Moje książki z miesiąca kwietnia 2015

*

Bill Bryson – ” Ani tu, ani tam”.

Książka wpadła mi w oko w Księgarni Matras. Z serii „NAOKOŁO ŚWIATA”, do której mam spory sentyment. Towarzyszy mi od lat szczenięcych – czyli od zawsze. Był czas, w którym zniknęła mi z pola widzenia. Powróciła w wielkim stylu Tiziano Terzanim i jego książką pod tytułem – „Powiedział mi wróżbita”. Następną, – także autorstwa Tiziano ( co za imię !!! ) – którą przeczytałem, była pozycja pod tytułem „Dobranoc panie Lenin”. Świetna. Jest jeszcze jedna, pod tytułem „Koniec jest początkiem”. To zapis rozmów syna z umierającym na raka Tiziano.

Nie mam odwagi.

Powracając do Brysona. Amerykanin, od prawie trzydziestu lat mieszkający i pracujący w Anglii, rusza na zwiedzanie Europy. Stolice krajów, najważniejsze miasta Europy. Ulice, muzea, spoglądanie ludziom w oczy i dusze. To co lubię i to co chcę robić. Mamy co prawda inne możliwości, ale … .

Spis treści bardzo obiecujący.

Decyzja. Kupuję . Oczywiście przez internet.

Czytając odnoszę wrażenie, że Bill Bryson, to pieszy Jeremy Clarkson. Może nawet kuzyn? Naprawdę sporo dawka podobieństwa. Nie wiem, może w Anglii tak mają.

Same Clarksony. Oby nie.

Książka ciekawa. Moim zdaniem bardzo blogowa. W Anglii ponoć „Bez wątpienia najlepsza książka podróżnicza roku! ”  według „Time Out”.

Nie znam Tima Outa. Wiem natomiast, że ma rację . Jest to najlepsza książka podróżnicza roku, autorstwa Billa Brysona w kategorii książki Billa Brysona. Tylko tyle.

Co nie znaczy, że nie przeczytałem jej z wielkim zainteresowaniem.

Muszę także przyznać, że autor ma zdroworozsądkowe podejście do „kwestii niemieckiej i nazizmu”. Osobiście mam z tym problem. Jak to Polak. Ofiara i sąsiad.  W swojej książce Bryson jak to Amerykanin w swoim domu mówi co myśli i się nie przejmuje :

” Stanąłem oniemiały przed jednym ze zdjęć, którego wcześniej nie widziałem. Na nieostrej fotografii niemiecki żołnierz mierzył z karabinu do skulonej koło pełnego zwłok dołu kobiety z dzieckiem na reku. Nie mogłem się oderwać od tego zdjęcia i próbowałem sobie wyobrazić, jaki człowiek byłby zdolny zdolny do czegoś takiego.

Takich obrazów raczej nie powinna oglądać osoba, która wybiera się na dworzec, żeby pojechać do Niemiec”

I jeszcze to :

” Uczciwość nakazuje przytoczyć słowa Waldheima, który twierdzi, że nie wiedział, że Żydzi z Saloników byli wysyłani do Auschwitz ” …

… ” Odczepmy się od tego człowieka. Kiedy SA spaliło 42 z 43 wiedeńskich synagog w Kristalnacht, Waldheim odczekał tydzień z przystąpieniem do tej formacji, a po Anschlussie odczekał kolejne dwa tygodnie, zanim zapisał się do nazistowskiego związku studenckiego ” …

… ” Austria powinna być dumna z niego i dumna z siebie … . Tylko wyjątkowy naród potrafiłby zaufać takiemu człowiekowi. Co za wspaniały kraj !  ” .

I jak to się nie zgodzić z starą mądrością, że podróże kształcą ?

Bill Bryson , „Ani tu, ani tam”, ZYSK i S-KA WYDAWNICTWO, str  121,275

**

Małgorzata Szejnert – „Usypać góry. Historie z Polesia”

Nie pamiętam w jakich okolicznościach dowiedziałem się o istnieniu tej książki. Gdy miałem ją w rękach i w spisie treści dostrzegłem, że będzie coś o zapomnianych flotyllach, starczyło mi jeszcze tylko rzucić okiem na ilustracje. Już. Kupuję !

Internetowa księgarnia „Matras”. Szybko, sprawnie i najtaniej.

Nie mogłem się doczekać. Przecież Polesie to Radziwiłłowie, Wańkowicza wspominki, kawał naszej historii i chyba najbardziej doświadczona bolesną historią, kraina II Rzeczypospolitej.

Autorka, Pani Szejnert, kilkunastoletnia szefowa działu reportażu Gazety Wyborczej, pisze tak, że dech zapiera. Bez patosu, fajerwerków, emocji. Wielka próba zrozumienia. Nie wiem jak to nazwać. Może tak? –  siądźmy, porozmawiajmy, przecież wszyscy jesteśmy ludźmi .

Mieliśmy swoje wielkie chwile w historii i nie mam tu na myśli odsieczy wiedeńskiej, kiedy to uratowaliśmy Europę przez zmianą wyznania. Moglibyśmy mieć dzisiaj niezły szariat znając niektórych … . Zostawmy.

Mam na myśli czasy, w których Polacy masowo tracili majątki po powstaniu 1863 roku, które carat wykorzystał jako pretekst by zabrać Polakom świetnie prosperujące gospodarstwa, ich samych natomiast skazując na zesłanie. Potem powrót na swoje wraz z odzyskaniem niepodległości, próba odbudowy, ponowny kataklizm  wraz z nadejściem wojny bolszewickiej , kolejny powrót po jej zakończeniu i spokój ledwie do 1939 roku, by w 1942 stracić nieodwołalnie wszystko na rzecz sowieckiego tałatajstwa. I to wszystko przy odrobinie szczęścia, czy też raczej pecha, można było przeżyć w jednym pokoleniu.

Straszne.

A jednak ówcześni Polacy unieśli ten ciężar. Tak. Byli TYTANAMI . Odeszli jednak bezpowrotnie.

Czasami myślę, że tej straty jako naród nie odrobimy. Nigdy.

Jest we mnie nienawiść do wszystkiego co „ruskie” i wiem, że nie jest to dobre.

Potworne zbrodnie wobec ludzi, kultury , a nawet bezbronnych grobów, które były sowiecką codziennością, a które ukazuje ta książka, mogą naprawdę zasiać w człowieku nienawiść.

 

Na szczęście są jeszcze takie osoby jak Małgorzta Szejnert, Maria Soderberg, czy Stefan Eriksson i wielu innych, w tym próbujący odnaleźć się w naszej wspólnej historii Białorusini, którzy słowem, czynem uczą tolerancji.

Co tu dużo pisać.

Autorce kłaniam się nisko i bardzo dziękuję.

***

Jonas Jonasson – ” Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”

Nie bardzo pamiętam jak trafiłem na Jonassona i „Stulatka … ” . Jakaś reklama na stronie Matrasu? Bardzo możliwie . Nieważne.

Przeczytałem jednym tchem. Wpadłem w cug u już. Do ostatniej strony nie mogłem się nadziwić jak to się stało, że Szwed, o tak szwedzkim nazwisku, napisał taką nie szwedzką książkę. Nie, nie mam racji. Przecież nie znam szwedzkiej literatury. Pewnie ten pragmatyczny naród, pół roku przebywający w ciemnościach i mrozie tak z minus czterdzieści stopni, takich pisarzy ma całe mnóstwo, a Bergman ze swoim kinem pełnym niedomówień, niepokojów, mroków i tajemnic jest szaleńcem i wyjątkiem potwierdzającym regułę. I pomyśleć, że dopiero przeczytanie tej książki otworzyło mi na to wszystko oczy. Dzięki Jonasson.

Wszystko w tej książce nasączone jest wybornym humorem, ironią i dystansem. Takie spojrzenie na Szwedów z przymrużeniem oka. Kiedy jakiś polski autor napisze taką książkę o Polakach? Ja wiem, Szwedom łatwiej. Nie mieli tylu przegranych powstań, dwóch wojen, okupacji Sowieckiej i takiej zmiany granic. Jakby tego było mało, od czasu, gdy obrabowali Polskę i Warszawę w czasach Potopu mają u siebie dobrobyt. Tyle nam zabrali !

Od dzisiaj patrzę na Szwecję inaczej.

Na Szwedów oczywiście także .

****

Petr Sabach – ” Pijane banany”

Każdy kto czyta  moje wypowiedzi na temat książek, które przeczytałem wie, że jeśli chodzi o Petra Sabacha, to jestem walnięty, kopnięty i absolutnie nim zauroczony. Nie wiem jak facet to robi, ale gdy biorę do ręki jego książkę, to z punktu żałuję, że ona się skończy.

Tak było i tym razem. Do tego żal, że tak mało stron i taki mały format, i że „Afera” wydaje tylko jednego Sabacha rocznie.

Żółtymi karteczkami zaznaczyłem sobie te trzy fragmenty książki, które chciałem zacytować. Nie zrobiłem tego, gdyż wyrwane z kontekstu, straciłyby sens.

Jak każda książka Sabacha i ta jest sznurem pereł, którego rozrywać nie wolno.

Scena z pociągu z facetem na stopniach, opowieść o tym, że gdy spadnie na nas lawina musimy przyjąć ją na zgiętych kolanach, czy scena w sądzie doprowadziły mnie do łez. Dawno tak się nie śmiałem.

Te trzy perły „najczystszej” wody pięknie mienią się wśród pozostałych. Autor pisze jak zawsze w taki sposób, że czytając książkę widzi się ją niemal w postaci filmu. Nie wiem jak to było, ale widziałem twarze chłopaków, matki, ojczyma i mocno zdziwionego milicjanta, którego dwa razy „rzuciło” na skodę .

Te małowymiarowe dwieście stron czytałem powolutku, cztery dni, by mieć jak najdłużej to co najlepsze.

I teraz co? Mam czekać znowu cały rok?!

Kurde !

 

*****

Jonas Jonasson – „Analfabetka, która potrafiła liczyć”

Ponoć najtrudniej przychodzi kontynuować niezwykle udany debiut. Inaczej mówiąc -przeskoczyć samego siebie. Jonasson pokazał, że nawet jeśli tak jest, to jego to nie dotyczy. Napisał książkę przy której ponownie wpadłem w czytelniczy cug. Niby to samo, niby tak samo, a jednak inaczej. Autor ponownie, bez najmniejszego problemu łączy, brawurowymi zbiegami okoliczności ludzi różnych ras z różnych kontynentów, tworząc karkołomne sytuacje.

Do tego wszystkiego, podobnie jak w „Stulatku”, wszędzie sączy się alkohol. Widać, że Szwedzi darzą ten trunek sympatią. Podobnie jak my .

Kilka scen rewelacyjnych!  Premier doprowadzający do porządku kuchnię hrabiny w obecności króla i kilku innych osób – genialne !

Przemiana anarchistów w  konserwatystów i akcja antyterrorystyczna oddziałów specjalnych to inne świetne „czary” autora.

Jonasson ! Pisz pan trzecią książkę ! A co ? A nie ?

*

I to już wszystko. Nie naczytałem się w kwietniu zbyt wiele, ale za to jak !

29.04.2015 – PPP czyli pseudonimy polskich polityków.

Jak mawia Pan Jerzy Iwaszkiewicz : o polityce nie piszemy.

No to nie piszemy.

Zbliżają się wybory, a politycy dostają małpiego rozumu.

Źle napisałem.

Przecież oni małpiego rozumu dostali już dawno, a teraz im się spotęgowało. Nie słucham ich od dawna. Zbyt siebie szanuję.

Usiadłem sobie wczoraj i sięgnąłem pamięcią wstecz. Były kiedyś czasy, gdy niepodległościowi konspiratorzy mieli swoje pseudonimy, z którymi po uzyskaniu niepodległości przeszli do legionów, a potem do cywila. Pseudonimy te nosili owi panowie z dumą, gdyż były dowodem ich patriotycznej postawy i honoru.

Dziś jest inaczej. Ponieważ politycy z wiadomych względów sami sobie pseudonimów nadać nie mogą, zrobiłem to za nich ja.

Oto one :

Krystyna „Głodek” Pawłowicz

Kazimierz „Kaziu” Marcinkiewicz

Tadeusz „Wiatrak” Cymański

Jacek „Burak” Kurski

Adam „Prosty” Hofman

Jarosław „Przegrany” Kaczyński

Jarosław „Wierny” Gowin

Joachim „Tawot” Brudziński

Mariusz „Przedziałek” Błaszczak

Antoni „Spisek” Maciarewicz

Zbigniew „Czerwone lico” Ziobro

Andrzej „Kandydat” Duda

Janusz „Zero” Korwin Mikke

Leszek „Żenada” Miller

To by było na tyle. Nie będę tracił więcej czasu. Nie chce mi się.

*

Miłego wieczoru życzę.

28.04.2015 – R.B. II.

Świeciło słońce, było ciepło, więc udałem się spacerkiem do CH. Chciałem spotkać R.B. i chwilkę z nim porozmawiać. Udało się. Był w pracy. Początkowo nie pogadaliśmy, gdyż ciągle ktoś nam przeszkadzał. A to Czeszka chciała sprzedać korony, a to jakiś facet cały w skórach i z kaskiem w dłoni pytał o ruble. Wilk jakiś czy co?

Zapytałem R.B. czy już coś skomponował. Odpowiedział z uśmiechem na twarzy, że tak. Było widać, że jest z siebie zadowolony. Dawaj nagranie – poprosiłem. Nie mam – odparł i dodał, że nagrywać może tylko przez mikrofon, gdyż dźwięki typu: bzci dryci, bzym, drym wydobywa analogowo. Zresztą – dodał – moje utwory są jednorazowe, nie potrafię ich powtórzyć, przecież nie jestem kompozytorem ! Przyznałem mu rację, nie jest. Mimo to wymogłem na nim, że „jakoś zapisze następny utwór i mi puści”. Doczekać się nie mogę.

R.B. stwierdził, że świetnie wygląda na tle swojego sprzętu. Te kable, przełączniki, pokrętła, suwaki – wiesz . Wiem. Oczywiście, że wiem. Sam przecież świetnie wyglądam na różnych tłach, na przykład na tle: roweru, lasu czy też wody. Rozumiem gościa.

Odezwał się kuzyn R.B. , T.B. Jest w Kanadzie. Zrobił to po latach. Coś tam Kanadyjczykom udoskonalił , przyznali mu patent i dostał „straszną kasę”. Teraz sam chodzi po wielkim domu, gdyż jego dzieciaki się wyprowadziły.

Dowiedziałem się czym jest rozwód po kanadyjsku. Otóż po otrzymaniu obywatelstwa Kanady można otrzymać rozwód z współmałżonkiem przybywającym na przykład w Polsce. Otrzyma on informację od kanadyjskiego adwokata mówiącą, że jeśli współmałżonek ma jakieś „ale”  to zaprasza do Kanady. Nieźle.

I pomyśleć, że kiedyś tam , siedzieliśmy na kocu w lesie, graliśmy w pokera na bejmy i piliśmy ciepłą wódkę.

*

Kilka dni temu zobaczyłem przecenioną do kwoty pięciu złotych płytę DVD. Odwiedzając księgarnię przy okazji odwiedzenia R.B. , postanowiłem ją kupić będąc przekonanym, że jest to film, o który mi chodzi, czyli „Match”. Widziałem go lata świetlne temu, spodobał mi się i chciałem go mieć. No to jak chciałem to kupiłem. Co prawda prosiłem Panią o film pod tytułem „Mecz” , a ona odparła, że ma film, ale pod tytułem „Zwycięski gol”. Znając zdolność polskich dystrybutorów filmowych do nadawania zagranicznym filmom polskich tytułów uznałem, że to bez znaczenia.

Znaczenie miało.

Rozpakowałem płytę u  R.B. i stwierdziłem, że to jednak nie ten film. R.B. chcąc mnie zapewne pocieszyć opowiedział, że kiedyś celowo kupił film z Redfordem i Pittem – coś o rzece to było, dodał – tylko dlatego, że były tam świetne sceny łowienia ryb na muchę. Cztery dychy dałem , a jak wiesz, choć mam sprzęt do dzisiaj, nigdy na muchę nie zacząłem łowić. Tym mnie pocieszył. Wydał 35 złotych więcej ! Ha !

 

 

 

 

27.04.2015 – Pan Profesor Władysław Bartoszewski …

Została mi o Nim pamięć i kilka Jego książek. I zrobiło się straszliwie pusto . Jeden z ostatnich Ojców Założycieli, światowy autorytet …. już Go nie ma .

Ziejący nienawiścią i otumanieni nadchodzącymi wyborami – mam nadzieję , że nieliczni rodacy – przyjdą na pogrzeb Wielkiego Człowieka i będą buczeć i wykrzykiwać głupoty. Jakże nikczemni potrafimy być, jakże nienawistni i źli, a przecież Pan Profesor Władysław Bartoszewski całym swoim życiem walczył o to, by innych szanować i nie deptać ludzkiej godności.

Dla mnie – tym razem do mojego końca – był, jest i będzie; drogowskazem uczciwości, prawości i honoru. Będzie tak, gdyż – jestem o tym głęboko przekonany – Ludzie tacy jak On, żyli na świecie to po to, by brać z nich przykład.

Jestem pewien, że na uroczystościach pogrzebowych ludzie dobrej woli będą w zdecydowanej, przygniatającej wręcz większości i godnie pożegnamy Wybitnego Polaka i Obywatela Świata.

Panie Profesorze …

23.04.2015 – No wreszcie, czyli nareszcie !

Zieleni się wszystko na całego w tempie oszałamiającym, ptaki wydobywają z siebie miłosne trele, Panie łaskawszym jakby okiem patrzą na facetów, którzy już nie patrzą, a pożerają wzrokiem Panie.

Wiosna.

Można chodzić w krótkim rękawku, w samej koszuli, człowiekowi jakoś lżej. Odszukałem swoje spodnie bojówki koloru beżowego bez łat. Kapelusz będzie pasował do nich jak byk, brązowy T-shirt ; delikatnie tkany, niebieski płócienny, z dwoma skórzanymi końcówkami pasek do tego, buty wędrowne też z niebieskim akcentem i oto jestem. Wiosenny ja.

Wiosna.

Będzie można jeść przy stole ustawionym na dworze, to znaczy na polu, to znaczy na polu w ogrodzie.  Uwielbiam to. Słońce delikatnie topi masło na chlebie ciepłym od słońca, grzeje w plecy, wszystko pachnie jak szalone i własny szczypiorek, który przed chwilą zerwał Książę.

Wiosna.

I będzie można zdrzemnąć się na werandzie i książkę czytać na leżaku i pojechać na rowerze do Uroczyska i wokół jeziora i na pola i w las i wszędzie .

I jeszcze będzie można zdjęcia robić, gdyż świat przestał być czarno-biały.

I wszystko w ogóle będzie można – mówię Wam.

*

To co ? To wiosennie – Pa .

22.04.2015 – Czytam w kapeluszu, facet nie chciał otworzyć.

Kupiłem sobie kapelusz. Żaden tam wypas. Zwykły turystyczny, z wywietrznikami. Lekarz mi zalecił, a nawet polecił. Powaga! Napisał tak : filtry 50 i kapelusz z dużym rondem. Z dużym rondem. Meksyk za daleko, więc skończyło się na Decathlonie. Jestem zadowolony. Wyglądam w nim nawet dobrze, co zakrawa na cud.

Moja Córka Kochana to tak. Byle co założy na głowę i zaraz wygląda rewelacyjnie. Ostatnio szliśmy na tradycyjny obiad do knajpki na Mickiewicza, a Ona w czapce. Skąd masz taką świetną czapkę – pytam i zaraz dodaję – rewelacyjnie wyglądasz, świetnie! W odpowiedzi słyszę: no tato (Ona zawsze tak – no tato) to zwykła czapka, założyłam bo mam mokre włosy.

Aha.

Teraz siedzę sobie w bibliotece i w kapeluszu, z którego jestem zadowolony czytam sobie Sabacha. Taka podwójna przyjemność. Mój kapelusz i Sabach. Przyjemność z łyżką dziegciu. Książka mi się kończy. Cholera. Czytam te małe dwieście stron już czwarty dzień, zwyczajnie „szkoduję”, a i tak się kończy!

Byłem w Matrasie odebrać zamówioną książkę. Podobnie jak wczoraj. I podobnie jak wczoraj obsługuje mnie ten sam facet. Już kiedyś mi podpadł. Antypatyczny typ. Stoję w kolejce, biorę do ręki jakąś płytę DVD z filmem za 5 złotych i zastanawiam się czy to możliwe, że to ten sam fajny film pod tytułem „Mecz”, który kiedyś oglądałem.

Moja kolej. Podaję nazwisko i numer kodu i proszę : czy może pan otworzyć? Chcę sprawdzić co jest w środku.

– Nie mogę, nie otwieramy – słyszę.

Kłamie! Wczoraj otworzył !

– Proszę otworzyć – nalegam i mówię dalej – chcę sprawdzić co jest w środku. Moje prawo.

Mówię to i jednym palcem odchylam do tyłu kapelusz, i wolno, bardzo wolno – tak na pół filmu, na podobieństwo Clinta Eastwooda z „Bez przebaczenia” – podnoszę wzrok. Moja prawa dłoń zsuwa się do dołu i szuka Colta . Facet zaraz będzie miał dziurę jak ping-pong na czole, nie ma zmiłuj !

– Nie otwieramy płyt DVD – słyszę.

Colt już odpięty, zaraz wyciągnę go jakem szybki i wściekły. Postanawiam dać facetowi ostatnią szansę.

– Odbieram od pana książkę podając kod?

– Tak – słyszę w odpowiedzi.

– To proszę otworzyć karton i sprawdzić co jest w  środku.

Zanim go zastrzelę prędzej zginie rażony moim wzrokiem, a nim padnie, strzyknę mu jeszcze tytoniem pod nogi, też jak Clint Eastwood .

– A ! Książkę ! Proszę bardzo !

Srardzo – mówię do siebie, odbieram ją mówiąc : do widzenia, odchodzę.

Cisza. Wszyscy w księgarni stoją jak wryci. Słychać tylko moje kroki i metaliczne brzmienie ostróg.

21.04.2015 – Na Gajowom !!! Czyli jeszcze o moim mieście. Moje miasto XVI .

Motorniczy, na każdym przystanku tramwajowym wychylał się przez drzwi i krzyczał z całych sił : na Gajowom, do zaizdni na Gajowom !!! Oznaczało to, że tramwaj kończył swój bieg na ulicy Gajowej, gdzie zlokalizowana była wówczas, największa zajezdnia tramwajowa w mieście, pamiętająca przedwojenne czasy.

Na Gajową, wymawiamy : na gajowom tej , docieramy prosto z ulicy Mickiewicza, i Zwierzynieckiej, przy której – co jest logiczne – mieściło się i mieści nadal, jeden z najstarszych ogrodów zoologicznych w Polsce.

powyżej widzimy „wylot” z ulicy Mickiewicza i skrzyżowanie z ulicą Zwierzyniecką. W budynku po lewej, w pomieszczeniach na parterze znajdował się kiedyś sklep „Pewex” przed którym stali cinkciarze. Nad nimi, na pierwszym piętrze w jednym z mieszkań dyżurowali faceci z „bezpieki” śledzący cinkciarzy. Na nich wszystkich patrzeli z ulicy przechodnie dobrze wiedząc kto jest kto. Tak więc Poznaniacy widzieli „bezpiekę” w akcji, która widziała cinkciarzy w akacji; którzy wiedzieli, że nad nimi bezpieka jest w akcji i że tym akcjom przyglądają się mieszkańcy Poznania.  Niedaleko, znajdował się bar piwny „Drukarz”, gdzie po skończonej „akcji” wszyscy szli na piwo. To dopiero były jaja !

Teren zajezdni to było dobrych kilka tysięcy metrów kwadratowych, gdzieś tak pod sto tysięcy. W okolicy, w kamienicach, które stały po drugiej stronie ulicy mieszkali moi koledzy z podstawówy, więc skok przez płot zajezdni by poszwendać się po jej zakamarkach i nie dać się złapać tramwajarzom należał do sportów obowiązkowych.

Ten fragment dzielnicy dzielnicy Jeżyce, zbudowany przed wojną, nosił piętno Bauhausu i Secesji. Dziś jest to niedoceniany przez turystów fragment miasta. Oczywiście jak wszędzie tak i tu, w czasach komunistycznych jakiś głupiec, jedną głupią decyzją zostawił po sobie ślad na wiele, wiele lat. W domu widocznym na pierwszym planie (dla jego mieszkańców w moich młodych latach, także dostarczałem ziemniaki, więc jego piwnice znam jak własną kieszeń) mieszkała i tworzyła Kazimiera Iłłakowiczówna.

Z starej zajezdni pozostało niewiele. Pozostawiono starą zabytkową halę i budynek administracyjny zajezdni. Całą resztę zburzono. Słyszałem, że Zajezdnię kupili w czasach swego boomu Hiszpanie i mieli zamiar zbudować w tym miejscu kompleks mieszkalno-rozrywkowo-handlowy. Ciekawe. Boom zamienił się w bum, a nawet bum, bum i dziś zostało gruzowisko.

Na pierwszym planie budynek administracyjny (czyż nie piękny?). W tle po prawej stronie za bramą widoczny fragment starej hali. Widać z niej bramy, przez które wjeżdżały tramwaje. Jakiś czas temu (dwa lata?) wszedłem na teren zajezdni mając nadzieję, że znajdę tam legendarny wagon „siódemy” , ale nic z tego . 

Przed budynkiem tablica pamiątkowa Solidarności. Tu także się strajkowało.

Mogliśmy całymi dniami stać przy tej bramie i obserwować jak wjeżdżają i wyjeżdżają z niej tramwaje. Tramwajarze nosili mundury i czapki. Bycie motorniczym to było coś! Panisko! 

Ponad dziesięć lat wstecz, a może nawet i dwadzieścia zbudowano w sąsiedztwie budynku administracyjnego zajezdni taki oto budynek. Pewnie nieco przestylizowany, ale lepsze to niż komunistyczna złośliwość lub nic.

Nic natomiast wygląda tak 

I tak.

Kiedyś, w czasie Międzynarodowych Targów Poznańskich, ulica ta była zamieniana w jeden wielki parking autobusowy. Tysiące ludzi z całej Polski ciągnęło nią na teren pobliskich targów ,by zwiedzać, napić się za darmo brazylijskiej kawy, zebrać dwadzieścia kilko prospektów lub dostać jak ja, w pysk od pieprzonego komunistycznego milicjanta.

Czas płynie nieubłaganie. Nie ma już śladu po większości zabudowań zajezdni. I dobrze. To co ocalało warte jest ocalenia. Reszta za wyjątkiem wielkich „garaży” dla tramwai była raczej bezwartościowa.

Budynkiem, który należało zburzyć bezwzględnie była stołówka zakładowa, gdzie kiedyś jadałem obiady. Starczyło w Dziale Socjalnym wykupić miesięczny abonament. Najgorsze posiłki w najgorszym miejscu jakie jadłem w swoim życiu. Kulinarny koszmar.

Zostały już tylko ślady.

Na Gajowom !!!!!!!!!!!!!!!!!