27.08.2014 – Moje wspomnienie o Wagnerze.

27 sierpnia 2014.

W dzisiejszym numerze POLITYKI Marcin Piątek o książce, biografii „Kata” Wagnera autorstwa jego syna Grzegorza. Już nie mogę się doczekać jutrzejszej wizyty w księgarni.

Poza Moimi Paniami Rezydentkami nie bardzo wiem, kto jeszcze zagląda na mój blog. Zakładam, że kilka takich osób jest i są to osoby młodsze. Dlatego teraz kilka słów wyjaśnień.

Dobrze, a nawet doskonale to już było. Teraz gonimy tamte czasy. O czym mówię? O naszych siatkarzach. W jednym „złotym ciągu” zwyciężyli na mistrzostwach świata w Meksyku, a po dwóch latach w olimpijskim finale w Montrealu. Starczy? Mało ? Proszę bardzo. W tamtych czasach reprezentacja Brazylii praktycznie nie istniała. Włosi ? Francuzi? Nie żartujmy proszę. Byliśmy my, Kuba i „Ruskie”. Ich lider walił takie ściny, że klapki parkietu fruwały jak klawisze fortepianu gdy grał wielki Liberace . I oni wszyscy przed polską reprezentacją klękali. Polska kadra była NAJLEPSZA.

To teraz garść, a właściwie garsteczka wspomnień.

Lato 1976. Na rowerze włóczę się po północnej Polsce. Lębork, Łeba, Słupsk, Kartuzy, Tuchola, Wdzydze … . Bywało, że nocowałem w schroniskach młodzieżowych, które prawie zawsze umiejscowione były w szkołach. Duże budynki, a nas kilka osób. Te puste przestrzenie, echo kroków i telewizor w rogu wielkiej sali. Zdawało się wówczas, że idzie się w jego kierunku kilometrami, a on stał w rogu na jakiejś szafce i milczał. W końcu, pod dotknięciem palca, jakiś klawisz uruchamiał odbiornik i już po chwili Montreal. Z kraju kartek na cukier przenosiłem się do „kapitalistycznego piekła”, a tam nasi wygrywali! Wszoła, Ślusarki … i Oni siatkarze .

Ich zwycięstwa nie oglądałem w TV. Pociąg robił te swoje: tu, tu, tu , tu …. Wsiedliśmy w Pile do pociągu, który wracał z nad morza gdzie zawiózł dzieciaki na kolonie. Kierownik pociągu był tak miły, że przygarnął nas i zabrał do Poznania. Sześć osób w dziewięciu wagonach. Sami. Zapach pociągu, światła mijanych peronów, gwiazdy i księżyc w pełni za brudnym oknem przedziału. Wysiedliśmy na stacji Poznań Wola. Nocą koła roweru śmigały asfaltem jezdni, srebro świateł ulicznych lamp, polewaczka, komar próbujący mnie dogonić. Gdzieś w oddali dźwięk , charakterystyczny dźwięk samochodu rozwożącego mleko. Butelki stukające w metal drucianych skrzynek.

Drogie piętro. Chwytam rower, a z nim plecak, namiot i targam te kilkanaście kilo skacząc po dwa stopnie bo mecz ! Nasi grają z „Ruskimi” !!! Wpadam do mieszkania, „starych” nie ma, nie wiem gdzie są. Włączam TV, jest ! To znaczy głos jest, gdyż obrazu brakuje. Ktoś nie dopilnował przekazu satelity. Nie pamiętam nazwiska … przepraszam … Jacek Zieliński? Siedzę na dywanie, za oknem nocny Poznań, otwarte drzwi na balkon, firana faluje dotknięta nocnym podmuchem wiatru i ten jego głos !!! Gapię się w srebro ekranu i słucham. Właściwie to słuchając patrzę , gdyż Zieliński szaleje !!! Daje takiego ognia komentując !!! Oni zdobywają złoto , a on zdobywa złoty mikrofon. Bez obrazy panowie komentatorzy …. Daleko wam do „tego głosu” .

Ja wiem … są wydarzenia , które kreują … bytem takiego świadkiem. Złoto ! Złoto na „słuchanego” .

Siedziałem na dywanie na środku pokoju, za oknem moje miasto, telewizor szumiał srebrnym ekranem i dźwiękiem dochodzącym z głośnika. Koniec.

W przedpokoju stał rower.

Panie Wagner , Panowie Siatkarze , kłaniam .

26.08.2014 – Kroniki: Towarzyskie i nie .

26 sierpnia 2014 .

*

Kronika Towarzyska

Wczoraj w trakcie biegania 99,99 % biegających pozdrawiało się nawzajem i ze mną. I to jak ! Ja pozdrawiałem Panie, a mnie pozdrawiali panowie, gdyż byli młodsi. No pięknie. Przez Hitlera ciągle czuję się niezręcznie unosząc lekko dłoń na powitanie. Pocieszam się , że moje przywitanie uniesioną dłonią bardziej przypomina gest porucznika Colombo. Zastanawiałem się nawet czy wszyscy nie wyglądamy jak biegająca zgraja narodowców. Szybko jednak odrzuciłem tę myśl. Oni nie są tak sympatyczni jak my – przekonałem sam siebie. Stwierdziłem wiec, że niepotrzebnie się przejmuję i dalej machaliśmy sobie wesoło dłońmi na powitanie. Powiem więcej, były nawet uśmiechy. Jeden młodzieniec się nie przywitał, ale usprawiedliwiam go, gdyż mijając mnie miał zamknięte oczy i słuchawki na uszach. Nie widział i nie słyszał. Dość ekstremalne zachowanie w czasie biegania. Nie próbowałem naśladować.

*

Kronika nie towarzyska

Robiłem sobie obiad. Moje ulubione danie. Makaron spaghetti, ½ zawartości konserwy turystycznej pokrojonej w bardzo drobną kostkę, cebula pokrojona podobnie, keczup, sól morska mielona (to moje nadciśnienie) pieprz czarny mielony, papryka ostra w proszku, oliwa. Gdy podsmażałem zawartość puszki na patelni, doszedł mnie niemiły zapach. Pochyliłem się na patelnią – ohyda ! Wszystko wylądowało w koszu.

Pojechałem do sklepu. Poprosiłem o spotkanie z kierownikiem lub Panią kierowniczką. Po chwili zjawiła się Pani, przedstawiła się i spytała o co chodzi. Wyjawiłem przyczynę mojej wizyty i wręczyłem Pani puszkę z propozycją by sobie powąchała. Nieźle ją odepchnęło. Spytała czy mam paragon. Odpowiedziałem, że nie mam, co Ona skwitowała : niestety, bez paragonu nie mogę wydać panu nowej puszki. Zdziwiłem się i po chwili potrzebnej na owo zdziwienie odparłem: puszki? A gdzie sól morska mielona, pieprz czarny mielony, papryka ostra w proszku, olej bardzo dobry, makaron, cebula, mój czas, a teraz do tego głód ?! Pani mi puszkę proponuje??? Ja już jej do rąk nie wezmę nigdy w życiu i proszę mi nie mówić, że bez paragonu nie dostanę puszki. Powiem Pani więcej- mówiłem w sposób zdecydowany –  gdy zacznę chodzić od klienta do klienta po sklepie i zacznę im podtykać puszkę pod nos i mówić co się tutaj sprzedaje, sama mi Pani odda nie tylko puszkę, ale i : sól morską mieloną, pieprz czarny mielony, paprykę ostrą w proszku, olej bardzo dobry, cebulę i rekompensatę za mój stracony czas i teraźniejszy głód. Mam to zrobić, przekonamy się ? – zakończyłem pytaniem. Panią zatkało. Mam ? – zapytałem ponownie. Proszę tego nie robić odparła. Żartowałem – odpowiedziałem. Przyszedłem tutaj ostrzec Panią, by mogła Pani zapobiec jakiemuś nieszczęściu i sprzątnąć z regału wszystkie puszki konserwy turystycznej „Sokołów” by się inni nie potruli.

Pożegnałem się i odszedłem. Dziwne ale nie usłyszałem słowa przepraszam i dziękuję. Zamiast nich, wcześniej, Pani zapewniła mnie, że się skontaktuje z producentem. No coś takiego! Niesamowite! Z producentem!

 

Byłem głodny, a wiadomo, że jak kto godny to i …. .

*

Rano się zdziwiłem. Termometr za oknem wskazywał 12 C ! Przetarłem oczy, spojrzałem raz jeszcze i to samo! Byłem w samych szortach więc zdejmowanie prania z balkonu było wyzwaniem.

Około południa postanowiłem wpłynąć na sytuację. Efekt pojawił się niemal natychmiast. Zaczęło się przecierać, a do godzinie czternastej było już prawie dwadzieścia stopni i słońce. Jak mawiał kochany Nikodem Dyzma w takich przypadkach – No !

Jednak coś jeszcze mogę.

*

Miłego wieczoru życzę Wam i Kochajmy się, po prostu się kochajmy

25 sierpnia 2014 – Komunikat .

Miałem dziś ciężki dzień, a gdy chciałem zrobić sobie obiad -mój ulubiony makaron-według mojego genialnego przepisu, to okazało się , że kupiłem puszkę z zepsutą zawartością.

To były straszne chwile !

Ciśnienie mi skoczyło. By je obniżyć poszedłem biegać. Właściwie to pojechałem biegać. Dawno nie biegałem o zachodzie słońca.

Prusznic zamienił się leżenie w wannie pełnej ciełej, pachnącej wody z nowym numerem „Polityki” w jednej ręce a dzwoniącymi kostkami lodu w drugiej. No i się rozleniwiłem straszne. Efektem mojego potwornego lenistwa jest ten wpis.

*

Kochajmy się . Po prostu.

*

Wasz N.C.

24 sierpnia 2014

Weekend minął pod znakiem wizyty Przyjaciół Księcia. Wszystkie moje plany poległy, ale nie za bardzo się tym przejąłem. W końcu czy za każdym razem muszę roboć to samo? Może przyszedł czas na chwilkę socjalizacji i przebywania w gronie kilku osób podczas wyprawy do lasu ?

Z przyjenością i radością obserwowałem jak Książę przejął rolę gospodarza i przewodnika. Opowiadał, pokazywał i czarował po swojemu. Mówiąc o skarbach całkowicie mnie zaskoczył. Skąd tyle wiedział ???

Myślę, że był to dla Niego bardzo udany weekend. Pokazał Przyjaciołom grzybne miejsca i  to jak wyglądają „kurki”, „prawdziwki”, których uzbieraliśmy ponad sto .

Chyba mam następcę. Ten chłopak zaczyna rozumieć las i widzę, że czuje się w nim dobrze.

Znalazłem też trochę czasu dla siebie . Udałem się do Uroczyska, gdzie ćwiczyłem z aparatem. Postanowiłem poznać jego możliwości, a przy okazji swoje. Dałem sobie czas. Nie oczekuję cudów. Oczekuję cierpliwości, pracy i zrozumienia . Staram się .

Chyba będę kończył , Przecież późno już . Pa i … miłego wieczoru.

Wasz N.C

21.082014 – L.G.

21 sierpnia 2014.

*

L.G. Gdybyśmy żyli w Stanach byłby z niego El Dźi. Żyjemy w Polsce więc pozostanie L.G.

Spędziłem dziś w jego towarzystwie prawie pół dnia.  To były straszne chwile. Nikt tak jak on nie ilustruje swoją osobą i sposobem mówienia, starego określenia: austriackie gadanie.

Pomimo tego, że przez lata nieco się uodporniłem, to nadal jego wielopiętrowe przemowy, potrafią wytrącić mnie z równowagi.

W naszych rozmowach potrafię zapanować nad sytuacją. Nigdy na przykład nie pytam: która godzina? Zanim uzyskałbym odpowiedź minęłoby tyle czasu, że pytanie stałoby się nieaktualne. Gdy L.G. opowiada o swoim pierwszym urlopowym dniu, a ja przy drugiej kawie dowiaduję się , że: właśnie zjedli śniadanie, w skład którego wchodziły; pomidory, ogórek, ser biały, szynka, dżem, a właściwie powidła, które zrobiła jego mama w ubiegłym roku, gdy razem nazbierali żurawin i teraz smarowali nim świeże, pachnące i ciepłe bułki, na których roztapiało się masło, a które kupił piętnaście minut wcześniej ich syn, który podjechał do sklepiku przy wydmach na rowerze, który zabrali z domu i przywieźli na miejsce nie na dachu, ale na specjalnym mocowaniu zamontowanym na tylnej klapie samochodu, gdzie było jeszcze miejsce na drugi rower-córki, a pozostałe dwa, to znaczy jego żony i jego samego przewieźli na dachu samochodu, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem, gdyż dzięki temu mieli wolną przestrzeń ładunkową w bagażniku ich samochodu, a jak wiadomo, na urlop zabiera się zawsze zbyt dużo rzeczy więc miejsca dla nich musi być wystarczająco, choć gdyby on pakował wszystkich to tego miejsca nie musiałoby być tak dużo i wówczas ….

No dobrze ! – przerywam i pytam, a gdzie byliście, co zwiedzaliście i gdy zaczyna się opis wszystkiego co zwiedzali, a ja już więcej kawy pić nie mogę ( to moje nadciśnienie) mówię : wiem, byłem, widziałem, świetne miejsce, fajnie, że tam byliście, a stamtąd gdzie pojechaliście ?

I tak jakoś udaje nam się porozmawiać bez ofiar.

Mało tego udaje nam się zachować coś więcej niż koleżeńskie relacje od kilkunastu lat.

L.G. Swoje wielopiętrowe myśli potrafi nie tylko przenosić na wielopiętrowe przemowy. Potrafi także wielopiętrowo pisać. Przykład ?

Proszę bardzo !

„Projekt zakłada zbudowanie platformy informatycznej, na której generowany będzie podgląd (online)zasobów wirtualnego magazynu ukazującego pełen asortyment towarów dostępnych dla klienta ostatecznego, to jest konsumenta lub grupy podmiotów gospodarczych ( np. sieć fili ). Podgląd ów będzie pozwalał wszystkim zainteresowanym na zapoznanie się z aktualnym stanem asortymentu wspomnianego magazynu wirtualnego i korzystanie z jego zasobów „.

Można prościej, na przykład tak.

Stworzenie strony internetowej, na której wszyscy zainteresowani będą mogli zapoznać się z  aktualnymi stanami magazynowymi wszystkich produktów, jest celem naszego projektu.

Cały L.G.

Ma tę nadczynność , zespół nadmiernego myślenia.

I teraz proszę wyobrazić sobie, że jest spotkanie biznesowe, L.G. coś referuje i się nakręca, nakręca, nakręca i tak te koronkowe myśli formułuje, że czasami zapomina o co go zapytano. I wówczas ja wpadam mu w słowo i mówię do niego: L.G. może odpowiedzmy na pytanie, które brzmiało … .L.G, się reflektuje, odpowiada, a nasi rozmówcy patrzą na nie z wdzięcznością.

Pamiętam jak kilka miesięcy wstecz, L.G. autentycznie uśpił naszych rozmówców. W pewnym momencie stuknąłem go lekko w łokieć i wzrokiem wskazałem na śpiące osoby siedzące po drugiej stronie stołu konferencyjnego. Po spotkaniu twierdził, że musieli wczoraj nieźle zabalować.

Innym razem tak się rozkręcił, że gospodarz spotkania powiedział: nie zdawałem sobie sprawy, że omawiany przez nas temat jest, aż tak rozległy. W związku z tym proponuję następne spotkanie za dwa dni o tej samej porze.

W samochodzie, gdy wracaliśmy ze spotkania usłyszałem: popatrz jak im uświadomiłem wagę problemu.

L.G.

*

Miłego wieczoru życzę.