Cieplice – Moje podróże małe i duże (5)

Myślałem o tym by raz jeszcze zanocować w hotelu „Pałac Paulinum” lecz przez głowę przeszła mi myśl – a gdzie będziesz biegać?

Racja. Przecież tam wszędzie jest z górki lub pod górkę, a ja już lata raczej nie te, by w ten właśnie sposób dawać sobie w kość. Bieganie wpisałem sobie w normalny dzienny rozkład zajęć, więc teraz tak planuję sobie miejsca na nocleg, by przed snem nie tylko coś wysączyć, ale także trochę pobiegać.

Zadzwoniłem do hotelu „Pod różami”, ale mężczyzna, który odebrał telefon był raczej mało uprzejmy. To mnie zniechęciło. Na moje pytanie o możliwość zarezerwowania pokoju odpowiedział : wszystkie są zajęte. Tyle. Jest pan pewien – nalegałem i dodałem – może pan sprawdzi. Niech pan dzwoni jutro rano – padło w odpowiedzi. I tak zakończyła się rozmowa.

Hmmm. I wówczas przypomniałem sobie o hotelu „Caspar”. Jest tuż obok i masz bramę do parku zdrojowego pod nosem – przekonywałem sam siebie. Zadzwoniłem, a miły kobiecy głos poinformował mnie, że owszem, są wolne pokoje. Poprosiłem więc o tak z widokiem na Pałac Schaffgotschów. Pani odparła, że postara się coś załatwić i że mogę spokojnie przyjeżdżać. Wziąłem sobie do serca je słowa i prawie cały następny dzień, w drodze do Cieplic jechałem bardzo spokojnie.

Gdy zajechałem na miejsce nie zastałem owej pani. W recepcji urzędował jakiś młodzian. W pokoju nie zastałem też widoku na Pałac. Widok jaki rozciągał się z mojego okna ograniczał się wielkiej ściany sąsiedniego domu. Wielka biała ściana, pięć metrów od mojego okna.

Zostaw ! – wydałem sobie polecenie i zaraz dalej przekonywałem sam siebie: Ona na sto procent się starała, ale jej nie wyszło, chciała, możesz być tego pewien, po prostu pech. Zostawiłem. Zasunąłem zasłony i było po problemie.

A teraz biegać, biegać, biegać! Szybki prysznic, przebrałem się w strój do biegania i ruszyłem w trasę. Gdzie biegać dowiedziałem się od młodzieńca z recepcji. Za parkiem zdrojowym jest drugi park i oba są fajne do biegania – oświadczył. Opierając się na jego informacji i na tym co wcześniej sprawdziłem w endomondo ruszyłem w trasę.

Zaraz za parkową bramą skręciłem w lewo i pobiegłem alejką położoną wzdłuż pobliskiego ogrodzenia. Co za widok! Park jak na dłoni, a w perspektywie karkonoskie szczyty.

No, no! Niezła sceneria bracie – odwal się, nie jestem twoim bratem – usłyszałem w odpowiedzi.

Zawsze byłem pełen podziwu dla tego, jak bardzo dawna arystokracja, budując swoje siedziby dbała o to co będą widzieć z okna lub siedząc na tarasie.

Dobiegłem do końca parku, przez uchyloną bramkę przedostałem się na zewnątrz, przebiegłem przez ulicę i po chwili kontynuowałem bieg z tym, że teraz w Parku Norweskim.

Po jakimś czasie zobaczyłem przed sobą wał przeciwpowodziowy. Byłem w domu! O tym wale czytałem na portalu o bieganiu. Wbiegłem na niego niezwykle swobodnym krokiem i bez zadyszki, będąc obserwowanym przez trzy Damy. Dobiegłem do tzw. „tamki”. Przystanąłem zaskoczony widokiem. Niesamowite ! – krzyknąłem sam do siebie po cichu.

Byłem pewien, że to tutaj właśnie młody Schaffgotsch przywoził powozem różne Panny i je obcałowywał w pięknych okolicznościach przyrody szepcąc im na ucha: ich liebe dich , a one : ich lebie die auch meine Schaffgotschku !

Co za miejsce!

Jakaś para kuracjuszy piła wino z plastikowych kubków, inna trzymając rowery zapatrywała się w horyzont, jeszcze inna się obcałowywała.

Tylko ja byłem sam.

No dobra! – Lubię Cię – powiedziałem sam do siebie.

I nagle przypomniało mi się, jak siedząc na tarasie Gasthof Ratskeller w Ansberg, pijąc piwo i spoglądając na piękne wzgórza leżące po drugiej stronie doliny, pomyślałem sobie, jak to możliwe by naród poetów, filozofów, genialnych kompozytorów, dał się uwieść jednemu nikczemnikowi, którego filozofią życia była nienawiść do ludzi innych niż on i jemu podobnym i do wszystkiego co było według nich obce. I teraz ta sama myśl naszła mnie raz jeszcze. I raz jeszcze nie potrafiłem udzielić sobie odpowiedzi i raz jeszcze rozłożyłem bezradnie ramiona, choć tym razem szanse na odpowiedź miałem większe. Jestem przecież wewnątrz takiego piekła.

Pobiegłem dalej. Już po pewnym czasie domyśliłem się skąd nazwa parku – Norweski. Zobaczyłem drewniany pawilon, którego architektura była bardzo bliska detalami do świątyni Wang w Karpaczu.

Robiło się ciemnawo. Do sześciu kilometrów jeszcze trochę mi brakowało, wiec kluczyłem po alejkach parku zdrojowego robiąc ósemki, kola, trójkąty. Jakaś Dama w szpilkach, torebką w dłoni , czarnej sukience sunąca zapewne na tańce do „Alberta” rzuciła  dokąd tak biegniesz ? Tam – odparłem i pobiegłem dalej.

I raz jeszcze prysznic, przebrałem się i wyszedłem z hotelu tym razem na spacer. Najpierw wysączyłem doskonałe piwo. Rozleniwiłem się i spoglądałem sobie na świat z kawiarnianego ogródka. Po jakimś czasie postanowiłem się ruszyć, wstałem od stolika i poszedłem na mały spacer.

Odkryłem dom Haussamana !

Szukałem innych nie mniej ciekawych …

Pochodziłem troszkę po deptaku…

i poszedłem spać. No dobrze. Wypiłem jeszcze jedno piwo .

Aha ! Poczytałem książkę !

*

I to tyle.

Przekażmy sobie uśmiech.

🙂

*

Chcecie zobaczyć jak się robi : tam ta rara ?

kilknijcie TUTAJ

*

Koniec .

Szary dzień podróżnika – Moje podróże małe i duże (4).

Wczoraj wieczorem, gdy spacerowym krokiem przemierzałem cieszyńskie zaułki, napotkałem po drodze, w parku, ławkę. Szczęściem, choć ciemno już bardzo, bramki do parku były jeszcze otwarte. Mogłem więc podejść do ławki, usiąść na niej z Wami i podziwiać cieszyńską magię. Patrzeliśmy sobie, podziwialiśmy i wszyscy, łącznie ze mną wydawali różne dźwięki. Hmmm, hrumm, mmmmm, oooooooo, achchchchchchc, oj! Aja jaj! I tym podobne. Jak łatwo się domyśleć były to tak zwane : dźwięki powszechnego zachwytu.

Ośmielony Waszym zachwytem zaproponowałem wspólne kupno wielkiego domu stojącego w rynku, który jest akurat na sprzedaż. Przemawiałem do Was mniej więcej w te słowa: kupimy ten dom, każdy będzie miał w nim swój apartament, jedna wielka biblioteka wspólna dla wszystkich, dywany, żyrandole, stojak na parasole, czytelnia, pracownia, wielka jadalnia, każdy z nas będzie gotował w inne dni no i jeszcze pokój do kłótni. Tak tam, nasz mały sejm. Co wy na to ? – zapytałem na koniec. Cisza. Rozejrzałem się wokół … nie było Was … tylko liście już takie jakieś jesienne i złote otoczki ulicznych lamp, wiatr słaby coś tam szepczący i magia Cieszyna.

Zostałem sam i ta ławeczka .

***

Dzisiaj od rana myśl mnie naszła taka, że oto nadszedł kres mojego sentymentalnego przywiązania do Dworku Cieszyńskiego. Po prostu koniec. Koniec i tyle. Gdy ochłonę i stać mnie będzie na pełen obiektywizm napiszę coś o tym.

Teraz zbyt jeszcze pełen jestem emocji.

***

Od rana kilometry, kilometry, kilometry … ,Jeżdżę z, a właściwie – za moim kolegą. Jest stąd, ze Śląska. Nie korzysta z nawigacji i gna autostradami i trasami szybkiego ruchu pozbawiając mnie możliwości zobaczenia Śląska z innej perspektywy. Nawijam więc na oczy i myśli moje, te asfaltowe wstęgi, rejestrując wzrokiem miliony przydrożnych słupków, kilka kominów, jedną kopalnię i kilka razy wjeżdżałem i wyjeżdżałem z Mysłowic.

Kilka udanych bardzo spotkań i jedna porażka. Z Kobietą !!! Czas mi umierać !

***

O 17.00 docieram do hotelu. Szybko coś zjadam, przebieram się i idę pobiegać. Muszę dotlenić mózg (to pretekst, przecież i tak kiepsko chodzi”) i rozruszać nogi i dupsko. Inaczej stracę czucie w nogach, a tyłek spłaszczy mi się jak patelnia. Co to to nie! Mam ponoć ładny mostek. To znaczy tyłek.

Przebiegłem ponad 7 kilometrów. Pewna Pani obserwowała mój bieg, a gdy skończyłem biec powiedziała, że lubi go.

???

***

Prysznic, przebieram się, przybieram uwodzicielski wygląd, poprawiam siwą grzywkę i idę na drugą stronę autostrady, kładką dla pieszych zawieszoną nad rozświetloną tysiącami samochodowych lamp i reflektorów drogą, do CH „Trzy Stawy”. No dobrze ! „3 Stawy” – ja pierdziu ! – ale ty namolny jesteś !. Muszę kupić dezodorant i loda. Rozpędzam się na maksa i kupuje jeszcze butelkę wina i mały składany korkociąg. Cieszę się z tego korkociągu jak głupi, czyli jak nie wiem co. Mój, mój mały prywatny korkociąg. Będę go zabierał do mojej podróżnej torby, woził go ze sobą po całym kraju, przez wszystkie cztery pory roku i będę mu kupował winka, by miał sobie co otwierać i nikt nie będzie wiedział, że on istnieje i że tak go lubię.

Zadowolony z zakupów idę po loda. Proszę o pistacjowe, ale lodowe Dziewczę odpowiada: nie mamy pistacjowych proszę pana. Dama stojąca obok patrzy na mnie dziwnie i mówi : polecam lody „wenecjana”.

O!

Poproszę dwa wielkie lody, takie po dziewięć kulek o smaku wenecjana. Lodowe Dziewczę patrzy na nas, no bo ja i Dama, i mówi z niemal łzami w oczach : nie mamyyyyyyyyy.

O!

A jakie Pani poleca – pytam .

Odzywa, uśmiecha się i proponuje: malinowe mocno pachnące!

Zamawiam po te dziewięć kulek dla Damy i dla mnie, siadamy przy stoliku i jak każdy, co ma lody w takiej ilości osadzone na jednym wafelku, nie robimy nic innego przez dziewięć minut jak tylko liżemy malinowe mocno pachnące. Języki mamy mocno zmrożone, wszędzie zapach malin, trochę nawet kapią, ale zręcznie wymijamy malinowe krople.

Po zjedzeniu lodów oboje milczymy. Nasze języki zamienione w lodowe kołki nie są w stanie wydać innego dźwięku niż tego, który słyszymy gdy kostka lody wpada do szklanki. Siedzimy więc i patrzymy sobie w oczy i są to bardzo mile chwile. Jej oczy… .Och! Co za Dama! W ustach lodowy kołek, w oczach ogień! Niesamowita. Gdy nasze języki dochodzą do siebie – każdy z osobna to chyba oczywiste – zdobywam się na odwagę i mówię: Mam fajne hiszpańskie wino, pół słodkie, naprawdę dobre – próbowałem, mam też super korkociąg – kocham go!  i szklaneczki w pokoju hotelowym, pokażę Pani zdjęcia – fajne robię, będzie miło … .

A Ona jakoś tak spojrzała na mnie i mówi: no wie Pan co? Teraz? Chyba pan sobie żartuje. Wstaje, patrzy na mnie przeciągle i odchodzi, a odchodząc dodaje – phi !

***

I tak to wygląda zwykły szary dzień mój.

***

Przekażmy sobie uśmiech

🙂

***

Sandomierz , dolina i pogórze – Moje podróże małe i duże – 3

Jechałem z Zamościa przez Janów Lubelski do Sandomierza. Prowadziła mnie nawigacja. Niesamowicie piękna droga. Odcinki kręte, wspinające się w górę, malownicze zjazdy w dół. Wjechałem na jakąś przełęcz. Przede mną rozciągał się widok na ciągnącą się kilometrami dolinę. Obraz zapierający dech w piersiach i ta świadomość, że nie ma co sięgać po aparat, gdyż nie jestem w stanie zrobić zdjęcia, które odda to piękno. Droga kręta, wąska, nie sposób było stanąć i podziwiać. Było to zbyt niebezpieczne. Żadnego pobocza. Zjechałem w dół i teraz podróżowałem środkiem tej doliny. Niesamowite miejsce! Pola małe, takie w pasemka różnych upraw, odłogów, łączek, szerokie zakrzaczone miedze. Odwykłem już od takich widoków. Niezwykła gra cieni, błękitne niebo z plamkami białych chmur. Czy ja śnię ? – pytałem się sam siebie.

Słuchałem radia, Trójki i nagle poczułem straszną ochotę podzielenia się ze wszystkimi uczuciem szczęścia jakie mną owładnęło. Wykręciłem numer 22 3333333 i dodzwoniłem się ! Miły męski głos przywitał mnie i zachęcił do mówienia. Powiedziałem, że właśnie jadę z Zamościa przez Janów Lubelski do Sandomierza drogą, która jest przepiękna, że jestem szczęśliwy i życzę wszystkim, by przez chwilę chociaż, poczuli się tak szczęśliwi jak ja. Dodałem jeszcze, że nawet fakt iż wlokę się niemiłosiernie za jakimś kombajnem, nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Życzyłem wszystkim wszystkiego dobrego.

Po jakimś czasie usłyszałem siebie w radio … . Niesamowite. Prowadzący audycję Robert Kantereit podziękował mi za miłą wiadomość i poradził bym uważał przy wyprzedzaniu kombajnu.

***

Bylem trochę na siebie zły. Ostatnie tego dnia spotkanie mogłem odbyć następnego dnia rano, ale ja, jak to ja, chciałem mieć to „z głowy” i teraz jechałem ulicami Sandomierza o zmierzchu, spóźniony by robić zdjęcia o złotej godzinie i poirytowany. Też mi się rozmówca trafił! Pisior całą gębą! Wszyscy dla niego to złodzieje, Żydzi i tylko patrzą by go okraść i wykorzystać. Facet tak krzyczał, że aż pluł. Na szczęście w porę się odsunąłem.

I teraz mogłem tylko patrzeć jak słońce chowa się za murami sandomierskich kamieniczek.

Rozpakowałem się, wziąłem prysznic, przebrałem i spacerkiem poszedłem na sandomierski rynek. Daleko nie miałem. Z hotelu Sandomiria to ledwie kilka kroków.

Postanowiłem zafundować sobie małą kawiarnianą sentymentalną podróż. Kiedy to było … 9 lat wstecz? Może. Byłem tu wówczas z MCK. Zwiedziliśmy kościół … . To było zabawne. Przewodnik na którego przypadkiem trafiliśmy usadził nas w kościelnej ławie i kazał się słuchać. Miał specyficzny styl snucia opowieści. Co jakiś czas rzucał myśl, pytanie i intonacją głosu przymuszał nas do kończenia słowa, myśli lub udzielania odpowiedzi.

Wyglądało to mniej więcej tak:

On – Wówczas Polska była wielka i dlaczego taką nie została do dzisiaj? Komu to przeszkadza ….

A my : ło !

On – Pierwszy rozbiór Polski … w roku  ?!

A my : 1772 !

Po jakimś czasie, mimo swego wieku i towarzystwa MCK, zacząłem się bać i poczułem się jak za dawnych czasów, gdy zdarzało mi się być nieprzygotowanym do lekcji i jak wówczas tak i teraz, pojawił się ten skurcz żołądka. Miałem ochotę uciec z klasy, to znaczy z kościoła, ale spokój MCK, jej uśmiech i iskierki w oczach kazały mi się uspokoić. Mieliśmy trochę szczęścia, gdyż pojawiła się grupa kolejnych zwiedzających, którą przewodnik usadził w innej ławie i teraz na nich skupił uwagę i im kazał kończyć zdania.

On – witam państwa serdecznie w perle polskich miast Sando …

Oni – mierzu !

Wspominałem to wszystko siedząc na tarasie kawiarni PTTK. Jak wówczas. Tylko te kilka lat wstecz siedziała obok mnie MCK, śliczna jak obrazek, na którą wszyscy faceci zwracali uwagę. Kilka Pań, siedzących przy stoliku obok szeptało coś konfidencjonalnie i rzucało na mnie nienawistne spojrzenia. Domyślałem się, że posądzają mnie, że jestem z młodszą od siebie kochanką. To nam się zdarzało już wcześniej. MCK też to dostrzegła i zanieśliśmy się śmiechem.

Pamiętam, że piliśmy wtedy dobre jak diabli mohito, był też wrzesień i podobnie jak teraz, ciepło. Świeciło słońce i czuć było jak lenistwo ogarnia wszystkich i wszystko do koła. Ludzie spacerowali i poruszali się jakby w zwolnionym  tempie, a czas zdawał się zatrzymywać by za chwilkę stanąć.

Tak …

Teraz siedziałem sam. Udało mi się usiąść przy samej barierce okalającej taras. Podjadałem ciabatę z szynką parmeńską i popijałem dobre, zimne piwo.

Było mi naprawdę dobrze.

Kolejny łyk piwa wprawiał mnie w doskonały nastrój. Nagle, niespodziewanie, usłyszałem Jej głos : powinieneś zobaczyć pasiaste krzemienie, są piękne. Pokochałam je od pierwszego wejrzenia i kocham do dzisiaj.

Zastygłem w bezruchu. To była Ona! Jak mnie znalazła, jak to się stało, że jest i do mnie mówi?

Pokochała kamienie … .

Chodź … zaprowadzę Cię, dotkniesz …poczujesz jego delikatność… to kamień magiczny … przekonasz się … chodź za mną … nie bój się …

I poszliśmy .

Prowadziła mnie sobie tylko znaną drogą.

 

 

Doszliśmy … dotknij , poczuj jaki gładki …

Dotknąłem i zaniemówiłem z wrażenia. Nigdy nie sądziłem, że kamień może być tak gładki .

Odwróciłem się by podzielić się tym wrażeniem, ale byłem sam … .

***

Tym razem jechałem z Kłodzka do Nysy. Pogoda niezmiennie od tygodni piękna. Jadę i podziwiam. Najpierw trochę malowniczych górek, wzniesień, a po jakimś czasie długie proste odcinki drogi. Po prawej góry. Po lewej nizina, a środkiem ja. Mały człowiek w małym samochodzie, na małej drodze wielkiego świata. I znów, jak wówczas gdy jechałem z Zamościa do Sandomierza, ogarnia mnie to uczucie szczęścia jakiego można doznać tylko wówczas, gdy ma się do czynienia z pięknem przyrody.

Tym razem nie zadzwoniłem do Trójki. Odpuściłem. Nie będę przecież wydzwaniał co tydzień i chwalił się jaki to ja jestem szczęśliwy. Bez sensu.

Dojeżdżam do Jeziora Otmuchowskiego i zaczynam mówić sam do siebie: zatrzymaj się wreszcie, przestań tak gonić idioto! A czas dla siebie, chwilka wytchnienia to co? I głodny jesteś! Przecież słyszę jak burczy ci w brzuchu!

Dobra, dobra – odpowiadam i dodaję – stanę tylko przestań już tak jazgać!

Zatrzymuje się na parkingu jakiejś restauracji w kształcie żaglowca. Zawsze bawiły mnie takie konstrukcje. Postanowiłem sprawdzić jak to jest. Zamówiłem żurek opolski i pierogi ruskie.

I tym razem nachodzą mnie wspomnienia. Siedzę na górnym pokładzie. Błękit nieba, błękit wody, biel betonu …

czuję czyjąś obecność …

Jedzenie nadspodziewanie dobre. Żurek Opolski … nigdy takiego nie jadłem, a teraz będę za jego smakiem tęsknił. Pierogi? Jak zawsze dobre. To dziwne, ale jeszcze nigdy nie jadłem złych pierogów. To chyba dobrze.

Ruszam, ale po przejechaniu kilku kilometrów wielki wał przeciwpowodziowy i mały parking kuszą. Bez nalegania ze strony jazgającego faceta zatrzymuję się, wysiadam i idę w stronę wału. O ile dobrze pamiętam … 80 stopni schodów i jestem na górze. Piękny widok !

***

Jutro wyruszam w kolejną podróż i pewnie znów będę szczęśliwy. Jak może być inaczej skoro wieczorem zasiądę na Cieszyńskim Rynku.

Może spotkam Baronową? I mam gotówkę, a więc będę w Herbaciarni Zjawa, do której i Was zapraszam .

***

Przekażmy sobie uśmiech !

🙂

Kazimierz Dolny – Moje podróże małe i duże – 2

To pewne. Wszyscy Polacy znają się na lekarstwach, piłce nożnej, byli w Tatrach i w Kazimierzu Dolnym.

Teraz już wszyscy.

Bo do Kazimierza trafiłem i ja. W końcu. Nie znam się na piłce, lekarstwach, byłem kilkanaście razy w Tatrach i teraz dotarłem do Kazimierza!

Każdego tygodnia przemierzam tysiące kilometrów po drogach naszego kraju i mam to szczęście, że mogę sobie wybrać nocleg.

Tak sobie zaplanowałem, że w jednym tygodniu nocowałem w Kazimierzu i Sandomierzu. Fajnie .

Dzisiaj o Kazimierzu.

Nie będę rozpisywać się o jego pięknie, kamienicach, lubelskim renesansie, promenadzie nad Wisłą i widokiem z Góry z Trzema Krzyżami. Czego bym o tym nie nie napisał, byłyby to banały.

Dlatego postanowiłem pokazać Wam i opisać mój Kazimierz – takim jakim zobaczyłem go podczas mojej wizyty.

Na miejsce dotarłem zmęczony. Ostatnio na każde miejsce docieram zmęczony. Tak już mam. Szybki, a nawet bardzo szybki prysznic, zmiana bielizny, spodni, koszuli, butów … a ! I skarpet – no dobra ! – pasek też, chwytam aparat i ruszam „na Kazimierz”. Chodzę z otwartą gębą.

A więc jestem!

Piękny bardzo gorący wrześniowy dzień, po chwili zmierzch i wieczór. Staram się chwycić obiektywem coś niebanalnego i nagle … dociera do mnie, że chwilami czuję się jak na Sycylii. Uśmiecham się sam do siebie na tą myśl i postanawiam zdjęciami udowodnić sobie, że nie jest to odczucie błędne. Szukam bodźców wzrokowych, które sprawiły, że tak własnie się poczułem.

Postanowiłem iść tym tropem dalej, na Rynek. Może tam coś trafię ?

Mam !

Może ustrzelę coś jeszcze ? Zamawiam sobie zimne piwo dla umęczonego wędrowca, rozsiadam się przy kawiarnianym stoliku i szukam …

Sunę obrazem z obiektywu po ścianach domów i jest !

Światło powoli gaśnie. Kontury tracą ostrość, wszystko zaczyna rozmywać się w porze zmierzchu, cichną głosy. Kolorytu dodają Francuzi, którzy kilkuosobową grupą przysiedli się własnie do sąsiedniego stolika. Robi się jeszcze bardziej „zagranicznie” … . Pojawia się uliczny Grajek. Gitara, melodie z dawnych czasów, często śpiewane i słuchane przy ognisku … Trochę nie pasuje do miejsca, ale po kilkunastu minutach wtapia się w tło … .

I nagle jest! Jakie miałem  przeczucie , jakie szczęście, jakie cudne chwile mi się trafiły !

Oto do Grajka zbliża się Dziewczyna, podchodzi i rzuca mu kilka monet, po czym odchodzi kołyszącym się krokiem . Czarna sukienka, włosy … Sycylijka! – i do tego ten bruk, ściany … Niesamowite ! Jak u Felliniego !

Jestem zachwycony. Kazimierz mnie uwiódł swoją sycylijską opowieścią .

A potem przyszła noc , cisza … poczułem się jak w kinie …

Rozsiadłem się wygodnie i oddałem się magii .

Wiem, że to co pokazałem i opisałem niewiele ma wspólnego z Kazimierzem Dolnym jaki wszyscy znacie, ale czy to moja wina, że inaczej patrzę na świat ?

*

Przekażmy sobie uśmiech

🙂

*

Czy Wy także uwielbiacie nocne spacery w towarzystwie Zjawy ?

 

 

Wielimie – Moje podróże małe i duże – 1

Była lipcowa noc, taka z przełomu lipca i sierpnia. Fale waliły o brzeg – łup, łup, łup … jak nad morzem. Miliony litrów wody rozpędzone i gnane wiatrem próbowały wedrzeć się na ląd. Kilka metrów piaszczystej plaży stawiało opór nie do pokonania . Nie było gwiazd. Ten wiatr …był dzieckiem frontu atmosferycznego, który własnie przewalał się nad nami . Było ciemno – noc, więc tylko mogłem się domyślać, że nad nami – górą chmury suną jedna za drugą … bez końca.

Zanim zapadła ciemność Leo stał wpatrzony w jezioro. Stał i stał. Gdy skończył stać powiedział : cni mi się !

Wieczorem rozpaliliśmy ognisko. Było nas ośmioro. Trzy namioty. Podróżowaliśmy jak co rok, latem, w czas wakacji na rowerach po Polsce. Nie było telefonów komórkowych, GPS. Drukowane mapy o różnej skali, wyobraźnia – musiały starczyć.

Gdy zaczęła się noc wyczuliśmy, że ktoś chodzi wokół naszego obozowiska … Dżery zdecydował się na nagły ruch i jednym zamacham rzucił kilka wyschniętych gałęzi świerku. Ogień strzelił w górę, światło rozbłysło. Zobaczyliśmy umykające sylwetki…

Patan zaintonował pieśń, które słowa … jakoś tak to leciało : nie ma cwaniaka nad Poznaniaka.

🙂

Ogień przygasł … czuliśmy „ich” obecność. Nie było to przyjemne. Byli gdzieś przyczajeni. I nagle, nie wiem skąd ten pomysł wpadł mi do głowy, zapytałem: Rico, kurwa! – jak sądzisz szukają nas? Rico spojrzał na mnie, chwycił myśl, rzucił peta ćmika w ognicho i odpowiedział  – jasne ! Każdego co myknął z poprawczaka szukają, a ty jeszcze … po co ci ta brzytwa była ?!

Wszyscy spojrzeli na nas jak na idiotów, Dziewczyny zrobiły wielkie oczy i z całych sił tłumiły śmiech.

Dżery przyniósł z namiotu wielkiego knyfa , którego ostrze zaświeciło w blasku płomieni. Powolnymi ruchami zaczął ostrzyć kij.

Odgłosy ucichły. Zagoniliśmy Panny do namiotu. Udaliśmy, że idziemy sikać, ale każdy z nas miał sprawdzić swoją „stronę”.

Wróciliśmy po kilku minutach. Byliśmy sami.

Fale waliły tak, że ziemia dudniła. Namioty rozbiliśmy kilka metrów od brzegu. Ognisko dogasało.

Położyliśmy się w namiocie tak, by móc wyskoczyć w jednej chwili. Paliliśmy ćmiki. Ich czerwone żarki świeciły jak wilcze ślepia.

Pod ręką mieliśmy latarki, w porach galary, przełykaliśmy nerwowo rumowe sznapsy, które paliły nas w gardło.

Czuliśmy przez skórę, że to będzie ciężka noc. Nie było wątpliwości – prędzej damy się zajeba … niż ktoś tknie nasze Panny

Minęło sporo czasu. Wiatr jakby zelżał. Fale łupały rozpędem. Radomskie „sporty” ratowały nas przed zaśnięciem. Czuwaliśmy.

I nagle … dźwięk łańcucha. Niecałe pół godziny wcześniej opowiadałem chłopakom, jak na wsi, mój brat stryjeczny okręcał nim nadgarstek i szedł z Bukowianami podobnie uzbrojonymi równać rachunki . Sama ich obecność, z tym uzbrojeniem „resetowała” wszystkie żale tych, którzy je mieli.

I teraz ten dźwięk !

Wiedziałem, że trzeba jak najszybciej wyskoczyć z pułapki jaką jest namiot. Trzeba wyskoczyć z namiotu, strzelić latarką po oczach napastników i chwycić jakieś kije w ręce !

Ustaliłem z Leo, Rico i Dżerym i Patanem, że ja skaczę pierwszy i strzelam latarą wokół siebie, by oświetlić teren, a oni, gdy tylko zobaczą napastników wyskoczą i każdy bierze na siebie jednego. Strzelamy solo – zadecydował Patan.

Tak się stało.

Bezszelestnie wysunąłem się z śpiwora … chwyciłem latarę i z postanowieniem : i chuj ! Rzuciłem się do przodu. Gdy tuż przy ognisku udało mi się przyjąć pozycję stojącą omiotłem światłem latarki wokół siebie.

Usłyszałem brzęk łańcucha ! Skierowałem tam światło, Patan, Rico, Dżery, Leo, wyskakiwali z namiotu.

Po chwili wszyscy kulaliśmy się ze śmiechu po trawie. Wystraszony pies , z krótkim łańcuchem na szyi uciekał nieśpiesznie spłoszony światłem latar i naszym śmiechem.

I

Teraz

zobaczyłem tablicę z napisem Gwda Wielka.

Odruchowo skręciłem w prawo. Zbyt wiele ciekawych miejsc opuściłem goniąc za „wynikiem”. Lekko z górki …w prawo … jakiś sklepik … i ta droga ! Poznaję! Asfalt, ale wiem, czuję, że pod nim tkwią kocie łby. Pamiętam je! I te kilka domów… ostatnich wiejskich zabudowań po lewej …a teraz … pamiętam !!!

Droga prowadzi nad brzeg … O! Coś tu jest ! Zadbana plaża … trawiasta … kilka parasoli … czysto …

i

te fale !

łup , łup ,łup !

wchodzę na pomost .

wodzę wzrokiem po linii brzegowej i szukam mojego, naszego miejsca . Jest !

Wzruszam się ja pieprzony Dzieciak.

Wówczas

i

teraz, gdy to piszę .

*

Starczy.

Przekażmy sobie uśmiech .

🙂

 

Gdy późno kładę się spać …

Gdy przejechanych jednego dnia 900 kilometrów, setki jeśli nie tysiące mijanych i wymijanych samochodów, nieustannie zmieniające się widoki, rzeczy których nie miałem czasu zobaczyć i myśli, których nie miałem czasu otworzyć, dziesiątki rozmów z ludźmi i samym sobą, machanie wycieraczek, późny spacer po rynku nieznanego miasta lub mojego kochanego Cieszyna, prysznic w hotelowej łazience i wypite dwa piwa ułożą mnie do snu i zamkną powieki, które nie mają siły opierać się dłużej …

Wówczas …

Leżąc śpiewam sobie tak :