja otrzymała do dyspozycji i do pracy oczywiście, nowiuteńkie Volvo. Następnego dnia rano, zeszła na podziemny parking, otworzyła samochód pilotem i usiadła z tyłu. Po około piętnastu minutach dotarło do niej, że musi usiąść za kierownicą, że to jej samochód.

*

Pewnie suszę.

No to kończę.

Miłego wieczoru życzę .

ps. a to pasek. Kupiłem na wyprzedaży . Kocham go , o ile można kochać paski.


24.06.2014 – Rockowo. Kolega czatuje i przeklina. Ostrzegam !

Wtorek 24 czerwca 2014 .

*

Muszę wykrzesać z siebie więcej energii. Strasznie zaniedbałem mój foto-blog. Kiedyś bez aparatu nie wychodziłem z domu. Teraz wychodzę. Straszne. Muszę się sam opieprzyć. Koniecznie. Zrobię to jutro.

*

W mieście koncert. Najechało rockowego narodu, że hej. Skóry , długie włosy, metal. Tak sobie spoglądałem na to bractwo i stwierdziłem, że ten zespół to musi być już stary. Zauważyłem dwie fajne fanki. Mama z córką. Obie wysokie, zgrabne i uśmiechnięte, skórzane kurtki, czarne jeansy. W domu muszą nieźle dawać czadu słuchając muzyki. Nie widziałem taty. Pewnie kiedyś nie wytrzymał. Ja tam rocka lubię, mógłbym z nimi zamieszkać. Śniadania bym robił na przykład i takie tam.

I jedno jest pewne. Fani rocka stoją o kilka szczebli wyżej na drabinie ewolucji, od tak zwanych kibiców piłkarskich. Nie tłuką butelek. Odstawiają je na bok. To już coś, Recykling na poziomie podstawowym ale jest!

Celowo nie użyłem słowa „kibole”. Słowo „Kibol” w moim mieście ma tak samo pozytywny wydźwięk jak słowa: brachol, babol, szwagrocha, baniol, kibel czy bimba. Tak więc od „kiboli” panowie i panie z różnych TV, to proszę Wasze złote usta trzymać z daleka.

*

Kolega mój postanowił czatować. Ja nie za bardzo się na tym znam. Tak czy siak, bywa w pokojach … towarzyskich? Mówił, że w godzinę od zalogowania miał kilkanaście „brań”. Wszystkie ze strony Pań. To był – jak wspomniał – jedyny pozytyw. Otóż wszystkie niemal Panie pytały o to samo i tak samo. Ponoć wyglądało to tak : skąd, wolny, gdzie pracujesz?  Czuł się jak ankietowany. W pewnym momencie, gdy postanowił „zagrać” i napisał: z Warszawy, rozwiedziony, stomatolog z własnym gabinetem, zrobiło się gorąco. I powiedział mi jeszcze, że jest „real” i „wirtual” i, że musi mieć „kam”, gdyż bez „kam” Panie uważają , że kłamie i jest małoletnim onanistą. Jasny gwint ! Taki komplement ! Zapytałem go skąd ma pewność , że Pani bez „kam” prowadząca z nim konwersację jest Panią. Spojrzał na mnie i powiedział – no wiesz! Zaraz po tym dodał jednak – o kurwa ! Powiedział jeszcze, że są niezłe „jaja”, gdyż ludzie wypisują w „kam” różne sentencje w rodzaju: nigdy nie mów nigdy, płacz oczyszcza i sprowadza uśmiech, tylko pan z kam po 50, lubię widzieć z kim rozmawiam, daj mi tę noc, obdarzony, no priv, nasłuchuj gdyż miłość idzie, tajemnicza i tym podobne. Kolegę wciągnęło chyba mocno. Wspomniał też o swojej porażce. Otóż pewną Damę obdarzoną wdziękami krągłymi, zapytał czy może zaproponować spotkanie i kawę. Padło – skąd ? Odparł, że to bez znaczenia gdyż przyjedzie, ma czym itd. Pani na to, że dziękuję ale nie, gdyż męża mam. Kolega mój potrafi być lotnym i wyczuwa sytuacje. Dlatego kontynuował ofensywę i zapytał: gdzie ten mąż ? W pokoju obok – padła odpowiedź. Kochacie się – zapytał kolega. Oczywiście, co to za pytanie w ogóle ? – usłyszał. Skoro się kochacie – kontynuował kolega – to dlaczego siedzisz tutaj, przed „kam” już ponad dwie godziny ? Co za cham – usłyszał. I  jebs ! Słowo „Jebs” jest naszym słowem z czasów młodzieńczych. Oznacza gwałtowny koniec.

*

Zastanawiam się. Byłem dzisiaj u rodziców na cmentarzu. Niby nic ale spojrzałem na daty. Ja pierdziu! Muszę się śpieszyć. Tylko spokojnie. Nadal czuję się szczęśliwy i jestem pełen życia! Po prostu byłem na cmentarzu, a tam już tak jest . Refleksyjnie 🙂

*

I tym pozytywnym akcentem kończę , zapraszam na jutro jeśli ktoś chce, a jak nie chce to niech nie chce i życzę miłego wieczoru.

23.06.2014 – Jestem szczęśliwy i takie tam.

Poniedziałek 23 czerwca 2014

*

Miasto-wieś-miasto-wieś. Kolejny raz, świadomie wpadam w ten rytm zmian, który potrwa do listopada. Dobrze mi z tym i choć w tym roku wygląda na to, że w sezonie letnim mogę raczej zapomnieć o urlopie to i tak jestem szczęśliwy. Co ja napisałem ? – jestem szczęśliwy ? Niech i tak będzie. Przecież będę miał Jego przez osiem weekendów i razem będziemy na polach i w lasach. Chcę przekazać Jemu wszystkie tajemnice, chcę by widział to czego inni nigdy nie zobaczą i chcę by zaczął uczyć się czarów. To dość przydatna umiejętność. Wiem, że będzie dobrym uczniem. Ma oczy czarodzieja, oczy uroczne.

*

Siedziałem na ambonie, gdy zadzwonił telefon. Kuzynka. Moja mała primabalerina. I teraz, po latach oddalenia, nie wiem na jak długo, zbliżyła nas śmierć. Dowiedziałem się, że do dziś kieruje się w swoim życiu zasadą, którą jej przed laty wyjawiłem. No coś takiego! Zapytałem – możesz mi ją przypomnieć ? . Tak na wszelki wypadek. Odpowiedziała. Kurcze – to ja kiedyś taki zasadniczy byłem?

No więc zadzwoniła i spytała czy może: wpaść na dwie godzinki. Cóż było robić. Zszedłem z ambony, wróciłem do domu, zapowiedziałem wizytę i czekaliśmy.

Przyjechała z „swoim”. Mało znam faceta. Mimo , że jej mąż , widziałem go z dziesięć razy w życiu? Maksymalnie. Jest mi obojętny z wskazaniem na sympatię.

Spytali czy mogę pomóc w pewnej sprawie. Obiecałem , że zrobię wszystko by pomóc. Dlaczego nie? Pomagać innym to przecież obowiązek i czysta przyjemność.

Trochę ich obwąchuję nieufnie. Nie jestem jakoś przekonany. Zapraszają na rejs jachtem do Szwecji. Nie wiem. Na wszelki wypadek zachowałem dystans. Jestem zbyt skrajny w swych uczuciach, taki „zero-jedynkowy”.  I co ? Zapragnę być blisko i znowu dostanę po łapach ? Nie wiem. Jakie mam intencje ? Dobre. Czasami brak mi … . Tak zwyczajnie.

*

No i w nadchodzący weekend zaczynam Letni Festiwal Filmowy. Premiera jak zawsze ta sama. „Dobry rok”. Nie może być inaczej. Jako numer dwa zaprezentowany będzie „Wind” Coppoli. To norma. Jakie filmy następne? Co do jednego jest decyzja, a reszta? Zobaczymy.

*

Dziś dzień ojca. Otrzymałem życzenia. I jak tu nie być szczęśliwym ?

*

Już nie nudzę.

*

Chyba czas powiedzieć – Dobranoc .