Spotkałem Anioła

Od jakiegoś czasu mam spore problemy i tylko otucha jaką udzielają mi Najbliższe memu sercu osoby sprawia, że się nie poddaję i walczę. Bez nich już dawno pogrążyłbym się w krainie upadku i beznadziei gdzie miejsce słońca zajmują unoszące z z bagna rozpaczy opary alkoholu.

Tak więc walczę. Walczę bo znów chcę usiąść przy stole na którym stoją palące się świece, jeść i pić wino i móc spoglądać w kilka par oczu, których iskierki rozpalają serce i duszę moją.

Nie jest łatwo. I proszę mi wierzyć, że naprawdę wiem co piszę … .

Sam fakt, że piszę zakrawa na cud.

Otóż po ostatniej porażce zostałem bez „środków” do pisania. Jeśli cokolwiek ukazywało się tutaj to wszyscy zawdzięczamy to Mojej Vi, której cierpliwość i tolerancja dla moich słabości jest wręcz niebywała.

Któregoś dnia, spacerując brzegiem jeziora zwierzyłem się w trakcie rozmowy z Drogą Watrą z moich kłopotów. Dlaczego? – Nie wiem.  Może jedność czasu, miejsca, akcji i dwóch pokrewnych dusz? Kto to wie ?… .

I w pewnej chwili droga Watra oświadcza: tak nie może dalej być! Facet taki jak Ty nie może być aż taką dupą! Ja się tym zajmę!

No i się zajęła przy okazji dodając na koniec rozmowy, że jak mnie kopnie tyłek to … .

Nigdy nie sadziłem, że spotkam kogoś takiego jak Ona na drodze swojego życia. Nigdy. Bo oto, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jak za wolą Dobrego Anioła mogę dla Was znów pisać i znów pokazywać Wam mój świat zapisany w moich zdjęciach.

Droga Watro!

Na zawsze pozostanę Twoim dłużnikiem. Na zawsze w moim sercu masz swoje miejsce, a mojej duszy swój zakątek.

I pomyśleć, że gdybym kiedyś nie zaczął pisać na swoim blogu, a Ty nie zaczęłabyś mnie czytać, dzisiaj zwyczajnie by mnie nie było. Tutaj, a może i jeszcze …. .

Wiesz Droga Warto …

Dałaś mi bardzo napędowego kopa w dupsko!

Dziękuję!

Chce się żyć!!!

Jesteś Moim Anielom.

 

Dziękuję.

 

 

 

 

 

Reklamy

W ogrodzie botanicznym

5

– Ale smęcisz, ale marudzisz, ale nudzisz – odezwał się Wewnętrzny. Dzwony? Sam jesteś dzwon – kontynuował zdziwiony jego reakcją, a właściwie jej brakiem. Tymczasem on, kolejny raz poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał ochoty i to nawet najmniejszej, na słowne utarczki z Wewnętrznym.

– Wypuść mnie   – właśnie poprosił.
– Niby gdzie  – zapytał on.
– No jak to gdzie? – padło pytanie, jak się okazało retoryczne, gdyż zaraz w ślad za nim padła odpowiedź – no na zewnątrz!
– A idź – usłyszał Wewnętrzny, który tylko na to czekał. Już w tej samej niemal chwili stanął przed nim, roześmiał mu się w twarz, wydął wargi i zrobił prrrryyy – takie tam większe prychnięcie znamionujące lekceważenie.
– jaki ty głupi jesteś – powiedział do Wewnętrznego, a ten odwzajemnił mu się stwierdzeniem:
– Sam jesteś głupi, bo ja to ty, a ty to ja. Jak to wołały dzieci na podwórku? – zastanawiał się wewnętrzny i zaraz dodał – kto się przezywa sam tak się nazywa!
– Kto kogo przezywa sam się tak nazywa – chciał strofować wewnętrznego, ale mu się nie chciało.
Wewnętrznemu też chyba niewiele się chciało. Odwrócił się na pięcie i pobiegł w stronę baletnicy. Już po chwili, stał przed nią w basenie bez wody przyjmując jej pozę.
– Pani Betonowo. Pani pozwoli, że się pani oświadczę. Mam zaszczyt prosić o pani betonową rękę. Wiem, wiem – zapewniał swoją wybrankę. Będzie nam trochę ciężko i będzie pani musiała uważać by mnie nie zgnieść, ale dla chcącego nic trudnego.
Pani Betonowa nie zareagowała na oświadczyny Wewnętrznego nawet najmniejszym gestem. Jej betonowe powieki nawet nie drgnęły. Ust nie wykrzywił żaden grymas i nie pojawił się na nich najlżejszy uśmiech. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że nie machnęła także palcem. Wewnętrzny długo spoglądał w jej oczy, by w końcu powiedzieć: – Twarda z Pani sztuka Pani Betonowo. Szkoda. Mogliśmy wziąć ślub, żyć tutaj w ogrodzie botanicznym i mieć małe betoniarki. Nie to nie – rzucił na odchodne, odwrócił się i zaczął gonić Wronka, który akurat dziobał coś na pobliskim trawniku.
– Nie zbliżaj się – wykrakał Wronek. Mimo ostrzeżenia wewnętrzny ciągle biegł w jego stronę. Ten, z rezygnacją we wronkowym głosie coś tam krzyknął i wzbił się w powietrze. Chwilę pokrążył, po czym siadł na pobliskiej gałęzi. Wewnętrzny podbiegł w jego pobliże, raz jeszcze wydał wargi i ponownie prychnął. Wronek krakał śmiejąc się z głupoty Wewnętrznego, który poirytowany zachowaniem ptaka zaczął tupać ze złości.
Po chwili odezwał się do Wronka – ty ptaku! I zamilkł,  gdyż nie bardzo wiedział co ma dalej mówić. Wronek w tym czasie przeciągnął się, zatrzepotał piórami, machnął niedbale skrzydłami i wykrzyknął: – zamknij się idioto, bo narobię tobie na głowę!

On, który przyglądał się całej scenie ze swojej ławki, zaczął się śmiać i był to śmiech z gatunku tych śmiechów, które określane są mianem do łez lub do rozpuku, co jest naprawdę jednoznaczne, gdyż człowiek, gdy się rozpuknie to nie ma szans by się nie popłakał.
Wewnętrzny zrobił się czerwony na twarzy i było widać, że walczy ze sobą strasznie. Był prawdopodobnie na granicy tego stanu emocji, której przekroczenie skończyłoby się płaczem.
Na szczęście jakimś cudem się opanował. Odwrócił się od drzewa, na którym siedział Wronek i rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł pewną panią, która rozsiadła się na pobliskiej ławce i zaczęła czytać jakieś czasopismo. Podszedł do niej i stanął przed nią w pozie baletnicy. Nie wiedział biedak o tym, że o ile baletnica nazwana przez niego panią betonową mogła go zobaczyć, choć tego nikt nigdy się nie dowie, gdyż baletnica nie dała tego po sobie poznać, o tyle ludzie nigdy go nie zobaczą. Tak bowiem mają wszyscy wewnętrzni na świecie i nie ma od tego wyjątku. I tak Wewnętrzny zniechęcony brakiem reakcji pani czytającej czasopismo postanowił wyrwać jej je z rąk. Zdziwił się bardzo, gdy mu się to nie udało, a śmiech obserwujących jego starania tylko go mobilizował do dalszych prób.

Nic z tego. Machnął zrezygnowany ręką i dostrzegłszy pewnego jegomościa, który właśnie przechodził obok pawilonu, podbiegł do niego i zagrodził mu drogę. Jakie było jego zdziwienie, gdy ów jegomość przeszedł przez niego bez przeszkód. Kolejna próba zakończyła się tym samym. No minę to Wewnętrzny miał nietęgą.
– Mnie nie ma – zawołał z irytacja – mnie nie ma! – zawołał jeszcze głośniej i stwierdził:
– mnie nie ma i nikt mnie nie słyszy! To bez sensu – kontynuował – Ja chcę być! – żądał – Ja chcę, ja chcę, ja chcę!– domagał się jak dziecko. Zrezygnowany podszedł do niego i powiedział – mnie nie ma, do dupy tak!
– Jesteś ale tylko we mnie – usłyszał w odpowiedzi.
– Niby tak – potwierdził Wewnętrzny i zaraz zapytał – a co się stanie, gdy ciebie nie będzie?
– Sam sobie odpowiedz – usłyszał i zaraz potem oba zaczęli się śmiać.
Wronek podleciał bliżej, a baletnica niepostrzegalne ruszyła małym palcem lewej nogi w swojej baletce.
basen nadal był bez wody i świeciło słońce, było ciepło i było słychać wszędzie śmiech.

W ogrodzie botanicznym

4

Nigdy nie potrafił zrozumieć gry w zielone. Uwielbiał za to chwile, gdy w trakcie spaceru udało mu się skubnąć gdzieś kiść akacjowych liści i zrywając po kolei ich zielone płatki liczyć: tak, nie, tak, nie… Liczenie: kocha, lubi, szanuje – przerastało go. Starczy przecież: tak – nie i tyle.

000447to-ju-wiosny-kres-2008-05-28

I tak szedł skubiąc, a za nim opadały ścieżką akacjowych liści odpowiedzi i zielone płatki nadziei.
Aż dziw, że nikt nie chodził za nim i nie zbierał tych listków miłości, pragnień i pożądania.
Nigdy przed nim i po nim, listki akacji leżące na chodniku w pobliżu ogrodu botanicznego i na całym pozostałym świecie tyle nie znaczyły. Starczyło się pochylić, podnieść listek, przyłożyć go do czoła i zrozumieć.
Zrozumienie jest kluczem do miłości. Kto zrozumie ten kocha. Są, oczywiście, jeszcze inne możliwości takie jak: smak pączków, widok szybującego orła bielika, ale to inny wymiar, inny stopień wtajemniczenia. Bowiem na początku były kiście akacjowych liści, a w nich zaklęte pytanie : kocha???
Zawsze się uśmiechał, gdy na końcu zielonej łodyżki zostawał ten jeden, ostatni,  najmniejszy płatek i to bez względu na to czy oznaczał tak czy nie. Jego uśmiech był zawsze taki sam.
Zielone zawsze było dla niego bardzo ważne. Z czasem zrozumiał, że zieleń przyrody w każdej postaci znaczyła dla niego – wolność i to już wówczas, gdy jako kilkunastoletni chłopak przeskakiwał przez płot ogrodu botanicznego tuż po godzinie jego zamknięcia. Cały ogród był wówczas tylko jego. Oczywiście niezbyt długo. Czujny ogrodowy dozorca zawsze go wypatrzy i gonił. Robił to oczywiście z obowiązku, ale tylko pro forma i tak przecież nie miał szans go dogonić.
Z czasem podobne uczucie wolności dawały mu książki i filmy. Czytając książkę, potrafił wejść w jej treść i będąc niewidocznym, poruszać się wśród jej bohaterów i scenerii. To były ekscytujące chwile.
Pamiętał dziewczynę, która z koszykiem wiklinowym w ręku chodziła wokół krzewów róż i zbierała opadłe ich płatki. Była ładna. Podszedł, uśmiechnął się, a po odwzajemnieniu uśmiechu, zdecydował się przywitać:
– Cześć – odpowiedziała to samo, a on jak szalony zaczął zrywać płatki róż by pomóc dziewczynie.
– Co robisz ? – usłyszał – Tak nie można! Nie po to przecież rosną i to je boli! Nie wolno krzywdzić! Proszę nie!
Zaczerwienił się, nie zrozumiał, włożył ręce w kieszenie dżinsów, wzruszył ramionami, rzucił : – cześć – i poszedł. Głupia jesteś – pomyślał odchodząc.
Lubił siedząc na tej samej ławce myśleć o Nemeczku z książki „Chłopcy z placu broni”.

Lubił siedzieć na tej samej ławce, która była położona w najbardziej dzikim fragmencie ogrodu i jeść garściami prażony ryż.
A potem przyszedł czas, że ogród botaniczny przestał być jedynym polem do gry w zielone.
Życie, jak kostka do gry, za każdym razem  przenosiło go na inne pole.
Pamiętał taką scenę: las, a właściwie puszcza. Samochód stojący przy czymś, co można było określić mianem ruin, choć i to zbyt wielkie słowo. Smętne resztki fundamentów porośnięte mchem i paprociami. I pan E., który chodził wśród nich i opowiadał:
– O, tutaj było wejście, tutaj sień, tutaj kuchnia, tu gabinet ojca, tu jadalny, a tu schody na górę. Pan E. opowiadał, a on widział jak puszcza żyje.
Usłyszał szum koron drzew, śpiew ptaków, stukot dzięcioła, maszerujące mrówki, przełykanie śliny przez Lisa, który spod paproci obserwował wiklinowy koszyk z jedzeniem. Słyszał chrapiącą lochę i stykającego dzika.
I nagle poczuł, bo jeszcze wówczas niewiele rozumiał, że jest częścią tej puszczy. Że jest tak samo jak ona dziki i tak samo nieokiełznany. I od tej pory, zawsze było mu bliżej do przyrody niż do ludzi. Z czasem przyszło zrozumienie, że jest częścią . Bardziej fascynowały go stare drzewa, niż wzajemnie nienawidzący się ludzie. Dość szybko okazało się, że znacznie bliżej mu było do zielonego niż do ludzi, wśród których był obcy i niezrozumiany. W lesie zawsze był u siebie. Im starszy był las, tym lepiej się w nim czuł.
Kochać? To być u siebie. Dzwony niech biją i biją…
001159z-perspektywy-wiat-wygl-da-inaczej3-2011-05-13

W ogrodzie botanicznym

4

Usłyszał brzęczenie komara. Chciał odstawić filiżankę na stolik o stalowych nogach i marmurowym białym blacie przetykanym zielonymi nićmi niewybielonej lawy, ale…

Nie było stolika! Mało tego! W jego dłoni nie było także filiżanki z kawą!
Dał się natomiast słyszeć nieustanny bzzzzyk komara.
– Jeśli podniesiesz na mnie rękę to…
– Dziwne – pomyślał, nie widzę Wewnętrznego, a coś mi tutaj brzęczy!
– To ja idioto – wybzzzyczał komar – To ja Komar- twój komar!
– Komar? – zapytał
– A komar…, komar, komar! Właściwie dla ciebie, to pan komar, ale mam gdzieś konwenanse. Niemal wszyscy ludzie to debile i nie mam zamiaru wchodzić z nimi w głębsze relacje.
– Debile?- zapytał.
– Proszę!- wybzzzyczał komar – wyjątek się znalazł, zadaje pytania komarowi!
A tak, właśnie tak, debile!!! Ledwie usłyszycie bzyczenie komara, a już chcecie go zabić!
A my komary nawet nie wiemy kim jesteście. Ludzie? A kto to taki? Od cholery wody, trochę wapna i trochę krwi.
Ludzie… Machacie tymi swoimi łapami gdy usłyszycie nasze brzęczenie. Bo co?
Bo się boicie małego ukłucia? Swędzenia?
Ta ludzka małość! Ktoś silniejszy, mocniejszy, lepszy zrobi wam coś złego, to chowacie głowę w ramiona i odchodzicie udając, że nic się nie stało. Ale starczy tylko, że usłyszycie nasze brzęczenie i natychmiast macie ten swój odruch bezwarunkowy – zabić!!!
Ha ha ha – zaśmiał się Wewnętrzny, on nie zareagował zaskoczony logiką wypowiedzi komara. Co dziwniejsze on nie był zaskoczony także tym, że z komarem rozmawiał. To znaczy bardziej słuchał niż rozmawiał, lecz powiedzmy sobie szczerze – jakie to wszystko ma znaczenie?
Tymczasem Komar kontynuował.

– Co wy – ludzie, macie z tym zabijaniem?
Samych ryb uśmiercacie rocznie ponad 3 miliardy! Zwierząt, tylko dla ich mięsa 200 miliardów! I to wszystko po to, żeby powiedzieć: dobre, smaczne!
Bezsensowna śmierć unosi się nad ziemią, a kwik, ryczenie i łzy w oślich oczach temu towarzyszą.
Ludzie – co oznacza to słowo? Dla miliardów istnień tylko jedno – śmierć.
Ile ginie z waszych rąk komarów? No ile?!!! Na świecie żyje 8 miliardów ludzi. Niech każdy zabije jednego komara dziennie. 8 miliardów komarów dziennie razy 365 dni. To jest nie do policzenia!!!
Pamiętam opowieść mojego pra pra pra pra jeszcze raz pra dziadka. Otóż opowiedział on kiedyś, jak przeżył swój najszczęśliwszy wieczór w całym komarzym życiu.
A było to tak:
sierpień, noc, świece na stole,  jedzenie, brakowało pączków… ale tam… Ileś osób. Zleciało się wraz z dziadkiem sporo komarów. Komarzy trup ścielił się gęsto. I nagle pra pra zauważył, że jedna z osób siedzi spokojnie. Nie macha ramionami i nie myśl nawet o tym, by dziadka zabić. Starczyło mu to, że delikatnymi ruchami dłoni odganiał, a gdy to nie dało rady i okazywało się nieskuteczne, pozwolił dziadkowi się ukąsić i napić swojej krwi. Dziadek wspominał podobno, że napił się wówczas do oporu, albo i więcej i na drugi dzień miał kaca. Jak się okazało facet miał trochę promili we krwi.
Spokojnie – kontynuował komar. Pan komar. Wpadłem tylko na chwilę… Pozwolisz… Kilka kropel?
Podwinął rękaw w koszuli, odsłonił przegub ramienia, uśmiechnął się i powiedział: pij ile tylko dasz radę!
000186punkt-krwiodawstwa2-2007-06-02

W ogrodzie botanicznym

3

Nagle naszła go ochota by napić się kawy. Kolejna kawa tego dnia. To było niezwykłe. Jeszcze niedawno jedna kawa dziennie… A teraz ochota na drugą. Jak do tego doszło? Magia uczuć, tęsknota, smak tych wyjątkowych pączków na ustach co jak obietnica…
– Jeśli kawa to tylko w pawilonie – odezwał się Wewnętrzny i o dziwo, tym razem zgodził się z nim natychmiast. Wewnętrzny przyjął tę zgodę z satysfakcją i już chciał odtrąbić swój tryumf, gdy usłyszał:
– Cicho!!!
No to zamilkł.
Pawilon. Od dziecka kochał pawilony. Najbardziej ten w ogrodzie botanicznym. Skromny, drewniany, dający schronienie przed upałem i deszczem. Jakże daleko mu było do szklanego pawilonu – pałacu kryształowego w Madrycie, czy innych jemu podobnych. Jednak o ile tamte pozostawały nieosiągalnymi, o tyle ten tutaj stał tuż obok. I to nic, że był pusty, pełen cienia, mroku i ciszy.
Kawa proszę pana będzie taka jak pan lubi. Prosto ze składu kolonialnego – sklepu cynamonowego mistrza Schulza. Taka jak zawsze. Zielona, prażona na patelni z mieszadłem na wolnym ogniu, aromatyzujaca powietrze i chłonąca zapach ogrodu botanicznego. Będą w niej nuty zapachowe krzewów i kwiatów z wszystkich krain tego świata. Będą w niej brzmiały smyczki kwartetu, który umila właśnie naszym gościom czas.
– Co do kawy? – Padło pytanie
– Pączek – pączek, którego smak jest obietnicą, tęsknotą i pragnieniem.
– Będzie jak szanowny pan sobie życzy – padło zapewnienie.
– Wreszcie jestem u siebie – pomyślał, a Wewnętrzny dodał:
– o tak…, o tak. O tak!
Jedno jego spojrzenie w kierunku Wewnętrznego sprawiło, że ten natychmiast umilkł.
Z przyjemnością, dyskretnie obserwował inne osoby pijące kawę i herbatę w pawilonie.
Biel bezów, brąz eklerów i połyskujący lukier pączków wprawiły go w doskonały humor.
Jak zawsze, podobały mu się panie spacerujące alejką wzdłuż pawilonu. Te parasolki przeciwsłoneczne i koronkowe rękawiczki, cylindry na głowach panów, laski w ich dłoniach, mali chłopcy w marynarskich mundurkach i dziewczynki wystrojone jak księżniczki.
Aromat kawy rozanielił go do tego stopnia, że zamknął oczy i uniósł filiżankę do ust by skosztować ją jak tajemnicę, jak napój magiczny, jak niespodziankę, jak coś co sprawi, że zapomni o całym świecie i tych wszystkich problemach.
Jego usta poczuły ciepło kawy, jej aromat wtargnął do jego wnętrza. Bezwiednie wydał z siebie pomruk zadowolenia.
– Cicho bądź – krzyknął mu do ucha Wewnętrzny – ludzie patrzą… – dodał.
– Sam bądź cicho – odpowiedział Wewnętrznemu i zakończył wypowiedź słowami:
– niech patrzą, niech zazdroszczą, niech się uczą…!
Nie otworzył oczu. Nie zamierzał tego robić. Chciał jeszcze na chwilę wpaść do sklepu cynamonowego.
001381przynajmniej-sobie-popatrz-2012-02-16

W ogrodzie botanicznym

2

– Ja pana znam…, ja pana pamiętam, pan tu siedział „wówczas”, pan nawet taką samą minę miał. Pana jest łatwo zapamiętać. Pan jest dość charakterystyczny typ i nie mam tu na myśli typa jako typa, ale jako typ człowieka. Pan tak patrzy…, pan widzi to, czego inni nie potrafią dostrzec. No nie wszyscy oczywiście. Ja na przykład widzę to co pan widzi, ale dopiero wówczas gdy pan to dostrzeże. Ja wiem, pan może pomyśleć, że ze mnie jest jakiś głupiec, ale…
Wówczas oglądał pan ślimaka, który chyba z godzinę przechodził przez krawężnik oddzielający rabatę od asfaltowej dróżki i sprawiało to panu przyjemność. Teraz ogląda pan dwie mrówki, które niosą łupinę słonecznika i to także sprawia panu przyjemność, a gdy obie mrówki wraz z łupinką wpadły do szczeliny w asfalcie, pomógł im pan wyjmując ją. To niby nic, to niby takie tam…, ale… Pan coś wie, pan coś czuje, pan takie nieuchwytne myśli ma…
Ja nie mówię, że to źle, ja nie mówię, że to nie na miejscu, ja nie mówię nic!
No, może poza tym co już powiedziałem.
Ja tylko jedno pytanie do pana mam…
001304-2011-10-12
I w tej chwili jakby się obudził, jakby do niego dotarło, że ktoś do niego mówi.
Poczuł straszne zmęczenie. Takie, że aż bolało. Słońce ledwie do niego docierało przez zamknięte powieki. Czuł je na całej twarzy.
Otworzył oczy, spojrzał przed siebie i nie odwracając głowy w stronę rozmówcy zapytał:
– Tak…?
– Szanowny pan zechce mi odpowiedzieć…
– Zechcę…
– Jak pan to robi, że widzi to wszystko czego inni nie widzą? – nadal nie odwracając się w stronę rozmówcy odpowiedział:
– To nie tak, każdy widzi i dostrzega po swojemu. To co pan tu wygłasza nie ma najmniejszego sensu. Jeden widzi mrówki, a inny słonia. Nie! Zły przykład.
Nie chce mi się. Jestem zmęczony. Nie jestem w nastroju. Przepraszam.
– Pan nie przeprasza. Ja pana rozumiem. Ale… kiedyś dostrzegł pan niedaleko stąd macewy, z których zbudowano murki małego mostku i zawsze to pana bolało i nie mógł pan ścierpieć tego, że ten akt bluźnierstwa i pogardy trwa i trwa, choć przecież tyle czasu upłynęło.
Zmrużył oczy. Słońce. Gdyby palił to teraz wyjąłby papierośnicę i…
Macewy, pamiętał. Już ich tam nie ma. Ktoś wreszcie się opamiętał, ktoś zrozumiał, że tak dalej nie można.
Odwrócił się w stronę nieznajomego by mu o tym powiedzieć, ale na ławce przy jego boku nikogo nie było.
000998mi-dzy-kamiennymi-tablicami3-2010-10-27

W ogrodzie botanicznym

1
Usiadł na tej samej ławce co wówczas.
– Kiedy to było…? – zadał sobie pytanie i zaraz dodał: …ten nieznośny upływ czasu…
I po raz kolejny naszła go myśl, że nuty mają lepiej, gdyż choć jest ich mniej niż liter, to prawdopodobieństwo, że ułożą się w podobną lub identyczną frazę, co często zdarza się słowom, było w ich przypadku o wiele mniejsze. Gorzej mają myśli, te potrafią powtarzać się nieustannie … Ech…
Krótka retrospektywa myśli, kilka faktów, które niczym latarnie uliczne nocą rozjaśniły mrok wspomnień.
I jeden jedyny o tej sile i powtarzający się w określonej sekwencji czasu błysk, na podobieństwo latarni morskiej, przeszywający noc niczym światło lasera, który dawał sygnał: jesteś znów skończony.., jesteś znów skończony, jesteś znów skończony!
Przyleciał wronek. Urósł, zmężniał, nabrał odwagi. Wielkie ptaszysko. Myśl, że to nie ten sam ptak co wówczas, ledwie zakiełkowała w głowie, a już została zalana kwasem pewności tego, że jeśli jest to ta sama ławka co wówczas i ta sama pora roku i on na tej samej ławce, to ptak – wronek – musiał być ten sam. Przecież nawet niebo pełne błękitu z plamkami białych chmur było jak wówczas.
Jedyna dostrzegalna różnica pomiędzy wówczas a teraz, to brak wody w prostokątnym basenie pośrodku którego zastygłwszy w pozie szalonego pa… stała baletnica. Woda nie tryskała też tęczowym pióropuszem spod jej baletowej sukieneczki.
Reszta zgadzała się prawie co do joty. Jednego miesiąca w tę czy w tę nie liczył, co za różnica? kwiecień, maj…? Nie liczył!
Jego myśli pobiegły dość chaotycznie. Wydarzenia ostatnich dni, a właściwie tygodni, a bardziej właściwie miesięcy sprawiły, że teraz, siedząc na tej samej ławce co wówczas, uczył się praktycznie wszystkiego od nowa. Na przykład czytania.
Nie, nie chodzi o podstawową umiejętność składania wzrokiem liter w wyrazy. To była nauka znacznie trudniejsza. Uczył się bowiem czytać tekst w skupieniu i ze zrozumieniem, przez czas dłuższy niż 30 sekund. Gdy w pewnej chwili zdał sobie sprawę, że przeczytał dziesięć stron bez przerwy, a treść tego co przeczytał wprawiła go w dobry humor, to aż wstał z ławki, usiadł zdziwiony swoją reakcją i uśmiechnął się do baletnicy w basenie bez wody. Puścił nawet do niej oko.
Na co betonowa baletnica pozostała obojętną. I już nie chodziło o to, że stała suchą stopą w basenie pozbawionym wody. To było naturalne i bardzo banalne. Chodziło o to, że owa baletnica pozostawała obojętną na wszystkie puszczane oczka i głupie uśmiechy. Była z siebie dumna. Wiedziała bowiem, że jej beton stawia ją ponad wszystkimi i tak na prawdę, zastygłwszy w tym swoim PA, mogła mieć wszystkich w dupie. I miała!!!
Postanowił stanąć przed wyzwaniem. Skoro już czytam – stwierdził, to zabieram się za „Mistrza i Małgorzatę”!
Lepiej poczytaj sobie „Idiotę” odezwał się jego wewnętrzny głos, który zawsze odzywał się nie pytany i zawsze tylko po to by negować i krytykować. Sam jesteś idiotą odpowiedział Wewnętrznemu, który zaraz mu się zrewanżował: tak jak Ty Mistrzem lub Małgorzatą. Bardziej pasuje do ciebie „i”, zaśmiał się sam ze swojego żartu Wewnętrzny. – – Wynoś się krzyknął do Wewnętrznego. Nie widzisz, nie czujesz, że jestem w fatalnym nastroju, że mam wszystkiego dosyć. Wynoś się… – powtórzył. Zapadła cisza
I ta cisza zaległa mocno i zdecydowanie. Zrobiło się na prawdę cicho, w jego duszy, umyśle i na zewnątrz.
Nawet betonowa baletnica stwierdziła po chwili: ale tu cicho.
img-7318-640-x-480