Moje książki z miesiąca września 2015 .

Wrzesień, literacko, zaczął się świetnie . Od 28 sierpnia na mojej półce z nowościami, wiszącej nad biurkiem, stał sobie … własnie … kto ?

*

Kurt Vonnegut – ” Popatrz na ptaszka”.

Tym razem opowiadania. I znów dopisało mi szczęście. W Media Markt ceny promocyjne i Król Kurt wpada mi w ręce za 9,98.

Czytało mi się dziwnie …. opowiadania ? Brak ciągłości fabuły, zmiana bohaterów, inne nastroje, ale na szczęście … cały czas On. Mistrz Vonnegut, pod którego urokiem byłem, jestem i pozostanę. Nie mam „papierów” na określanie upływu czasu, ale dla mnie Autor czternastu zamieszczonych w jednym tomie opowiadań pod wspólnym tytułem „Popatrz na ptaszka” jest autorem ponad czasowym.

Czytało się fantastycznie, a takie opowiadania jak „Okna na wiatr”,  „Klub Luby’ego” czy też „Cześć Ruda” są bardzo moje.

To była prawdziwa uczta, którą smakowałem małymi kęsami pojedynczych opowiadań, dzięki czemu przez dłuższy czas udało mi się oddalać od siebie „złe”.

No co ?

**

Jan Ignacy Paderewski – „Dzienniki”

Jak już kiedyś wspominałem – książka znaleziona w pojemniku na makulaturę stojącym miedzy innymi, których przeznaczeniem jest szkło i plastik. To było … w kwietniu. Tak, pamiętam … ciemno już było .

Polskie Wydawnictwo Muzyczne, koniec druku 1967 … 28 lat po londyńskim wydaniu oryginału. Jak na lata sześćdziesiąte i siermiężnego Gomułę i tak dobrze.

Czytanie tej książki to mój powrót do jej treści po latach … też już o tym wspominałem.

Nawtykałem jej moich żółtych karteczek !

Karteczka pierwsza – cytat

” Człowiekowi żyjącemu w dobrobycie i zbytku jest niezmiernie trudno zrozumieć, że ktoś inny może cierpieć biedę. Wymaga to dużego zasobu wyobraźni, i lepiej by się działo, gdyby ludzie częściej chcieli się na nią zdobyć! ”

Bez komentarza. Zbyteczny. Głupcy na mój blog nie zaglądają .

Karteczka druga – o piesku !

Wyobraźcie sobie, że w Szwajcarii Paderwski zaopiekował się bezdomnym pieskiem, którego przygarnął i którym opiekował się przez kilka miesięcy. Po jakimś czasie piesek zaczął robić się zły, warczący i uciekł z domu. Pojawił się był nawet na dworcu gdy Paderewski wyjeżdżał w kolejną z swych rozlicznych podróży! Niestety nie reagował na wołania i został na peronie sam … . Pozornie !

Okazało się bowiem, że ów piesek sam sobie dobierał towarzystwo, zmieniając je co jakiś czas, gustując oczywiście w domach ludzi zamożnych.

Jak powiedział dorożkarz – który wiózł Paderewskiego do domu po powrocie z podróży – widząc spacerującego ulicą pieska : to pies Nicpoń proszę Szanownego Pana.

Karteczka trzecia – cytat :

” W moim pojęciu wiele krzywdy wyrządzają dziś muzyce radio, płyty, a w szczególności coś, co nie mając nic wspólnego z muzyką, ma natomiast wiele z pośpiechem, a mianowicie – samochód. ”

Karteczka czwarta – cytat :

” Było to dawno temu, kiedy telefony dopiero zaczynały dręczyć ludzi.”

Czasu brak na cytowanie wszystkich karteczek, bo jeszcze pajączek i papuga … .

Mistrz Paderewski wspomina w swoich dziennikach czasy w których nie żyłem, ale za którymi tęsknię .

***

Francois Forestier – ” Marlon Brando”.

Jeśli ktoś z Was, czytających, ma ochotę zohydzić sobie postać dotychczasowego idola, czy raczej …. osobę, której obraz wykreował sobie na podstawie jej ról filmowych, to proszę bardzo. Ta książka nadaje się do tego idealnie.

Jeśli ktoś tak lubił Marlona jak ja … .

Po cholerę to czytałem? Cóż tak już bywa. Spłynie spiż i zostaje ……. .

Właśnie.

Darujmy sobie.

****

Michael Dobbs – ” Ograć Króla – Hause of Cards”.

O ile część pierwsza tej politycznej opowieści zapierała dech, a szczególnie w postaci amerykańskiego serialu z genialną według mnie rolą Kevina Space, o tyle ta część zawiodła mnie bardzo. I to nie dlatego, że Amerykanie w drugim sezonie serialu podnieśli poprzeczkę niebotycznie. Powód jest inny. Po prostu autor poszedł po najmniejszej linii oporu.

To i mnie teraz nie chce się więcej na ten temat pisać .

 

Miłego wieczoru życzę .

 

 

 

 

 

 

28 września 2015 – R.B. czyli rozmówki niemiecko-polskie.

To było jakieś trzy, dwa tygodnie przed wprowadzeniem stanu wojennego – rozpoczął swoją opowieść R.B. Pojechaliśmy maluchem do Niemiec – Erefenu,  do znajomych mojej ówczesnej kandydatki na żonę. W okolicach Magdeburga – Enerde – samochód się zepsuł. Na autostradzie. Jakiś życzliwy Niemiec z Enerde stanął i zaczął się pytać. Nie miałem zielonego pojęcia o co pyta – kontynuował R.B. Na wszelki wypadek odpowiadałem dwoma tylko słowami : auto kaput , które kiedyś zasłyszałem bodajże w „Czterech pancernych … „. Auto kaput i auto kaput. Niemiec ciągle coś jeszcze mówił , ale w końcu dał za wygraną, machnął ręką, wyjął ze swojego Wartburga linę holowniczą i już po chwili jechaliśmy na holu. Nie była to długa podróż. Do najbliższego warsztatu samochodowego. Tam Niemcy zasypali mnie pytaniami, a ja ciągle to samo: auto kaput i auto kaput. Dość szybko zrezygnowali z dalszej konwersacji i jeden z mechaników wszedł do kanału by obejrzeć auto od spodu. Drugi siedział w kabinie malucha i próbował wrzucić bieg. Już po chwili nauczyłem się nowego słowa w języku niemieckim : kuplung. Słowo to w połączeniu z słowem „kaput” brzmiało : kuplung kaput. Teraz już wiedziałem, że moje auto kaput, bo kuplung kaput. Niemcy coś tam między sobą dyskutowali , rozkładali ręce i już po chwili jechaliśmy na holu na autostradę, z tym nie na „nasze” miejsce , a jak się okazało na parking przy stacji benzynowej. Musieliśmy mieć strasznie zasępione miny, gdyż po jakimś czasie zatrzymało się przy nas dwóch młodych Niemców „mercem”. Dowiedzieli się ode mnie, że kuplung kaput, auto kaput. Moja narzeczona nabrała ochoty na rozmowę i z pięć razy z rzędu wypowiedziała nazwę miasta do którego jechaliśmy. Niemcy pokiwali głowami , wyjęli linkę holowniczą i już po chwili holowali nas po enerdowskiej autostradzie w kierunku granicy, na której staliśmy się małą sensacją. Po przekroczeniu granicy nasi wybawiciele porozmawiali z erefenowskimi pogranicznikami. Nie bardzo wiedziałem o czym mówią, gdyż rozumiałem tylko kilka słów : kuplung kaput , auto kaput. Po jakimś czasie pojawiła się laweta. Mieliśmy wykupione obowiązkowe ubezpieczenie na kwotę 300 CHF. To nas uratowało. Jak się okazało kwota ta starczyła na zapłatę za naprawę kuplungu i za nocleg w pensjonacie. W warsztacie wiedzieli co mają robić więc o nic nie pytali. Pytała natomiast pani w pensjonacie. W sumie pytała o jedno : breakfast i breakfast ! I stukała się jeszcze w zegarek. Wiedziałem, że jest późno i raczej nie pora na breakfast, więc po którymś razie poszedłem do pokoju i przyniosłem kanapki wiezione w samochodzie jeszcze z Polski i powiedziałem do niej : nie jestem głodny, a jak będę to zjem kanapki. Swoje mam, z Polski. Breakfast – rzuciłem od niechcenia , swobodnie i na luzie, tak jakby język angielski był moim rodzimym. Chyba to do niej nie dotarło. Machnęła ręką i poszła. W nocy marznęliśmy jak cholera. Nikt nam nie powiedział, że musimy sami włączyć ogrzewanie. Dopiero po jakimś czasie dotarło do nas, że przecież Niemcy nie są głupi i nie grzeją w nieużywanych pokojach. Rano nie zastaliśmy w recepcji pensjonatu żywej duszy. No tak ! Przecież skoro wszystko było zapłacone z góry, a my nie chcieliśmy breafastu, to po co ktoś miał być w recepcji? Odbierając samochód nie nauczyłem się żadnego nowego słowa. Przecież : kuplung ok, auto ok – były mi już znane .

Znajomi narzeczonej : on – Niemiec , ona Polska, przyjęli nas bardzo gościnnie. Proponowali abyśmy zostali w Niemczech na stałe. Przecież u nas komuniści i będzie wojna, a tu załatwią nam pracę i mieszkanie. Na początek „socjal”, ale szybko będziemy na „swoim”.

Oglądając wieczorami TV zauważyłem, że Niemcy ciągle są głodni i chcą jeść zupę. Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się, że to nie „zupa” tylko: super. Oni na super mówią zupa.

Po kilku dniach miałem dość i chciałem wracać. Moja narzeczona chciała zostać. No to ona została, a ja wróciłem. Przez całą powrotną drogę na każdej stacji benzynowej uczyłem się nowego systemu spuszczania wody . Żaden nie był taki jaki miałem w domu.

Masakra.

*

Długo śmialiśmy się z tej opowieści. Po jakimś czasie śmialiśmy się jeszcze raz, gdyż i ja przytoczyłem jakąś swoją niemiecką opowieść.

*

Zgodnie stwierdziliśmy, że wówczas, w wczesnych latach osiemdziesiątych mieliśmy szczęście, że Niemcy nie mieli negatywnego podejścia do obcokrajowców i uchodźców. Tak im przecież obcych:  wyznaniowo, kulturowo, językowo i mentalnie.

*

Miłego wieczoru życzę wszystkim.

23 września 2015 – o tym dlaczego nie.

Dlatego „nie” gdyż zwyczajnie nie mam czasu. To znaczy czas jest ! Przecież na jego istnienie nie mam najmniejszego wpływu. Po prostu ciągle jakoś nie mogę wygospodarować chwili by napisać coś sensownego.

Byłem wczoraj u R,B. i fajnie sobie pogadaliśmy. Miał też dwoje fajnych gości, więc jest o czym pisać i jeszcze w głowie opowiadanie o dwóch słodkich jabłuszkach, które jestem gotów odtworzyć z pamięci. Swego czasu już miałem tekst prawie gotów, gdy nagle nacisnąłem nie ten klawisz i poszło !!!!!!!!!! wszystko w cyber przestrzeń. Nie wykluczam sytuacji, że tekst ów nagle pojawił się na ekranie laptopa jakiegoś Eskimosa lub Laotańczyka, co wykluczyło jego nie tylko zrozumienie ale także odzyskanie. Przecież nie umiem po eskimosku i laotańsku.

Tak więc cierpliwości Drogie Moje Czytelniczki ( czytelników nie mam ) , już niedługo coś się tutaj ukaże i to drukiem. Miałem kiedyś pomysł by pisać ręcznie na kartce , następnie ją skanować i wklejać tutaj ale to przecież bez sensu jest i to z tylu względów, że szkoda gadać.

Kończę bo głupoty piszę .

Wasz NC .

18 września 2015 – Na wsi jak na wsi.

No bo jak może być inaczej ? Na wsi jak w mieście ?

Chociaż … .

Ciepło dzisiaj. Z rana poszedłem do lasu na grzyby. Taki tam grzybny rekonesans. Było tak jak przewidywałem. Zero grzybów. Ponad dwa miesiące upałów zrobiło swoje. Wypaliło grzybnię do ostatniego grzybowego zarodka. Teraz trzeba czekać, aż grzybnia zalęgnie się od nowa. Wszyscy mówią, że takiej suszy nie pamiętają. No skoro nawet kanały Wielkich Jezior wysychają . Coś w tym jest. Może to i dobrze? Ostatnimi laty ludzi ogarnęło jakieś szaleństwo. Potrafili wydrapać z lasu ostatniego grzyba i gnać z nim do punktu skupu choć cena jeden złotych za kilogram była ceną skandaliczną. Nie wiem … skoro nie ma grzybów to czy mogą one się zregenerować ? Pojawić za rok tam gdzie już od dawna ich nie ma ? Oby. Wszyscy teraz mówią , że będzie długa i ostra zima. Po takim lecie taka być musi. Niech sobie mówią. Co mnie to obchodzi. Najpierw mówili, że lato tego roku będzie zimne i deszczowe. No to było : upalne i suche. Gdzie podziała się mądrość ludu? Niech tak gadają ile wlezie, a nawet więcej. Przynajmniej zima będzie krótka i ciepła.

Po powrocie z lasu, gdzie wałęsałem się w towarzystwie moich psiaków zająłem się pracami ogrodowymi.

Zlikwidowałem na przykład piaskownicę . Natyrałem się jak wół. Musiałem wywieźć dwie taczki żwiru, a żeby je wywieźć musiałem naprawić taczkę, którą ów żwir miałem zamiar wywieźć. Naprawa taczki polegała na wymianie koła i osi koła. Niby nic. Tylko, że otwór mocujący oś koła w jego uchwycie był za mały. Tez niby nic. przecież mam wiertarkę i wiertła. Tylko, że nie miałem wiertła dychy do metalu. Miałem dychę w widią do betonu. Były niezłe jaja. Szczególnie na początku wiercenia, gdy zapomniałem wyłączyć udar. Wiercąc wyglądałem jak porażony prądem. Dałem radę.

Nie tylko wywiozłem żwir, ale przywiozłem czarną ziemię, którą był uprzejmy w kilku wielkich kopcach podrzucić mi na łące zaprzyjaźniony kret. Wyrównałem teren, podlałem, zasiałem trawę, przykryłem ją płaszczykiem czarnej ziemi i ponownie podlałem. Usiadłem sobie przy stole, pod parasolem, popijałem wodę z sokiem i nagle zobaczyłem przyszłość, która wyglądała tak :

– Dziadku, a gdzie jest piaskownica. Moja piaskownica – zapytał Wnuk.

– Jak mogłeś tato?! – zapytała Córka zaraz dodając – przecież to piaskownica twojego Wnuka, spędził w niej tyle lat !!! Zabrałeś mu dzieciństwo i to bezpowrotnie ! Tyle wspomnień ma związanych z tą piaskownicą ! I to teraz ?!

– Nic! – odparłem . Przecież w tym roku, tego lata nie bawił się w piaskownicy ani razu. Po co więc piaskownica. W tym miejscu będzie można sobie leżeć na leżaku i czytać .

– To, że się nie bawił, to był jego wybór, jego decyzja, to jeszcze nie powód, by mu zlikwidować piaskownicę – szła na upartego Córka.

Machnąłem ręką odpędzając wizję przyszłości. Skończyłem sok.

Zabrałem się za koszenie trawy. Nie kosiłem jej dwa tygodnie. Tysiąc osiemset metrów kwadratowych koszenia slalomem wokół ponad dwudziestu drzew i krzewów.

Do tego zreperowałem drzwi do stodoły, przesadziłem dwa krzewy, nie pojechałem nad jezioro by się wykąpać i robić kiczowate i banalne zdjęcia zachodu słońca, nie czytałem książki, nie odpoczywałem i nie myślałem o niebieskich migdałach. To ostatnie to nawet dobrze mi wyszło. Po diabła myśleć o jakichś migdałach i do tego niebieskich?

W stawie przeciwpożarowym pływa ponad dwadzieścia kaczek rezydentek. Świetny widok. Kaczy dworzec. Jeden z sąsiadów je dokarmia. Nie może zrozumieć , że źle robi. Jeden z tych, który wie wszystko lepiej.

Podobnie jak ja. Ja na przykład wiem kiedy skończyć – teraz .

Miłego wieczoru życzę .

15 września 2015 – O niej, a siłą rzeczy i o mnie.

Był wieczór. Miałem słuchawki na uszach, słuchałem Trójki. Mój spokojny spacerowy krok co jakiś czas urozmaicałem sobie małym podskokiem. Tak już mam, jak dzieciak. Postanowiłem udać się do pobliskiego Centrum Handlowego nie mając ku temu specjalnego powodu. Po prostu chciałem się przejść, być jakiś czas wśród ludzi, zajrzeć do księgarni itd. Nic specjalnego. Jedne z tych nic nie znaczących chwil, które jednak są i chyba  trochę zbyt szumnie określa się mianem : życie.

I wówczas pojawiła się Ona. Nadeszła z prawej,  kończąc swój marsz po pasach i pokonując przejście na  ścieżce rowerowej. Szła kilka metrów przede mną, powoli, ubrana w lekki bawełniany dres, tenisówki. Lekko się zachwiała. Na głowie miała chustę. Znam ten typ chust, sposób ich noszenia i powód dla którego owija się nimi głowę.

Efekt chemioterapii.

Natychmiast  zrozumiałem przyczynę jej zachwiania, które powtórzyło się, gdy przechodziłem tuż obok. Zatoczyła się, a ja odsunąłem się szybko w bok i przyspieszyłem kroku.

Jak idiota, jak głupiec. Przez dziesięciolecia całe nabrawszy nawyku unikania kontaktu z pijaną osobą automatycznie niemal odskoczyłem na bok.

Idąc dalej z każdym krokiem byłem na siebie coraz bardziej zły !

Nie powinienem odskakiwać ! Przecież trzeba było zachować się inaczej. Wesprzeć, podtrzymać, spojrzeć w oczy , uśmiechnąć się i powiedzieć : będzie dobrze ! A potem lekko objąć, przytrzymać i dopiero po dłuższej chwili pójść dalej.

Po prostu okazać nieco serdeczności !

Nie potrafiłem.